Za nami XXI edycja najstarszego polskiego festiwalu metalowego. Jak było? Było bardzo dobrze, o wiele lepiej niż rok wcześniej, a to głównie za sprawą obsady, jaka występowała 24.03.07 w Spodku. Ja sam i zapewne wiele innych osób było zawiedzionych zespołami z Metalmanii 2006, co zaowocowało tym, że po chamsku nie stawiłem się wtedy w Katowicach – za mało metalu w metalu, można by rzec. W tym roku taka opcja nie wchodziła nawet w grę, bo na takie gwiazdy jak Testament czy Destruction czeka się jak na swój pierwszy raz (mowa oczywiście o pierwszym piwie;). Ale po kolei.

 

Wyjazd z Rzeszowa i wcześniejsza lekka „rozgrzewka” nie wchodzi w zakres samego koncertu, podobnie jak podróż, przyjazd na miejsce i rozmowa z „panami władzami” przed Spodkiem zakończona karą „za usiłowanie spożywania piwa alkoholowego” dla wyżej podpisanego i jego Szanownego Przyjaciela, więc pominę je grobowym milczeniem.

 

Od razu zaznaczę, że nie widziałem wszystkiego bo być w dwóch różnych miejscach na raz to ja jeszcze nie umiem, ale się staramDeivos, ale słabe brzmienie skutecznie mnie wypędziło spod sceny. Zespół jest zacny, podoba mi się ich muzyka, ale koncert mnie nie porwał, zresztą młyn składał się zaledwie z kilku osób, większość biernie oglądała popisy Lublinian. Małą scenę otworzyć miał krakowski Witchking, ale nie wiem czy tak zrobił, bo mnie przy tym nie było. W tym roku poza tym na Dużej Scenie produkowała się naprawdę duża ilość zespołów z górnej półki, więc na koncerty w korytarzu hali wpadałem sporadycznie. Widziałem jedynie fragment koncertu

 

Drugim i ostatnim koncertem Małej Sceny jaki było mi obejrzeć był gig brytoli z Benediction. Niestety nie widziałem go od początku, jedynie kilka ostatnich numerów, ale jestem zachwycony. Autorzy „The Dreams You Dread” zagrali fenomenalnie, szybko i brutalnie, czym porwali do dzikiego moshu sporą grupkę maniaków. Na wokalach udzielał się Dave Hunt, znany z Anaal Natrakh, a bębny bezlitośnie molestował Nick Barker (który w ten dzień zagrał jeszcze jeden set, ale o tym potem). Anglicy zdeptali widownię klasykami w stylu wspomnianego „The Dreams You Dread” czy „Subconscious Terror” – krótko mówiąc klasyka i bardzo dobry koncert, który był bodaj pierwszym w rozpisce trasy Benediction. Widownia jeszcze długo nie pozwoliła im zejść ze sceny, wymuszając zasłużone bisy.

 

Oprócz tych dwóch zespołów na Małej Scenie wystąpiły jeszcze takie bandy jak Root, Anata czy z naszego podwórka Horrorscope i Sphere. Zresztą, kto będzie chciał pełnego spisu kapel występujących tego dnia w Spodku, niech wejdzie sobie na stronę Metal Mindu i sprawdzi.

 

Na Dużą Scenę zawitałem dopiero na koncert polskiego Darzamat i to bardziej z ciekawości niż fascynacji tym bandem. I tu miła niespodzianka – zespół pozytywnie mnie zaskoczył. Przyznam, że słuchałem jedynie ostatniej produkcji Flaurosa i kompanii, która do tego średnio mi podeszła. Na scenie jednak ich muzyka nabiera tego charakterystycznego pazurka, dzięki czemu przyjemnie oglądało się ich występ. Naprzemienne męskie i damskie wokale, dobra praca gitar przyciągnęły pod scenę sporą widownię. A propos wokali, bardzo dobrze wypadła Nera, ze zmysłową barwą głosu, która w wersji „live” nie zawiodła, jak to często zdarza się zespołom z kobietą na wokalu. Bardzo przyjemny koncert.

 

Następni w kolejce do skopania publiki zgromadzonej w hali był norweski Zyklon. Samoth i reszta porwali ludzi do sporych rozmiarów młyna pod sceną, wiem bo sam byłem. Intensywny decior w ich wykonaniu wypadł bardzo dobrze, ściana morderczego naparzania skutecznie rozbujała gawiedź. Norwegowie zagrali kawałki z wszystkich trzech płyt, a z mojej obserwacji publika najlepiej reagowała na numery z „Aeon”. Było szybko, sprawnie i bardzo na temat.

 

Z tego co pamiętam po Zyklonie występował niejaki Jorn Lande, znany z Masterplan, ale ten koncert obszedł mnie tyle co ostatnie wyczyny Michała Wiśniewskiego, więc z wesołą kompanią udaliśmy się na zasłużone piwko. Wróciliśmy dopiero na koncert pana, który swoim nazwiskiem reklamuje azjatycką firmę motoryzacyjną, czyli Dave’a Suzuki i jego Vital Remains. Niestety nie było nam dane zobaczyć imć Bentona na wokalach, ale koleś udzielający się zamiast niego bardzo sprawnie wypełnił swe zadanie. Zaczęli bodajże od „Let The Killing Begin” i tytuł odzwierciedlał całość ich gigu. Głęboki growl, szybkie blasty i precyzyjne gitary zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Widziałem ten zespół po raz pierwszy i chcę jeszcze, jeszcze i jeszcze(jak tabletek przeciwko chciwości:).Kawałki Vital Remains na żywo mają takiego pazura, że niechybnie kilka osób po ich występie wyszło na piwo z poharatanymi narządami słuchu. Szał pod sceną, szał na scenie, intensywnie,
z diabłem i do przodu.

 

Po amerykańskich brutalach przyszła kolej na inną legendę, tym razem szwedzkiego death metalu. Tak, w końcu na polskie ziemie najechali Szwedzi z Entombed. I co tu dużo mówić – gdyby to oni oblegali klasztor na Jasnej Górze, to ci w środku nie utrzymali by się nawet pięciu minut. Chłopcy dali nam po mordzie przekrojówką dyskografii, od debiutu począwszy. Nie wyłapałem wszystkich tytułów, bo w młynie miałem inne rzeczy do roboty, ale na pewno poszło „Left Hand Path”, na pewno „Morning Star”, całość zagrana oczywiście z charakterystycznym luzem. Petrov skakał i biegał po scenie, ryczał do mikrofonu i potrząsał swoimi trzema włosami na głowie. Świetna zabawa, genialny feeling i brzmienie, które rajcuje każdego szwedoluba, jak nie przymierzając Jenna Jameson. Bezapelacyjnie bardzo jasny punkt tegorocznej Metalmanii.

 

Po szaleństwie Szwedów chwila oddechu i pomaszerowaliśmy z ekipą na inną legendę, tym razem sąsiadów zza zachodniej granicy (dla tych, którzy mieli słabszą ocenę z geografii podpowiem – na mapie to jest kraj po lewej stronie, hehe) – Destruction. Gasną światła, ludzie krzyczą, na scenę wchodzi Schmier i reszta brygady, padają pierwsze takty i tu klops. Powiesić akustyka!!! Dwa pierwsze numery były całkowicie położone, Schmiera nie słychać, jedynie go widać, ale dla mnie to żadna radość. Na szczęście szybko się poprawiło i z głośników popłynął pełnowartościowy i brutalny thrash. Katowani byliśmy na przemian nowszymi i starszymi kawałkami. Poszło między innymi „Nailed To The Cross”, na zakończenie poszło bodaj „Thrash ‘till Death” (to z nowszych, moje kochanie metale) czy genialny „Bestial Invasion” ze starszych. Dobra konferansjerka wokalisty, no ale przede wszystkim stary, dobry thrash metal, spowodowały, że publika zatraciła się w dzikim moshu, nie bacząc na zęby, kości i inne takie. Sam niżej podpisany wyniósł z tej pożogi obrażenia, które predysponują go co najmniej do Purpurowego Serca. Ale było warto. Za rok życzę sobie Kreatora, za dwa lata Sodom, a za trzy Protector. Z góry dziękuję.

 

Kolejna przerwa, szybkie piwko i jakaś pizzopodobna potrawa i wracamy do hali, bo produkować zaczął się tam już Blaze Bailey. Tego pana też chyba przedstawiać nie trzeba, każdy wie gdzie grał, był w Polsce bodaj dwa razy, ale ja widziałem go po raz pierwszy w wersji live. Poprawny set, dobry kontakt z publiką, numery oparte zarówno na solowych dokonaniach i na numerach z epoki Iron Maiden. I tak, publika dostała po mordkach między innymi „Kill and Destroy”, ale chyba przewagę miały numery Dziewic – „When Two Worlds Collide” i inne heavy metalowe killery. Bailey zachęcał wszystkich do zabawy, cały czas utrzymywał kontakt z publiką, schodził do niej, przybijał piątki fanom, jednym słowem zachowanie metalowego frontmana w najlepszym stylu.

 

Kolejnym zespołem na deskach Dużej Sceny byli Brazylijczycy z Sepultury. Gdyby ten koncert odbył się dajmy na to 15 lat temu czekałbym na nich z wywieszonym jęzorem (no z tym, że jak oni nagrywali takie „Morbid Visions” to ja pasjonowałem się wojowniczymi żółwiami ninja), jednak panowie grali po drastycznej zmianie stylu, dlatego też pod sceną było co najmniej o jedną osobę mniej. Sorry panowie, wybrałem odpoczynek w miłym towarzystwie w holu Spodka. Ale z tego co ludziska opowiadały to Brazylijczycy wypadli całkiem całkiem, aczkolwiek empirycznie tego nie sprawdzałem.

 

W przysłowiowym międzyczasie ogłoszono, że z jakichś tam powodów Testament nie zagra jak na gwiazdę przystało na końcu, ale właśnie zaraz po Sepulturze, to jest jako trzeci od końca. Dla mnie było okej, bo nie byłem zmęczony i mogłem się udać w tany na całego. W końcu po coś się przyjechało, nie? Testament miał zagrać już na wcześniejszej edycji, ale nie zagrał, więc byłem pełen obaw czy i tym razem coś się nie spieprzy. Na szczęście wszystko poszło dobrze i około 23 panowie wyszli na scenie przy burzy oklasków i skandwaniu nazwy. Zaczęli od razu z grubej rury, od kawałków z „The Legacy” i „The New Order”. Na rozszalałych słuchaczy poszły takie ciosy jak „Into the Pit” (dedykowane dla wszystkich motherfuckers udzielających się w młynie pod sceną), „Over The Wall”, „Alone in the Dark” z chóralnie śpiewanym refrenem, z późniejszych rzeczy usłyszeliśmy „Practise What You Preach”, czy mordujące, zagrane szybciej (tak!) „D.N.R.” – i tu mieli rację, mnie po ich gigu trzeba było niemalże wynosić spod sceny. Genialna konferansjerka Chucka Billy’ego nie dawała choćby cienia podejrzenia, że jeszcze nie dawno ten koleś był o włos od pożegnania się z tym światem. Osobne plusy należą się dla gitarowych, zwłaszcza dla Alexa Skolnicka, który wyczyniał cuda, śmigał palcami po gryfie niczym Kubica bolidem po torze. Na garach zaiwaniał Nick Barker, który pokazał nam co to znaczy profesjonalizm (trzeba było widzieć „numer z flagą” – Billy odrzucił w jego stronę flagę z logiem zespołu tak, że ta leciała wprost na jego bębny, a ten w locie odrzucił ja pałeczką, nie wybijając się w ogóle z rytmu – szok!). Widać, że thrashersi z USA na koncertach czują się jak ryba w wodzie (uwaga – truizm!). Cały czas ruch, cały czas zachęcanie publiki do zabawy, przy tym bez popadania w rutynę czy w bezduszne odtwarzanie piosenek. Taki właśnie powinien być koncert Gwiazdy przez duże, bardzo duże G. Po zejściu zespołu ze sceny publiczność jeszcze długo skandowała ich nazwę, ale nieubłagane są prawa festiwalowej rozpiski. Najlepszy koncert całej Metalmanii, a kto uważa inaczej ten trąba i od dziś nie kłaniam mu się na ulicy.

 

Po Testamencie na deski wszedł Paradise Lost. Nie lubię ich twórczości, poza tym w pamięci mam jeszcze gwiazdorskie, chamskie wręcz zachowanie Holmesa z 2002 roku. Kto był lub słyszał, ten wie o czym mowa. Tym razem jednak nikt nie zszedł urażony niczym Pierwsza Dama ze sceny, więc to liczy się im na plus. Wybraliśmy się więc kolegą Choronzonem i jedną koleżanką pod scenę, żeby bliżej się przyjrzeć temu co maja do zaprezentowania Brytole. I po pięciu kawałkach poszliśmy usiąść na wygodnych sofach w holu Spodka (hehe, You wish…  ). Tragedia, jednak mówię to całkowicie subiektywnie, ale takie moje prawo. Nudno, nudno, nudno. Nasza trójka obserwatorów w czasie pięciu kawałków ziewnęła po 25 razy na głowę. I tylko trochę miało na to wpływ zmęczenie. Oczywiście byli tacy, którym się podobało, ale ja tam swoje wiem. Dziękuję, nie chcę. Zamiast nich trzeba było za podobną kasę sprowadzić jakiś porządny zespół blackowy. Koniec. Kropka.

 

Ostatnim bandem Metalmanii 2007 było My Dying Bride, które oglądaliśmy w pozycji siedzącej. I tu się przyznam, 40 godzin bez snu spowodowało, że na ich koncercie odpłynąłem. To znaczy słyszałem muzykę, ale zalepione oczy uniemożliwiły mi obserwowanie wokalisty Aarona. A ponoć było na co patrzeć (nie w tym sensie, świntuchy!). Koleś podobno tarzał się po scenie, rycząc do mikrofonu jak jakaś nomen omen umierająca panna młoda. Cała scena spowita była gęstym dymem i gęstym, raz czerwonym, raz niebieskim światłem. Efekt był niesamowity. Do tego wolne, walcowate kawałki stanowiące świetny akompaniament do ostatniego rajdu żyletki wzdłuż żył. Set stanowiły kawałki z całej twórczości Brytyjczyków, niestety nie przytoczę tytułów bo jak już napisałem wcześniej po prostu chwilami odpływałem. Miałem wręcz wrażenie, że MDB gra jeden długaśny numer, zwłaszcza, że Aaron nie był nad wyraz gadatliwy. Z tego co mi się wydaje, rzucił jedynie na koniec coś w stylu „Tkank You for coming, good night.” Po ostatnim akordzie siedziałem zmulony jeszcze przez chwilę, a następnie powlekliśmy się w powrotną drogę.

 

Podsumowując, tegoroczna edycja była świetna pod względem zespołów, jakie raczyły się zjawić. Jedyny anonsowany wcześniej zespół, który nie zagrał to 2TM2,3 i moim skromnym zdaniem wyszło to wszystkim na dobre. Nam, bo od ewangelizacji mamy rząd i undergroundową rozgłośnię z miasta pierników (i nie chodzi mi tu o ciasteczka) i zespołowi, bo nie musieli słuchać lecących spod sceny krzyków typu „Bądźcie tak mili i zejdźcie z estrady, kochani”, które niechybnie by się pojawiły. Jeszcze jednym mankamentem był brak black metalu, ale przy tak doborowym zestawie kapel jakoś to przeżyłem. Mam nadzieję, że za rok będzie jeszcze lepiej, a wtedy moja obecność pod bramą Spodka gwarantowana. Dziękuję za uwagę, to mówiłem ja, Jarząbek.