Behemoth. Napisano o nich już chyba wszystko. Obecnie nie ma osoby która wzbudzałaby bardziej skrajne opinie nie tylko w ogólnym obiegu, ale i na samej scenie, tak jak robi to Nergal. Osobiście, mnie on ani ziębi ani grzeje i pewnie odpuściłbym ten koncert, gdyby nie gość specjalny, jakim był Master’s Hammer. A Pathologist to już w ogóle pobrudził sobie zbroję więc decyzja mogła być tylko jedna – jadymy.

W międzyczasie okazało się, że ludziska podjarali się tym w takim stopniu, że dokoptowano drugą datę, żeby starczyło dla wszystkich. I jednak magia nazwy Behemoth robi swoje, bo wiadomo – oba terminy się wyprzedały. Ale ad rem.

Nareszcie nastał długo wyczekiwany 15 grudnia, więc skoro świt zebraliśmy się z Pathologistem w polskiego busa (oczywiście z poślizgiem, wiadomka że jak Oracle bierze wolne w pracy to świat się kurwa wali i telefony się doń urywają) i wyruszyliśmy ku wojnie. Podróż zapowiadała się miło, gdyż mieliśmy pod ręką po dwa piweczka i kawałek wódki, którymi spokojnie raczyliśmy się w drodze. Na miejscu byliśmy teoretycznie planowo, choć kurwa dziwię się Wam wszystkim, mieszkańcom stolicy, jak Wy możecie tam żyć. Niestety, z Placu Defilad musieliśmy udać się do hostelu, w którym żeśmy się pogubili, a następnie przez dziewięćdziesiąt minut (DZIEWIĘĆDZIESIĄT!) jechaliśmy do Progresji. Jaki był tego efekt? Ano kurwa taki, że przegapiliśmy koncerty Mentor i Witchmaster.

Ja pierdole, strasznie byłem zły, bo Mentor nie widziałem na oczy jeszcze nigdy, a „Guts, Graves and Blasphemy” kręcił się w zesżłym roku bardzo często w moim odtwarzaczu. O Witchmaster nawet nie powiem, bo każdy wie, że darzę ich piekielną estymą. Mogę Wam przedstawić jedynie bardzo dobrą i zwięzła relację BDB kolegi od serca (prywatnie mojego imiennika): „bardzo zły zespół to jest. Znaczy dobry. Bardzo.” No nic, może następnym razem.

W międzyczasie, skoro i tak nie zdążyłem na Witchmaster, zacząłem plątać się po klubie. Ludzi jak na jarmarku, niektórzy nawet jakby właśnie stamtąd przyszli. Wiadomka, Behemoth przyciąga różne dziwne indywidua, wychudłych studenciaków, jakichś freaków, którzy pewnie w swoim towarzystwie są uznawani za ekstremalnych (szczególnie typ co popierdalał w kostiumie królika z corpsepaintem, no ja pierdolę…), ale za duży już chyba jestem, żeby sobie psuć nerwy takimi ewenementami. Ja tam miałem swoich kolegów, których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam, niektórych to nawet pierwszy raz miałem okazję na żywo poznać. BDB, od tego są koncerty!

No, ale w końcu są też od muzyki, a na scenie właśnie instalowała się Mgła. Ja bardzo lubię ten zespół i jestem daleki od popularnych stwierdzeń ostatnio, że się sprzedali i tak dalej i tak dalej. Widziałem ich jednak już dość sporo razy więc koncert w Warszawie zdecydowałem się oglądać z wysokości drzwi wejściowych, tak ażeby można było jeszcze prowadzić pogaduszki. No i fajnie, przyjemne z przyjemnym zostało połączone. Mgła wypadła jak zwykle bardzo dobrze – nie pamiętam co dokładnie grali, słyszałem na pewno numery z ostatniego albumu, o ile się nie mylę to chyba wszystkie… Wiem, dość mało konkretnie, ale Mgłę widziałem względnie niedawno, pamiętnego maja w pięknym mieście Lublin, więc tym razem jednak postałem sobie w wejściu. Swoją drogą, po drodze wspominaliśmy sobie z Pathologistem pierwszy koncert Mgły w ogóle i to, jak wtedy byliśmy podjarani, bo podejrzewaliśmy, że nie będzie więcej okazji do zobaczenia Mikołaja live. A tu proszę – taka niespodzianka.

A po Mgle chodziliśmy na piwko. I poszwędać się i posprawdzać merczyk i tak dalej. Ale dość szybko wraz z Pathologistem i Marcinem z „Eternal Death” zine (hailz!) wbiliśmy na salę, bo rozkładał się już na deskach główny powód naszej wycieczki – Master’s Hammer. Fani Behemoth i Mgły odpuścili sobie oczywiście ten band więc można było oglądać koncert we względnym luzie. Nie rozumiem pewnych zachowań, no ale chuj… Ja tam nie mogłem się doczekać na tych pojebanych Czechów. Kurwa, jak zaczęli grać to autentycznie poczułem jakby nagle znów nastał przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych (choć wówczas to bardziej mnie jarał He-Man niż hejwi metal). Tutaj w sumie to Pathologist by się przydał, bo to on ma w naszej kejosowej rodzinie pierdolca na punkcie tej kapeli ale w momencie gdy piszę te słowa to on sobie siedzi z drinkiem w łapie i ogląda Maltanki, więc postaram się nie dać dupy… Przede wszystkim wiadomo – to jest granie, które trzeba lubić, bo black metal jakim para się Master’s Hammer jest wielce specyficzny, mocno osadzony w latach osiemdziesiątych. I taka konstatacja mnie naszła, że jakby nasz Kat nie schujowił się na stare lata, to bym sobie właśnie życzył, aby ich koncerty wyglądały właśnie tak jak w przypadku Czechów… A ci zagrali numery z „Jilemnicki Okultista”, zagrali też tytułowy z „Vracajte konvy na misto”, no i na sam koniec oczywiście „Jama Pekel”. W składzie na scenie był między innymi typ co sobie śmigał na kotłach (choć jak debil na początku myślałem, że jakieś cymbały tam ma, bo tych kotłów to nie było wiele słychać) i gdy już nagłośnili go odpowiednio to robiło to strasznie dobrze. No dla mnie to był koncert wieczoru, przynajmniej z tych co widziałem, ale ja to wiadomo dziwny jestem i robią mi tego typu rzeczy. Znajomy podsumował ich występ „to jest takie… czeskie” i myślę, że oddało to w pełni ten koncert, nawet jeśli w jego ustach nie była to pochwała, hehe…

No i cóż, pełni wrażeń udaliśmy się w stronę BDB kolegów, aby pouprawiać heheszki, pogaduszki i inne hultajstwa, obserwując powoli to co się dzieje na scenie. Fajna ta Progresja, bo nawet stojąc przy merczu widać dobrze co się dzieje wewnątrz sali, a i nieźle słychać. I tak też obserwowaliśmy początek koncertu Behemoth. Od razu powiem, że ten pieprzony Nergal zrobił wszystkim na złość i odpierdolił naprawdę zajebisty koncert. Co prawda zaczęli od moim zdaniem takich sobie utworów – coś tam poszło z „Demigod”, coś z ostatniego „The Satanist”, w międzyczasie cover Siekiery… no dobór był taki sobie, przynajmniej na początku. Zaś już sama oprawa sceniczna – ognie, dymy, no mają rozmach skurwisyny. Ale tak naprawdę zaczęło mnie brać dopiero od połowy, gdy to na scenę wbili Baal oraz Les i zaczęła się jazda po starych numerach – „Lasy Pomorza” to ostatni raz na żywca słyszałem chyba dekadę temu i cóż- słucha się tego z uśmiechem na mordzie. Ogólnie fajnie zabrzmiały te stare numery z epoki pogańsko – black metalowej oraz te odrobinę późniejsze z ich najlepszego okresu czyli krążków „Pandemonic Incantations” i „Satanica”. Jednak mają w sobie największe pierdolnięcie – „Chant for Eskathon 2000” który poszedł na koniec czy „Decade of Therion” dalej koszą niesamowicie. Szkoda, że mało poszło z „Thelema.6”, no ale nie można mieć wszystkiego. Co prawda konferansjerka Nergala niekoniecznie mnie przekonuje i te wszystkie „śpiewajcie z nami” mógłby sobie darować, no ale OK, jego fani widać tak lubią. Oczywiście była sztuczna krew i inne rzeczy, które cieszą gawiedź, ale to nie moja bajka, ponownie. Wiadomo, show ma swoje prawa, a Nergal umie w robienie show, co pokazał już nie raz. Na koniec wystrzeliło konfetti, a kapeli wręczono złote płyty za „The Satanist”. I to by było na tyle. Ludzie zaczęli powoli opuszczać klub, my zaś ukontentowani wybraliśmy się w pijacką eskapadę po stolicy.

To był naprawdę udany koncert, Behemoth pokazał wszystkim malkontentom (w tym i mnie), że mają zamknąć ryje – grania świetnych koncertów odmówić Nergalowi i reszcie nie można. Również i dwie pozostałe kapele wypadły bardzo dobrze (Mgła) lub kurwa znakomicie (Master’s Hammer). Na obejrzenie Mentor widać jeszcze przyjdzie pora, a i Witchmaster mam nadzieję się nie rozpada jeszcze.