Metal Attack Tour 2011; Katowice, Mega Club, 08.05.2011

Tak się jakoś złożyło, że większość ostatnich koncertów na jakich byłem, to w przeważającej mierze tytani thrash metalu lub black’u. Tęskno mi było do porządnego death metalowego młócenia. Szczęśliwie, nadarzyła się ku temu okazja, kiedy niczym tupolew z jasnego nieba gruchnęła wiadomość o polskiej trasie Incantation. Szybko dogadaliśmy więc szczegóły wyjazdu i sruuu do Katowic!

Po przybyciu na miejsce, co wcale nie był aż tak bardzo proste, jeśli ktoś na co dzień nie ma do czynienia z aglomerację Katowic, zajęliśmy strategiczne miejsce koło klubu. Zanim zaczęto wpuszczać trzeba było zamienić parę słów ze znajomymi, pogrzać się w słońcu i w ogóle. Zajebista pogoda na browar była, szkoda, że los kierowcy smutny jest. Ale w końcu zaczęli wpuszczać, po obskoczeniu straganików i zrobieniu makabrycznie tanich zakupów można się więc było udać pod scenę. A tam właśnie rozkładali się Krakowiacy z Medico Peste. Załoga zyskuje sobie coraz większą popularność na podziemnej scenie black metalowej, czemu się nie dziwię, bo muzyka ich, choć ortodoksyjna, należy do nietuzinkowych. Zwłaszcza, że materiał, który dotąd mogłem słyszeć jedynie na koncertach, jakiś czas temu zmaterializował się w formie taśmy. Medico Peste wyszło na scenie w kłębasz sztucznego dymu i zaczęli śmigać ze swoimi numerami. Cholera, lubię ich muzykę i chłopaków osobiście, ale miałem wrażenie, że ten koncert odegrali tak trochę na pół gwizdka. Niby wszystko było dobrze i poprawnie, jednak brakowało mi trochę tego szaleństwa, którego byłem świadkiem na ich krakowskich koncertach. No i bólem też było lekko szwankujące brzmienie, bo dźwiękowcy to chyba dopiero zabrali się do roboty podczas gigu Infernal War. Z drugiej strony publika też jakoś niemrawa była, nie licząc kilku najebanych matołów, których hasanie bliższe było łudstokowym przedstawieniom. Cóż, nie było źle, ale liczę, że przy następnym gigu Medico Peste pokaże, iż stać ich na wiele więcej.

Kolejni w kolejce to śląscy autochtoni, których korzeni należałoby się jednak doszukiwać w głębokich czeluściach piekła. Throneum – zespół instytucja można by rzec. Na koncert Tom musiał opuścić swoje stoisko ze skandalicznie tanimi cedekami, by przez pół godziny pluć ze sceny siarką i smołą. Ostatnio widziałem ich rok temu w Krakowie i dziś, w przeciwieństwie do Medico Peste, Throneum wypadło zdecydowanie lepiej. Trójgłowa bestia zaatakowała nas wyzutym z litości death metalem spod znaku takich przebojów jak „Godless Antihuman Evil” czy „Fatal Resurrection”. Chyba, bo nie zdołałem wyłapać wszystkiego, opętany przez zamierzchły death metal. Armagog świetnie wpasował się w tą kapelę, zastępując Tomasza w części wokali. No i tym razem koncert Throneum miał oprawę świetlno-dymową, której brakło w Krakowie. Pod sceną natomiat rozkręcił się całkiem niezły, brutalny młyn. Ogólnie wrażenia z koncertu Throneum pozostały jak najlepsze – dobrze, że chłopaki wzięły się za częstsze koncertowanie, bo piekła nigdy za wiele.

Trzecia kapela przyciągnęła pod scenę chyba największą publikę w czasie całego koncertu – Infernal War. Przyznam, że widziałem ten zespół już tyle razy, iż postanowiłem wycofać się spod sceny na dalszą linię, na kawuszkę i pogaduszki przy pierniczku. Wróciłem jednak mniej więcej po połowie setu by usłyszeć najlepszy kawałek w ich dyskografii – „Crush The Tribes Of Jesus Christ”. Po tym niedużym fragmencie stwierdzam, że Infernal War nadal pozostaje w kurewsko wysokiej formie. Istna maszyna koncertowa rozdrabniająca wszystko i wszystkich. Publiczność została dobita szlagierem „Ściąć Nazareńczyka”. I jemu i reszcie koncert urwał głowy na pewno.

Przedostatnim zespołem na katowickim koncercie było Christ Agony. Dla mnie osobiście chyba najlepszy zespół black metalowy w Polsce w tym momencie, ze swoim rozpoznawalnym stylem, charakterystycznym feelingiem i duchem. Ich również widziałem wiele razy, jednak nie mogłem odmówić sobie tej przyjemności i obcowania z muzyką Cezara. Proszę ja Was, cóż to był za koncert! W porównaniu do ostatniego występu jaki zobaczyłem, Christ Agony rozniosło Mega Club. Koncert mógłbym nazwać naprawdę perfekcyjnym – charakterystyczny krajstowy black metal w starym stylu porwał zgromadzonych tej nocy w katowickim przybytku. W secie Christ Agony nie było słabego numeru, brzmienie mieli zajebiste, a przede wszystkim ze sceny emanowała iście diabelsko-majestatyczna energia. Najlepsze utwory z ostatniego krążka plus „Mephistophel” czy „Moonlight”, które mówią same za siebie. Ponadto widać było, że sami muzycy są zadowoleni przyjęciem w Katowicach – po zakończeniu setu publika jeszcze przez chwilę skandowała nazwę zespołu, jednak na rozpiskę nie ma mocnych.

Po około dwudziestu minutach na deski klubu wszedł headliner całej trasy, legendarne Incantation. Zespół zajął strategoczne pozycje i rozpoczęła się uczta dla mych uszu. Kyle to człowieczek, któremu natura poskąpiła może i wzrostu, ale to co mu nie poszło w centymetry, przełożyło się na wokal. W ogóle ten facet sprawia wrażenie oazy spokoju, ale jak ejdzie na scenę i jak zaryczy to Wam się plomby obluzują. Nie pamiętam już od czego zaczęli, w ogóle nie wszystkie utwory byłem w stanie wyłapać, ale koncert był przezajebisty. Z jedynki poszło „Blasphemous Cremation” i „Rotting Spiritual Embodiment” raczej na pewno, na pewno zostaliśmy pod koniec oświeceni przez „The Ibex Moon”, a co więcej – po dwóch tygodniach naprawdę nie pamiętam, zwłaszcza, że twórczość Incantation nie jest najlżejszą do wyłapania w koncertowym tyglu. Zdziwiłem się jednak, kiedy stojąc pod sceną obejrzałem się za siebie i zauważyłem, że sala powoli pustoszeje. Kurwa, ja pierdolę, niektórzy to są dziwni. No ale jak potem ktoś mi podesłał link do żalów i smutków na jakimś forum mrocznej dziewoi, że to Inkantejszyn grało raczej taki dum niż def i się jej przez to nie podobało to czego wymagać. Takie życie, młodzież nie wie na co idzie, ważne, że gra coś polskiego wcześniej. Może to i dobrze, bo chociaż chodzą, hehe. Wracając do tematu jednak, Incantation rozniosło moją skromną osobę i tych, którzy wiedzieli o co w tym wszystkim chodzi. Całości zniszczenia dopełniły stroboskopowe światła, przez co ich muzyka sprawiała wrażenie jeszcze brutalniejszej. Panowie z Incantation jak na swoje lata na scenie byli całkiem żywotni, kręcenie młynów było na porządku dziennym. Po około godzinie zespół pożegnał się ze sceną, jednak najbardziej oddani maniacy nie pozwolili im ot tak po prostu zejść, hehe. Kapela wywołana skandowaniem powróciła, zachęcona zresztą ku temu przez Cezara, który zjawił się na scenie wywołując Amerykanów do publiczności. Oczywiście grupa wyszła zza kulis, a w nagrodę Kyle’owi odśpiewano swojskie „Sto lat!”, bo akurat tego dnia obchodził urodziny. Tortu nie było, ale przyjęcie zgotowane im przez maniaków chyba wystarczyło. Koncert był zdecydowanie lepszy, niż przy ostatnim występie Incantation na Blitzkrieg ileśtam, kiedy to przyznano im zawrotne dwadzieścia minut. Teraz za to każdy mógł się przekonać, że Incantation kurwa rządzi!

Mnie i resztę kompaniji Incantation zmiotło, rozjechało i wwałkowało w deski klubu. W zasadzie to samo tyczy się w mniejszym lub większym stopniu reszty grup, które w niedzielny wieczór umilały nam czas. Bardzo dobrze zorganizowany koncert, niezła frekwencja i właściwie bardzo fajna atmosfera. Oby więcej takich spędów.

Zdjęcia już są dzięki nieocenionej Czarnej666 😉

Autor

12483 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *