Metal Maraton 3; Rzeszów, Klub Pod Palmą;

Przełom kwietnia i maja stał pod znakiem koncertów. Tak to już bywa, że albo przez 2 – 3 miesiące jest posucha w dziedzinie występów na żywo, albo w przeciągu 2 – 3 tygodni jest do obskoczenia kilka imprez. Tak było i tym razem, najpierw Metalmania, potem Cremaster w Rejsie, a następnie opisywany właśnie Metal Maraton. No to lećmy od początku.

W tej edycji Maratonu wzięła udział legenda polskiego heavy – Turbo, młodsi adepci tej samej sztuki – Chainsaw, których mogliśmy też zobaczyć na wcześniejszej edycji trasy, a wraz z nimi, na poszczególnych koncertach, poniższe kapele: Esqarial, Killjoy, Witchking, Sacrum, Hekatomba, Miecz Wikinga oraz Marry Pop Ins. Na rzeszowskim odcinku trasy zagościli moi ziomkowie z Gorlic – Sacrum.

Sam koncert miał miejsce w klubie Pod Palmą, gdzie odbywają się ostatnio wszystkie większe imprezy metalowe. Pierwszym zgrzytem był brak rozreklamowania gigu w Rzeszowie i nie wiem, kto tu zawinił, bo już podobno krakowski odcinek miał dobrą promocję. Sam szukałem informacji w necie, o której wszystko się zaczyna, na próżno jednak. Mniej zdeterminowani zapewne sobie odpuścili, albo nawet w ogóle nie dowiedzieli się, ze wyżej wymienione zespoły przyjeżdżają. Ja, po przyjściu pod klub zobaczyłem jedynie trzy osoby, które do tego dopiero stukały na wejściówkę. Dochodzące mnie z wnętrza dźwięki, wywołały wrażenie próby. Gdy jednak zawitałem do środka oniemiałem – to był już koncert. Sacrum produkowało się dla stojących pod sceną 4 (słownie: czterech) osób! Po szybkim opatrzeniu sprawy oszacowałem liczbę publiczności na około 80 osób, co na wielkość klubu było wynikiem bardzo marnym. Z czego to wynikało? Nie mam pojęcia, obstawiam kiepską reklamę i XXI edycję Metalmanii, która odbyła się tydzień wcześniej.

Sam koncert Sacrum był dobry, mimo wpadek z brzmieniem na początku. Zespół nie przejął się zbytnio niską frekwencją i sypał do tych kilku osób pod sceną numerami, które w wykonaniu koncertowym nabrały dodatkowego kolorytu. A były to przede wszystkim kawałki z ostatniej płyty „Darkstricken”. Wyszło to wszystko naprawdę nieźle, widać było dobre zgranie gitarzystów, również Paweł za perkusją pokazywał, że w garnki wali nie od wczoraj. Żywiołowy wokalista robił co mógł, by rozbujać publiczność, albo chociaż przyciągnąć ich pod scenę, niestety mimo jego wysiłków podczas ich koncertu z bliska obserwowało sztukę Sacrum może z dwanaście osób, a aktywnie bawiło się osób cztery (w tym dziewczyna gitarzysty i piszący te słowa). Reszta albo dopiero wchodziła do klubu, albo siedziała znudzona przy piwie i przypatrywała się z lóż. A szkoda, bo naprawdę to, co pokazali tego dnia chłopcy – sacrumowcy było warte machnięcia baniakiem w rytm choćby takiego „Make My Day” czy „Human Error”. Ze starszych kawałków poleciało chyba tylko „Lux In Tenebris”. Moim zdaniem zespół zasłużył na wiele więcej, niźli pokazała rzeszowska publika, ale nie było im niestety dane. Mam nadzieję, że następnym razem będzie pod tym względem lepiej.

Kolejny band, jaki tego dnia wystąpił na deskach to Chainsaw. Widziałem ich po raz drugi i nie zawiedli mnie. Mimo, że ostatniej płyty zespołu nie słyszałem, a przedostatnia w ogóle mi się nie podoba, to na żywo można się przy nich świetnie bawić. Nie będę wymieniał kawałków, jakie grali, bo po prostu żadnego tytułu nie znam. Na pewno sporą niespodzianką dla metalowej braci był cover… Obywatela G. C. Oczywiście numer polany był iście heavy metalowym sosem i naprawdę fajnie chłopakom wyszedł. Chainsaw przyciągnął pod scenę trochę (zaznaczam – trochę) więcej osób, niźli Sacrum. Zagrali set energiczny, pełen metalowej żywiołowości, który trwał, na moje oko, blisko pół godziny. Świetną robotę, wespół z sekcją rytmiczną, odwalił tu wokalista Maxx, zachęcając ludzi do machania głowami w rytm muzyki, ale dobry koncert jest zasługą całej kapeli.

Po zejściu ze sceny Chainsaw nastąpiła przydługawa przerwa, w ciągu której spokojnie można było wypić zimne piwko, a i jeszcze kolejne napocząć. W końcu jednak na deski weszli weterani z Turbo. Bez zbędnego pitolenia zaczęli sypać klasycznymi utworami
i szczerze powiedziawszy nie kojarzę, by zagrali jakikolwiek kawałek nagrany po „Ostatnim Wojowniku”. I bardzo dobrze, bo numery z płyt typu „Dead End” czy „Awatar” średnio do mnie przemawiają. Koncert otworzył bodajże „Szalony Ikar”, a oprócz niego fani, którzy dotarli tego dnia do klubu usłyszeli między innymi również „Jaki Był Ten Dzień”, „Wariacki Taniec”, „Toczy Się Po Linie”, „Mówili Kiedyś”, „Żołnierza Fortuny” czy „Kawalerię Szatana”. Istna heavy metalowa uczta, złożona z najsmakowitszych kąsków, mimo nienajlepszego nagłośnienia wokalu podczas pierwszych kilku minut show. Pod sceną zrobił się już większy tłum, ludziska śpiewali z Grzegorzem teksty, przekrzykiwali się z nim, ogólnie rzecz biorąc brali aktywny udział w koncercie. I dobrze, bo jak to powiedział ze sceny Kupczyk „to jest metal, po to przyjechali tu oni i po to przyszli tu ludzie”, czy jakoś tak. Turbo pokazało, że potrafi się odnaleźć zarówno w wielkich halach, jak na Metalmanii 2005 i w małych klubach, jak w przypadku rzeszowskiego koncertu. Zresztą, co ja mówię, gdyby tego nie umieli, to nie graliby i nie koncertowali już od ponad ćwierć wieku – wspaniały przykład tego, jak dobrze metal potrafi zakonserwować człowieka, hehe. Na koniec setu ze sceny zszedł Kupczyk, a jego miejsce za mikrofonem zajął Maxx z Chainsaw, by wspólnie z chłopakami z Turbo zaśpiewać „Wrathchild” Żelaznych Dziewic. Skończyli grać, zespół zszedł ze sceny, ale nie mogło się tak skończyć, przecież nie zagrali jednego z najważniejszych utworów, nie tylko
w dyskografii Poznaniaków, ale i całej historii polskiej muzyki rockowej. Publika nie musiała długo przywoływać zespołu, po chwili wszedł Kupczyk, Hoffman i reszta i padły pierwsze dźwięki „Dorosłych Dzieci”, na których niżej podpisany zdarł już sobie gardło całkowicie. Wspaniały finisz, po tym numerze nietaktem byłoby chyba zagrać jeszcze jakiś inny kawałek. Zespół jeszcze tylko raz ukłonił się rzeszowskiej publice, pożegnał i zakończył koncert.

Reasumując, mimo, że koncerty wszystkich trzech zespołów wypadły bardzo dobrze, to uważam, że mogłoby być lepiej, o wiele lepiej, przy większej frekwencji. Zwłaszcza, że na wcześniejszej edycji Metal Maratonu było pewnie z cztery razy więcej osób. No, ale wtedy gwiazdą był Paul Di’Anno (nie ujmując niczego oczywiście zespołowi Turbo), no i przede wszystkim promocja trasy była większa, przynajmniej, jeśli chodzi o Rzeszów. Chociaż z drugiej strony, po co chodzić na koncerty, w końcu wszystko można zobaczyć na YouTube, czy jak się to dziadostwo zwie, nieprawdaż? Kto nie był może w każdym bądź razie żałować, ja byłem i nie żałuję ani trochę.

Autor

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *