mmfestWałbrzych jest miastem leżącym na Dolnym Śląsku, schowanym w Pogórzu Zachodniosudeckim. Samo miasto najbardziej znane jest z pięknego zamku Książ, gidze miała się mieścić tajna kwatera Hitlera, a ostatnio także z poszukiwań Złotego Pociągu. Do niedawna dla mnie jawiło się jako odpowiednik Sosnowca na Dolnym Śląsku, jednak od jakiegoś czasu zaczęło ono stawać na nogi. Jednym z przejawów tegoż, było odremontowanie budynku Kopalni Węgla Kamiennego „Julia” , gdzie postanowiono zorganizować szeroko obwieszczane wszem i wobec Metal Mine Festival. Line up prezentował się ciekawie: Terrordome, Decapitated oraz szereg dodatkowych kapel miały wyśpiewywać chwałę rogatemu. Nie mogłem więc tam nie być, a com widział oraz słyszał, tutaj opisałem.

Na miejsce dotarłem z lekkim opóźnieniem, gdyż wyruszaliśmy z bdb przyjaciółmi od serca ze Świebodzic. Początek festiwalu planowany był na 14.30, jednakże okazało się, gdy przybyliśmy nieco po planowanym rozpoczęciu, że i tak przyjdzie nam chwilę poczekać na wejście. Warto tu w tym miejscu napisać parę słów o miejscówce: kopalnia odremontowana jest wprost świetnie i prezentuje się wyśmienicie. Sama impreza odbywała się na jednym z placów, który był wystarczająco obszerny, by pomieścić sporą scenę i pokaźną grupę ludzi, o grubo większą niż tą, która się zjawiła.

Rzecz jasna od razu po wejściu należało uzupełnić stracone zapasy płynów, co też chętnie uczyniliśmy. Stoisk z piwem i jedzeniem było stosunkowo niedużo, ale większych przestojów nie było. Pochwalić trzeba, że cena trunku, jak na taką imprezę, była zacna bo raptem śmieszne pięć polskich złociszy.

Uwagę przykuwały elegancko poustawiane na wprost od sceny ogródki piwne oraz… sztuczna plaża. Długo jednak nie pokontemplowaliśmy otoczenia, bo oto na scenie rozpoczął granie jeleniogórski Warbell ze swoją charyzmatyczną i cieszącą oko wokalistką, Karolą. Wiedziony silnym poczuciem regionalnego patriotyzmu oraz upodobaniem dla ich muzyki ruszyłem pod scenę, by zostać zatrzymanym przez ochronę. Okazało się, że nie można zbliżać się do sceny z piwem. Cóż, przyszło pić całego browca na dwa łyki i ruszać oglądać kapelę z bliska. Ci, którzy wiernie trwają przy Kejosie na pewno kojarzą recenzję długograja Warbella na naszym portalu, ale takie granie to trzeba jednak lubić: świetne połączenie Insomnium z Be’lakorem wraz z kapitalnym growlem Karoli wchodziło na to wczesne popołudnie idealnie. Publika pod sceną była nieduża, ale nie oszukujmy się: wczesna pora, możliwość oglądania i bezproblemowego słuchania kapel z ogródków oraz brak możliwości wejścia z browarem negatywnie odbijały się na frekwencji bliżej muzyków. Nie przeszkadzało mi to jednak i mogłem bez problemu cieszyć się graniem, tym bardziej, że na żywo Warbell brzmi naprawdę dobrze. Jeśli będziecie mieć okazję oglądać – zachęcam.

Następnie przyszła chwila oddechu, którą wykorzystaliśmy na napojenie naszych spragnionych gardeł oraz rzut oka na merch. Stoisk było parę, a wybór niezgorszy. Wyrzucam tylko sobie, że przegapiłem moment, gdy wystawili festiwalowe koszulki na sprzedaż – ponoć rozeszły się momentalnie, ale cóż… nie wszystko można mieć.

Jednakże nie było czasu do zadumy, bo oto na scenę wkroczył strzegomski Disorder. Tych deathmetalowych maniaków dane mi było już słuchać raz na żywo i wgnietli mnie dosłownie w ziemię. Ciężkie, miażdżące riffy podlane głębokim growlem Kata Andrzeja walcowały idealnie publikę, która doceniła strzegomian. Ci zaś odwdzięczyli się potężną dawką przemocy muzycznej, w tym jednym świetnym kawałkiem czysto instrumentalnym. Warto tu zauważyć, że trwają prace nad nowym krążkiem, więc warto baczyć, co w trawie piszczy i kiedy się to to ukaże.

Po chwili oddechu na scenę wkroczyło Cinis, którego członkowie, podług słów wokalisty, zjechali się na ten fest z wielu różnych miejsc. Dobrego death metalu nigdy za mało, podobnie zapewne uważała kapela, która bezlitośnie wychłostała publikę soczystym i intensywnym graniem. Poleciały główne wałki z ich drugiego długograja, „Subterranean Antiquity”. Przyznaję, że słuchało się tego wybornie i aż żal, było że czas występu upłynął niemal momentalnie.

Kolejne miało być Obscure Sphinx jednak z uwagi na kontuzję pałkera Wielebna i spółka odpadli niestety z festiwalu. Szkoda, bo liczyłem na nich. W zastępstwie zagrał, spod sztandaru groove/metalcore, Sixpounder. Przyznaję, to nie moja bajka więc ewakuowałem się do ekipy pogadać o tym i owym oraz wypić piwerko.

Według rozpiski następne miało być Terrordome. Tych krakowskich crossoverowców dane mi już było widzieć na Breslauer Thrash Fest, gdzie, jako gwiazda wieczoru, spuścili publice solidny wpierdol. Słuchałem ich jednak tym razem z ogródków zbierając siły na kolejną kapelę, ale podkreślić należy, że wypadli świetnie bezkompromisowo wypełniając całą kopalnię wkurwieniem i energią.

I w końcu się pokazali: Bloodthirst. Miałem nadzieję, że poznaniacy nie zostawią w Wałbrzychu kamienia na kamieniu i tak też się stało. To, co się odstawiło na scenie było wprost nieludzkie masakrując publikę czystą, niepowstrzymaną kanonadą dźwięków. Entuzjazm publiki był spory (niektórzy aż przeleźli przez barierki ku konsternacji ochrony hehehe). Przyznaję, słuchając krążków Bloodthirst nie zostałem rzucony na kolana, zaś tegoroczna EPka, choć zacna, została brutalnie stłamszona przez Ragehammer, ale tym występem na żywo chłopaki pokazali niesamowitą klasę. Wincyj, drodzy panowie! Wincyj!

Liczyłem na chwilę oddechu i wytchnienia dla obolałego od machania dynią karku lecz organizatorzy zapowiedzieli czeskie, śmierć metalowe Tortharry. Nie znałem ich wcześniej ale nauczony doświadczeniem ze słuchanych dotychczasowych czeskich kapel, choćby Krabathor czy Crystalepsy, spodziewałem się czegoś dobrego. I było dobre… wręcz wykurwiste, soczyste, jak dobrze wymierzony klaps, granie, które wybornie wchodziło pod ciepły, letni wieczór. Warto odnotować, że zespół obchodził 25lecie grania i na scenę w trakcie występu wpadł organizator z tortem, zaś publika, w tym też piszący, głośno odśpiewała Sto Lat głęboko wzruszając frontmana. Świetny gest, a Tortharry będę musiał przesłuchać uważnie.

Następne miało grać Illusion, ale przyznaję… spasowałem, tym bardziej, że dźwięki ze sceny nie zachwycały. Zachwycało za to piwo i wyborny bigos sprzedawany na straganiku z jedzeniem.

Kolejne miało być Decapitated, liczyłem na techcznino-metalowy walec mielący wszystko bezlitośnie, zostawiający po publice li i jedynie pokrwawione strzępki, a dostałem… sam nie wiem. Było niestety strasznie słabo i przyznaję zawiodłem się okrutnie. Jedynie pod koniec występu nagle to pokraczne muzyczne coś przerodziło się w konkretne napierdalanie, ale niestety za mało tego było i dlaczego przy końcówce już? Co dziwne, Decapitated zagrało też aż za głośno. Tak, ja wiem, że to metal, a metal ma ścianą dźwięku niszczyć obiekty, ale poziom decybeli był tak wysoki, ze nie szło wytrzymać. Myślałem, ze to tylko moje odczucie, ale popytawszy parę osób, okazało się, że nie tylko mnie razi takie natężenie dźwięku.

Ostatnim bandem, będącym wisienką na tym szatańskim torcie, było wałbrzyskie Luna ad Noctum. Lubię ich granie, przyznaję. Niektórzy porównują ich do Dymu Burgerów, ale w mojej opinii nie mają w sobie takiej nadętej pretensjonalności, dlatego też z przyjemnością dopchałem się pod scenę, by móc z bliska podziwiać popisy Adriana i spółki. Warto też, zaznaczyć, że naczelny fotograf metalu, Rafał Kotylak, w trakcie odrzucił na scenie sprzęt i pokazał, ze można stworzyć jednoosbowy moshpit – zacnie! Na szczególne wyróżnienie na pewno zasługują genialnie wykonane covery KATa (Romek byłby dumny) oraz „Into the Pentagram” Samaela. Szczególnie ten drugi wyszedł im kapitalnie, genialnie podsumowując cały festiwal. Po tym wszystkim można już było tylko iść do domu, by siedzieć z bdb przyjaciółmi od serca do późna przy piwku hehehe.

Podsumowując: było zajebiście. Na plus zaliczam świetny skład, genialną lokalizację, bardzo dobre nagłośnienie (Decapy to tylko mały zgrzyt), tanie piwo i pyszny bigos. Minusem był niewątpliwy fakt, że nie można było wejść pod scenę z piwem, zaś równie dobrze można było wszystko oglądać z ogródków. Nadto miło by było, jakby organizator dopuszczał do myśli fakt, iż ktoś może wyjść z terenu festiwalu na chwilę i wrócić (jak ma bilet), a nie „absolutny zakaz wychodzenia”. No i ciutkę więcej straganików z jedzeniem. Tylko nie myślcie, że marudzę – podtrzymuję moją wysoką notę o tej imprezie i naprawdę liczę, że odbędzie się ona w przyszłym roku zbierając jeszcze więcej ludzi. Ja będę na pewno.