marduk i inniŻeby było jasne: jakoś specjalnie oddaną fanką Marduk, Immolation, a tym bardziej Origin (już na pewno nie Bio-Cancer) to ja nie jestem. Przyturlałam się tam raczej z wrodzonej ciekawości i z myślą o kilku ulubionych wydawnictwach owych dwóch zasłużonych kapel. Wszystkie misie pluszowe widziały już Mardusia pisiont razy, a ja nie. Myślę sobie więc: wjeżdżam.

No i wjechałam, ale po kolei. Punkt 15:30 nastąpiła zbiórka na poligonie w Rzeszy. Dywizjon pancerny w składzie, kolejno: dowódca szwadronu – kapitan Oracle, strzelec samochodu pancernego – Boska, kierowca samochodu pancernego – Wojciech S. oraz zaginiony brat Pathologista. Tak oto, niczym wirujące stado nędznych indywiduum rozpoczęliśmy najazd na Stalinogród. Po nalotach rozszalałych pielgrzymek w trakcie sikania w okopach, w doskonałym humorze, całkowicie trzeźwi i bez opóźnień, dotarliśmy pod Mega Club.

Bez zbędnych ceregieli naładowaliśmy broń i poszliśmy obserwować Bio-Cancer. Nie będę się tu szczególnie rozpisywać, bo nie ma powodu. Prawdopodobnie dostałabym raka, gdybym musiała napisać coś więcej o tej kapeli. Wszystkie zaprezentowane riffy i takie brzmienie gdzieś już słyszałam. Osobiście nudzą mnie thrashowe kapele pokroju Municipal Waste w idealnie białych butkach. Jeśli ktoś lubi takie granie to faktycznie… lubi takie granie, niech sobie je lubi dalej – nie będę się tłumaczyć z tego zdania.

Szybko się skończyło i prędziutko złapałam za piwko nr dwa. Jak to zwykle bywa frekwencja zaczęła się polepszać. Wraz z ilością przyjmowanego alkoholu odbiór rzeczywistości również zaczął się poprawiać. Pod sceną Origin miał już do kogo strzelać. Zabrzmieli dobrze, ale nie do końca selektywnie. Może wybrzydzam, ale zdecydowanie za głośno. Stałam w połowie sali i tak mnie naparzało decybelami i stroboskopem, że miałam ochotę podziękować. Możliwe, że mój organizm potrzebuje ostatnio prostoty, bo techniczny death metal jakoś mi nie wchodzi. Umiejętności we władaniu instrumentami zdecydowanie nie można im odmówić. Przyznaję, że na grę basu zwykle zwracam uwagę w ostatniej kolejności, ale tutaj robił on sporą robotę. Tja, partie basu zagrały tu pierwsze skrzypce. Zdecydowanie to nie był mój dzień na Origin, ale konferansjerka i podziwianie ruchu scenicznego Paula Rayana pozwoliła nieco rozluźnić pospinane od nadmiaru bodźców mięśnie. Istna sceniczna bestia. Publikę, z początku nieruchawą, poderwał dopiero na wałku „Redistribution of filth”. Miło, że nawoływał do nienawiści i pomysł odjaniepawlenia wall of death dzieląc gawiedź na obóz death i black też był spoko zabiegiem. Całkiem udana próba rekonstrukcji historycznej. Występ określiłabym jako poprawny i dobry na rozgrzewkę.

Szybkie liczenie nabojów, szukanie szeregowców po kątach i czas na to co spaczone death metalem umysły lubią najbardziej – Immolation. Wyjątkowo lubiana horda. Nic dziwnego, gdyż panowie nie pierdolą się w tańcu. Setlista dość ciekawa, przekrojowa. Osobiście zabrakło mi kilku ulubionych kawałków, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Cieszyłam się zatem z tego co słyszałam i co widziałam. A było się z czego radować, bo takie np. „World Agony” odegrane zostało więcej niż wybitnie. „Father, You’re not a Father” – mój faworyt, wyssał ze mnie wnętrzności. Immolation świetnie zapełnia scenę i nie jest to tylko zasługa morza włosów Rossa wijących się po całej przestrzeni kosmicznej. Każdy z tych muzyków posiada swoistą charyzmę. Pewien amerykański luz, granie bez jakiejkolwiek napinki. Jakiś czas temu ktoś zabił mi ćwieka, że w Immolation czy Autopsy słychać dość wyraźne wpływy grunge. Nie rozwinę tej myśli teraz, ale zaczynam się z tą tezą zgadzać. Podsumowując: pewnikiem o taki death metal moi starsi koledzy walczyli.

Chwile wątpliwego relaksu w damskiej toalecie, ploteczki, żarciki, papieroski i trochę spóźnieni wbiliśmy na pole bitwy rozstrzygającej całą wojnę. Jak zdążyłam zauważyć nie tylko ja miałam podobne podejście do sprawy, bo na sali znajdowali się saperzy wyposażeni w granaty ręczne z czasów drugiej wojny światowej. Dowcipnisie. Przyznam szczerze, obawiałam się nieco, że Immolation swym czarnym blaskiem może przyćmić nieco Marduk. Nic z tych rzeczy. Szybko rozwiano moje wątpliwości. Oczywiście znalazło się gro narzekaczy, że monotonnie, że za długie intro i odstępy między kawałkami, że coś tam jeszcze. Zawsze byłam jakoś bliżej black metalu, dlatego zupełnie nie odrzucają mnie elementy, które mają budować określony klimat. Nie sądzę też żeby w przypadku tego gatunku brzmienie było najważniejszą sprawą, choć tego im nie ujmę i jak przystało na gwóźdź programu zabrzmieli krystalicznie. Nie doszukałam się żadnych potknięć technicznych. Może nawet było to widowisko nader wymuskane, ale z drugiej strony nie oczekiwałam jakiejś specjalnie infernalnej atmosfery, która otwierałaby siódme bramy piekieł. Najlepsze czasy ta kapela ma już za sobą i spora część hołoty była tam zapewne z sentymentu. Nie był to jednak czas stracony, bo kawałki „Wolves” „Materialized in Stone” i końcowy „Fist Fuckin God’s Planet” udowodniły, że warto było się tam znaleźć. Z rekrutką Gabą ucieszyłyśmy się także na „To the Death’s Head True”, który bardzo fajnie wprowadził nieco inną energię. Wracając jeszcze do długich odstępów między utworami, znajduję w tym dobry trick, gdyż Szwedzi mają już swoje lata i potrzebują sobie odsapnąć czy chlapnąć H2O w trakcie sztuki. Może i nie powinnam muzykom black metalowym nadawać cech ludzkich, ale chyba każdy widzi, że to już powoli emeryturka. Wiek wiekiem, ale panowie trzymają poziom i złego słowa już nie rzeknę lecz pochwalę: doskonale!

Ze skrzywioną wojną psychiką, lecz i z tarczą udaliśmy się złożyć wyrazy uznania na ręce najmilejszych death metalowców jakich świat widział. Oracle wręczył im swoją papierową krwawicę, cyknęliśmy foty i zawinęliśmy się w długą, ociekającą równie dobrą muzyką, podróż powrotną.