Marduk, Infernal War, Ragnarok, Arkona; Poznań, Klub u Bazyla; 1.05.2018

Marduk będzie grał w Polsce! Do tego w kooperacji w Infernal War (a dalej także Arkoną). Stawiennictwo moje na tym gigu było niemal więc obowiązkiem, szczególnie, że w organizacji maczał palce Mintaj, a to po prostu oznaczało zajebiście zorganizowany gig.

Moje uwielbienie do Szwedów rozpoczęło się dość późno, bo ostateczne przekonanie nastąpiło dopiero w roku 2013, gdzie w po dewastacji w Firleju byłem głuchy niemal przez miesiąc. Dlatego też, jak tylko mam okazję – oglądam ich na żywo. A tym razem okazja była dobra, bo 1 maja , a więc wolne, jak również Poznań, czyli eleganckie połączenie z Dolnego Śląska.

W dniu Święta Pracy stawiłem się do stolicy Pyrlandii dość wcześnie, z zamiarem pozwiedzania miasta. Szybkie zakwaterowanie w hotelu, potem jeszcze krótkie wyjaśnienie grupie Niemców, że nie wiem czy są w mieście dziś jakieś demonstracje (podług fejsbunia miało się coś dziać) i można było ruszać. Sam Poznań oceniam bardzo pozytywnie: całkiem ładny, czysty, z zajebistym parkiem Cytadelą oraz z masą sympatycznych knajp, gdzie można było uzupełnić siły przed wieczornymi manewrami. Około godziny 18 pomaszerowałem do klubu zlokalizowanego gdzieś na uboczu blokowisk. Na miejscu ćmik, przywitanie z kilkoma bdb znajomymi od serca, piwerko i można było ustawiać się w tytanicznej kolejce do klubu. Tam jeszcze tylko odebranie wejściówki z rąk ukrytego w okienku Mintaja i można było już działać.

Sama nowa miejscówka (bo klub został, o ile mi wiadomo, przeniesiony) zła nie jest, choć na wejściu jest nieco ciasno. Szybki rzut oka na merch… i lekki zawód. Fakt, koszulek i bluz od Marduka było w cholerę, w tym z wzorem z nadchodzącej „Viktorii”, ale nie było nic, co by łapało za gardło i zmuszało do dokonania gwałtu na środkach finansowych w portfelu. Ukojenie przyszło więc najpierw w puszce zimnego, pienistego, którą potem zamieniłem na elegancki kufelek wydawany przy barze wypełniony zajebistym w smaku Ciechanem. Tutaj muszę zwrócić uwagę, że w samej sali koncertowej było skurwysyńsko duszno, aż nie szło wytrzymać. Od razu wspomnę, że skład koncertowy został okrojony ponieważ Ragnarok miał jakieś problemy lotnicze i de facto nie zdążyli na koncert. Cóż, szkoda.

W międzyczasie na scenie zaczęła produkować się Arkona. Moje ostatnie obcowanie z nimi było na FOAD Fest w Krakowie, gdzie wywołali powszechne zamieszki oraz powodowali rozległe obrażenia, tak więc dziwnym nie było, że i Poznań od razu energicznie zareagował na lecące ze sceny hymny. Osobiście lubię Arkonę ale w ten wieczór jakoś mi nie pasowała na rozpoczęcie, choć nie powiem, że główka bujała się nieco. Z pieśni odnotowałem „Śmierć i Odrodzenie”, jak również zawsze wyborne „Nie dla mnie litość” oraz „Zasypiając w strachu”. Posłuchałem chwilę, wyraziłem uznanie, by następnie dołączyć do znajomków w ogródkach, bo duchota w środku była już nie do zniesienia.

Na następną kapelę ostrzyłem sobie zęby szczególnie licząc, że dokonają się akty niewyobrażalnej przemocy, bo oto miało zagrać mocarne Infernal War. Ulokować się więc należało w klubie na powrót, przy okazji walcząc z duchotą kufelkiem piwa, a następnie czekać z niecierpliwością… gdy WTEM! Na scenie pojawił się nie kto inny, a sam Tymek, który tego wieczoru przejął obowiązku gardłowego. Jak mi donieśli szpiedzy, wokalista Infernali został/ma na dniach zostać ojcem, więc z racji prymatu obowiązków rodzinnych, należało szukać zastępstwa. A było ono godne. Kto widział i słyszał Tymka na scenie ten wie, że ten człowiek to taki jednoosobowy moshpit, tornado wkurwienia które roznosi wszystko w drobny mak. Infernale nie pierdolili się w tańcu i od razu przystąpili do brutalnej ofensywy kopiąc publikę podkutym buciorem oraz roznosząc na pociskach ciężkich karabinów maszynowych. Nie było litości, nie było zmiłowania tylko nienawiść, pogarda dla słabych i przemoc, a ta zaś pod sceną zadawana była chętnie bo jak tu stać jak słup, gdy ze sceny lecą takie perełki jak „Spill the Dirty Blood of Jesus”, „Into Dead Soil”, „Genocide Command”, „Crushing Impure Idolatry”, „Axiom”, „Nihil Prayer”, czy chłoszczący, jak ojczym pasierba, „Paradygmat”. Ciosy doskonałe niczym zapach napalmu o poranku, jednakże… no właśnie, im dłużej słuchałem tego, tym bardziej miałem wrażenie, że słucham Ragehammer. Pod koniec występu miałem nieodparte wrażenie, że to nowy materiał od Wściekłomłota, przy czym nie zrozumcie mnie źle: Infernale zafundowali ziemi wielkopolskiej wpierdol przeokrutny, a Tymek na scenie ujawnił nowe pokłady agresji, jednakże zmiana wokalu wyszła tu aż nazbyt dobrze. Zaczęło to z czasem brzmieć, jak coś innego, przy czym, jak przekonałem się przy ćmiku, nie byłem w tej ocenie odosobniony.

Nie było jednak czasu na czcze pogaduszki, bo oto na scenie rozgrzewali się już heroldzi wojny i zniszczenia oraz bogowie blitzkriegu, którzy zawsze zwiastują srogą soniczną nawałnicę, przy której, z każdym zagranym riffem, jakiś bojówkarz Antify pobiegnie z płaczem do mamy. Marduk! Swego czasu, jak grali na Brutalu seta z kawałkami z pierwszych płyt przemieszanego utworami z „Frontschwein” to była zapowiedź, że starych utworów już więcej grać nie będą… i jak w Poznaniu dojebano soczyście na wjazd „Baptism By Fire”, to w Bazylu doszło do rozruchów. Przypływ adrenaliny był potężny, nie było przy tym chyba nikogo, kto stałby jak kołek, mimo iż sala była nabita po brzegi. Dalej było tylko lepiej! Gloryfikowano wojnę przy znanym i lubianym „Blond Beast”, po czym poleciały „Of Hell’s Fire”, „The Levelling Dust”, by następnie całkowicie zrównać Poznań z ziemią kapitalnym „Werewolf”. Jak już pierwszy raz usłyszałem ten kawałek to wiedziałem, że to będzie idealny koncertowy sztos, co zresztą potwierdziło się tego wieczoru, gdy wraz z resztą zebranych zdzieraliśmy gardło do refrenu, przy czym warto tu wskazać, że na tymże gigu odegrano kolejny kawałek z nadchodzącej płyty, który to również wybornie pastwił się nad słuchaczami. Dalej pluto na wszystko, co święte przy akompaniamencie między innymi „Cloven Hoof”, „Throne of Rats”, „Burn My Coffin”, „Serpent Sermon”, czy powodującym ekstazę publiki „Wolves”. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, tego wieczoru wszelkie przybytki wiary zostały rozjechane dywizją pancerną, zaś skąpany we krwi sztandar Diabła powiewał wysoko. Marduk, jak zawsze, pokazał, że godny jest wszelkich peanów i nadal zasługuje na najwyższe uznanie. Po wszystkim pozostało mi tylko wypalić z ekipą pożegnalnego ćmika i udać się na spoczywanie w pokoju.

Zacny, nie! W chuj wykurwisty był to koncert. Wszystko było dopięte na ostatni guzik, kapele dały z siebie absolutne maksimum, a wszystko to było spędzone w doborowym towarzystwie. Organizatorom należy się szklanica wybornej czystej za sprawienie na majówkę takiego wspaniałego bestialstwa. Byle do jesieni więc, gdy Szwedzi powrócą! Chwała wojnie!

P.S. Tu mógłbym zakończyć ale nie mogę nie dodać od siebie szczerego ubolewania dla wszystkich tych, którym nie było dane zobaczyć następnego dnia gigu w Rzeszowie. Widać skurwysyństwo ma się wciąż dobrze, a jego kolejne poziomy chętnie są przez niektórych przekraczane. Pozostaje mi tylko życzyć im wielkiego, czarciego kutasa w ich pazernych, bogobojnych dupach, a reszta z Was niech się stawia na Brutala albo na jesienną trasę Marduka! Hail Satan!

Autor

46 tekstów dla Chaos Vault

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *