Metal Reich vol.III: From The Vault Of Chaos; Rzeszów, Klub Od Zmierzchu Do Świtu; 1.12.2012

Co tu dużo mówić, postanowiliśmy się tu w Chaos Vault spróbować z materią innej treści, niźli krytykowanie muzyków zza parawanu ekranu laptopa. Postanowiliśmy wyjść do ludu. Ba. Zrobić coś dla ludu, dla zwykłych metalowych zjadaczy kotów. Postanowiliśmy zorganizować gig. Co prawda nie do końca wychodzi nam nawet organizowanie kasy na wódkę, ale co tam. Do odważnych świat należy. Jako, że głupio tak pisać relację z koncertu przez nas współorganizowanego, powiedzmy że będzie to quasi-relacja, para-opis tego co się działo. Panie, a co się nie działo. Dobrze, że mieliśmy kolegę perkusistę Excidium, który pomógł nam ogarnąć zamieszanie ze sprzętem, bo sami osobiście nie do końca odróżniamy grilla od werbla i sznurówki od struny gitary – za to dla niego już na wstępie „Eternal Hail!”.

Ludzi trochę się zjechało, bo i zaprosiliśmy naprawę zajebiste w naszym mniemaniu zespoły. Były więc i piękne panie z różnych zakątków Polski i świata, przystojni mężczyźni, trochę głupców i sporo maniaków. Cóż, nie wszystko widzieliśmy, bo jako domorośli biznesmeni branży metalurgicznej sami wpuszczaliśmy gawiedź do środka, odburkując do metali i uprzejmie wprowadzając damy na sale. Tacy już jesteśmy. Wokół nas pijaństwo, piwa i wódki sporo – a działo się to w Klubie Od Zmierzchu Do Świtu. Od czasu do czasu któryś z nas zapuszczał się na salę, sprawdzając, czy zespoły grają skocznie dla publiki.

Pierwszą kapelą, która zgodziła się wziąć udział w Metal Reich vol. III: From The Vault Of Chaos, bo tak to to zostało ochrzczone (w koźlej spermie ma się rozumieć) było Striking Beast – młodzi thrash metalowcy. Zdjęć kilka poniżej.

 

 

Zespołem numer dwa był Necrosadist, który po dość sporej scenicznej absencji (bynajmniej abstynencji) wyraził wolę desakralizacji rzeszowskiej ziemi. Tutaj również nie widzieliśmy wiele, no ale były kozły, koźlaki i młode kózki też tam gdzieś pewnie pod sceną hasały – czego chcieć więcej jako oprawy black/thrash metalowej jazdy? Alkoholu? No przecież mówiłem, że były Koźlaki firmy Amber. Tak się bawiono podówczas:

 

 

Kolejna kapela z Rzeszowa – Excidium. Znani tutaj i lubiani. No, zazwyczaj lubiani, hehe! Tutaj już widzieliśmy trochę więcej, bo i ludzi zaczęło coraz mniej przychodzić, więc nasze spracowane dłonie wsadziliśmy w kieszonki i zeszliśmy na dół, podziwiać. Było co w sumie, bo akurat się Excidium rozkręciło, Cuntreaper bluźnił bogu na scenie, a publika to podchwytywała. Tradycyjnie zagrali cover „Countess Bathory”, choć było kilku takich, którzy domagali się raczej „Barki” czy czegoś innego z repertuaru grupy Trwam. Excidium się nie dało sprowokować jednakże! Był blackened thrash metal tak jak zapowiedziano. A kto nie wierzy, niechaj patrzy.

 

Jako, że przez dwadzieścia minut nikt nie zawitał po zakup biletu, stwierdziliśmy z Efem fajrant i poszliśmy uczestniczyć już bardziej aktywnie w życiu towarzysko – artystycznym. A że akurat produkować zaczął się krakowski Ragehammer, była po temu okazja. Zakrapiany Finlandią black/thrash przez coś około pół godziny walił ludziska po łapkach. Kapela dopiero wypuści debiutancką Epkę, na którą osobiście ostrzymy sobie zęby. No, mogło się podobać. Wiemy, że zdjęcia tego nie oddadzą, ale sami rzućcie okiem:

 

 

Rzuciliście? To jadymy dalej. Alkohol coraz bardziej dawał się we znaki (choć apogeum miało dopiero nadejść), powietrze stało się jakby gęstsze, czuć było śmierćmetal i starych ludzi, którzy go tworzyli dwadzieścia lat temu – oto i reprezentacja Lublina w postaci Ulcer. Scena była mała, a tu Lublin na bogato, nawet wokalistów dwóch mieli. Ale się pomieścili. I dali radę. Zanotowano pierwsze upławy krwi, jednego z gardłowych nawet nią naznaczono, co by nie – ajc też pamiątka, prawda?

 

No i ostatni na scenie, Lublin ponownie, nawet skład się bardzo nie zmienił. Zniknął jeden wokalista, drugiemu zniknęła kamizelka i jadymy dalej. Tym razem pod szyldem Deivos.  Muzycznie bardziej technicznie, mniej cmentarnie. Jednak jakby ludzi już trochę mniej ich podziwiało, już coraz więcej osób zaczęło dansing z czarodziejką gorzałką lub oddało się nocnym Polaków rozmowom. I my po części również, tu rzucając jednym okiem na scenę, drugim łypaliśmy w kierunku baru, mężczyzn i kobiet tam przebywających. Zdjęć spod baru Wam nie pokażemy, ale na scenie wyglądało to tak:

 

A jak Deivos zszedł ze sceny, to już na dobre się zaczęło. Poopowiadalibyśmy Wam o tych szczegółach, ale może lepiej, jak po prostu następnym razem zjawicie się? Bo możliwe, że jakiś „następny raz” będzie? Z tego miejsca dziękujemy wszystkim, którzy nam pomogli w zorganizowaniu tego koncertu, kapelom i ich osobom towarzyszącym, twórcy plakatu przecudnej urody, dwóm głównym siłom napędowym promocji (Greg i Marcin, Wasze zdrowie!), Sylwii za zdjęcia, znajomym i w ogóle w ogóle, zwłaszcza tym, którzy pofatygowali się kilkaset kilometrów na ten koncert. Do następnego razu.

 

 

 

 

Autor

10666 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *