Metalfilia 2007; Rzeszów, Klub Pod Palmą; 14.12.2007

Dobrze się dzieje, że coraz więcej koncertów ostatnimi czasy ma miejsce w Rzeszowie i że w ogóle przez Polskę przetaczają się takie trasy jak Metalfilia 2007. Trochę mniej znane w naszym kraju kapele u boku cieszących się ciut większą popularnością grup to całkiem niezłe rozwiązanie. A skład tej trasy był iście międzynarodowy, bo nie co dzień do naszych klubów zaglądają zespoły z Japonii czy nawet jakby trochę bliższej Hiszpanii.

Rzeszowski przystanek nosił nazwę Klub Pod Palmą. Niestety, gdy zjawiłem się w środku doszedłem do przykrej konstatacji – przy takiej frekwencji spokojnie można było wynająć coś mniejszego, ot choćby Rejs. Małe pogłowie czarnej wiary mogło być efektem jak mi się wydaje, charytatywnym koncertem, mającym miejsce tydzień wcześniej, który zgromadził sporą widownię. No i zespoły to żadne tzw wielkie nazwy, jak Vader czy Behemoth, więc metaluchy wolały w domu siedzieć – w końcu na TVN leciał „Matrix”…

Maraton miał otworzyć hiszpański Jodio Logo Sugio, ale wokalista z powodów osobistych musiał wrócić do ojczyzny, tak więc zespół nie zagrał. Podobno mieli wystąpić na następnym, krakowskim gigu, kończącym całą trasę, ale czy tak się stało to już pytajcie Krakusów. Pierwszą kapelą wieczoru był zatem nasz rodzimy None – kapela swego czasu dość mocno promowana rzez Metal Mind, teraz o nich jakby ciszej, ale chłopaki podobno dłubią coś przy nowym krążku. Jako, że otwieracz nie ma łatwego życia (chyba że chodzi o otwieracz do butelek, ten zawsze czuje się niesłychanie potrzebny, hehe), tak i tym razem aktywność podczas ich koncertu wykazywał tylko jeden, nawalony w trzy dupy koleś, który pod koniec całej imprezy był już w stanie agonalnym. Właściwie to twórczość None do mnie nie przemawia, więc i koncert spędziłem z dala od sceny. Wokalista zachęcał niby ludzi do zabawy, co pod koniec ich setu poskutkowało może z 15 osobami pod barierkami, a zespół raczył nas swoim new metalem circa dwóch kwadransów, z których jedynie kawałek „Face Your Real Face” zapadł mi jakoś głębiej w pamięć. Jednak z grubsza ta muza w ogóle mi nie podchodziła, dlatego o bis nie wołałem.

Drugą kapelą Pod Palmą było japońskie Metal Safari. Dziwna nazwa trochę jak dla mnie, bo żadnych zwierząt nie widziałem, jedynie jeden członek bandu przypominał małe słoniątko. Z wyglądu to reszta zalatywała jakimiś emo-klimatami. Show dali jednak całkiem energetyczne, metal core’owe granie jakiego pełno na dzisiejszej scenie, spodobało się jednak publice, mieli z nią niezły kontakt. Jeśli ktoś lubi takie granie to mógł być zadowolony. Czasu do dyspozycji mieli mniej więcej tyle co poprzednicy i z tego usłyszałem ze sceny, to raczyli nas kawałkami z debiutanckiego „Return To My Blood”. Po koncercie zresztą okazało się, że to całkiem mili goście, cały czas pod sceną się kręciło coś żółtego, większość czasu największy z nich spędził w młynie. No ale podsumowanie będzie takie jak w przypadku None – trza lubić.

Po Japońcach deski przejął jankeski Mahavatar. Kwintet grał sobie melodic death metal z lekkimi naleciałościami metalcore’a. z nimi również zetknąłem się po raz pierwszy dopiero podczas Metalfilli, wiedziałem jedynie, że na liście płac mają gościa o swojsko brzmiącym nazwisku – Szymona Marię Rapacz. I kobietkę za mikrofonem, z racji której przez skórę czułem, iż skojarzenia z Arch Enemy nie będą wcale nie na miejscu. No i nie myliłem się, bowiem kapela zapewne silnie inspirowała się dokonaniami Angeli i spółki. Aczkolwiek nie wyłącznie, bo w utworach z „The Sun, The Rain, The Wind, The Soil” można było odnaleźć również wpływy muzyki hinduskiej, wplecione gdzie niegdzie (a przynajmniej tak mi się wydaje, hehe). ogólnie zespół wypadł nieźle, podobał mi się też wokal Lizzy, zbliżony do barwy głosu panienki z Guano Apes. Wrażenia ogólnie pozytywne, nie wiem jak utwory grane tego wieczoru prezentują się na płycie, na żywo miały jednak trochę nieśmiały ten pazur. Publika jednak dość mało wybredna chyba była, bo nie narzekała.

Czwartym bandem byli kolesie z tworu o nazwie Rasta i pochodzili z kraju byłego kierownika kołchozu, obecnie prezydenta Łukaszenki, czyli z Białorusi. W sumie nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać po tej kapeli, bo samo określenie death metal jest dość szerokie. Okazało się, że tym razem odnosi się do zindustrializowanej wersji tego gatunku. Rasta było pierwszą grupą, która tego wieczoru dała na scenie prawdziwego ognia, w stylu brutalniejszego Fear Factory. Muzycy ubrani w coś, co przypominało kamizelki kuloodporne, mimo, że tak jak w przypadku wcześniejszych kapel zetknąłem się z ich twórczością po raz pierwszy. Jednak ta inicjacja podobała mi się, publika też była zadowolona, tłumnie ruszyła pod barierki. Precyzyjne granie okraszone industrialnymi motywami wypadło niezwykle świeżo na tle wcześniejszych zespołów. W przerwach między kawałkami żywiołowy wokalista zabawiał ludzi swoją wersją polskiego („grać kurwa mac”, czy „rzeszuł”). Po raz pierwszy też oświetlenie koncertu współgrało z muzyką, naprzemiennie zalewając scenę zimnym niebiskim światłem i czerwonym w brutalniejszych momentach. Pod koniec setu usłyszeliśmy jeszcze cover Depeche Mode „Enjoy The Silenie”, na którym Rasta wspomagani byli przez Kubę z Thy Disease. Naprawdę świetna sztuka, rozglądnijcie się za nimi.

Przed kolejnym koncertem obowiązkowa przerwa na browarka i z powrotem pod scenę, bo na deski wszedł krakowski Thy Disease. Kapela, która nie zawodzi na koncertach, o czym wiem z doświadczenia. Ich black z dużą dozą elektroniki wypada na naszym podwórku dość nieszablonowo. Na szczęście numery, które zaprezentowali tego grudniowego piątku cechowały się większym naciskiem na agresję niż na elektroniczne harce Cube’a (choć i tych nie było mało), przez co ich występ był bardziej, że tak powiem, zwarty – no po prostu brutalniejszy był. Właściwie to usłyszeliśmy kawałki z wszystkich (chyba) płyt zespołu, ale największy nacisk położono na ostatni „Rat Age”, płyty co najmniej udanej. Psycho szybko zjednał sobie publikę, w ogóle przyjęcie mieli niezłe – w końcu swojaki, a nie jacyś obcy, hehe. Ale nie pochodzenie muzyków Thy Disease było tego wieczoru kartą przetargową, a świetne show sceniczne. No i w tym roku obyło się bez niespodzianek, jak przy ostatniej wizycie kapeli w Rzeszowie, kiedy to bodaj szlag trafił na chwilę prąd i trzeba było pauzować. Tym razem od pierwszej do ostatniej chwili koncertu było w porządku, więc sztukę można zaliczyć do udanych.

Po Thy Disease przyszedł czas na najbardziej chyba wyczekiwany zespół całej Metalfilii – dream team Virgin Snatch. Pomyśleć, że kiedy grali w Rzeszówku po raz pierwszy, jeszcze z Titusem, to na ich koncert przyszło góra pięćdziesiąt osób, a i to sporo naciągając. Teraz frekwencja była jużo wiele lepsza, choć i tak mogło być o wiele lepiej. Jednak Ci, którzy stawili się Pod Palmą pokazali, że Thrash Not Dead. Sukces ostatniej płyty sprzyja wyraźnie popularności Virginów. Zaczęli od razu, bez zbędnej zwłoki, racząc testamentopodobnym Thrash Metalem Z Górnej Półki. Na wokalu Zielony, świetny frontman, stale utrzymujący kontakt z osobami naprzeciwko sceny, rzucający się jak dziecko z ADHD, w którymś momencie nawet zeskoczył z desek w ludzi, poszalał chwilę w młynie, po czym wrócił i jak gdyby nigdy nic, szalał dalej z mikrofonem w łapie. Gitarzyści – Hiro i Grysik, cały czas pokazywali poziom profesjonalizmu i wraz z Aniołem na basie dbali o to, by na scenie nie było zbyt spokojnie, choć ma się rozumieć w mniejszym stopniu niż gardłowy. Virgin Snatch zaserwowali nam głównie przysmaki z ostatniej „In The Name Of Blood”, ale były i strzały z „The Art. Of Lying”, ot choćby kawałek tytułowy. Z ostatniego krążka usłyszeliśmy między innymi świetną balladę, dedykowaną Vitkowi – „You-Know-Where”, z przejmująco proroczym początkiem „Still don’t know, why You’re dying long before your time has come…” i chóralnie śpiewanym refrenem – „I will keep You in the corner of my eses!”. Ale potem to już był wciąż thrashowy roller – coaster, aż do ostatniej nuty i wymuszonego przez publiczność bisu. Świetny show, teraz zostaje już tylko czekać na czwarty album i kolejną trasę.

Ogólnie rzecz biorąc, nie żałuję wydanych dwóch dych na ten koncert, inni którzy zjawili się na Metalfilii 2007 też chyba nie. Choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że rezygnując z dwóch zagranicznych kapel i biorąc w ich miejsce jedną popularniejszą kapelę z Polski, frekwencja wzrosłaby o kilkadziesiąt głów. Ale ja nie narzekam (o dziwo, co? Hehe), bo koncert był porządny. Oby więcej takich.

Fotki dzięki uprzejmości Sylwii Musiał. Więcej takich – tutaj.

Autor

11089 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *