Malokarpatan, Negative Plane, Outre, Odium Humani Generis; Łódź, Klub Magnetofon; 08.02.2019

To, że akurat tego dnia znalazłem się w Łodzi, było połączeniem przypadku oraz pewnej dozy spontaniczność. Zapewne specjalnie nie jechałbym pół Polski, żeby zobaczyć ten gig, aczkolwiek, gdy już w Łodzi się znalazłem, to nie mogłem go odpuścić.

W „Magnetofonie” znalazłem się po raz pierwszy. Muszę przyznać, że knajpa zajebista. Przede wszystkim wysokość sali koncertowej robi wrażenie. Już sam ten fakt, zapowiada niezłe nagłośniony koncert. Kible przyzwoite, na barze całkiem niezły wachlarz piw w cenach do zaakceptowania. Same plusy. No może jedno mi się nie podobało. Zasadniczo ta knajpa to prawie wyłącznie sala koncertowa, nie mam tam miejsca, w którym można by było spokojnie przeczekać gig, który nam zwisa i bez problemu pogadać. Jest trochę miejsca na korytarzu czy pod kiblem, ale sobie nie usiądziesz. Wiem. Pisze jak stary dziad i się czepiam niuansów. Koniec.

Wpadłem do knajpy prawie dokładnie o 19.30. Całość miała się już rozpoczynać, a tymczasem Malokarpatan sobie próbował nagłośnienie. Świadczyło to raczej o solidnej obsuwie, ale wszystko nastąpiło sprawnie i z 20 minutowym spóźnieniem weszli na scenie goście z Odium Humani Generis. I co? No i obejrzałem ten koncert. W całości. Maksymalnie upraszczając: kolesie grają black metal. Dość toporny black metal miejscami kojarzący mi się bardzo mocno z Gorgoroth. I to jeszcze byłoby całkiem ok. Problem w tym, że Odium Humani Generis momentami zmierza w kierunki bardziej melancholijne czy też depresyjne, co sprawiło, że mi się ten koncert mocno dłużył. Goście mieli sporo naprawdę zajebistych riffów. Szkoda, że te zajebiście pomysłowe momenty poprzeplatane były nudnym do bólu pitoleniem. Sorry. Takie miałem odczucia przez cały gig i to nie tylko moje zdanie. Uważa tak: w Odium Humani Generis jest potencjał. Goście mają ucho do tworzenia naprawdę porywających riffów. Muzyka jednak powinna trochę dojrzeć, okrzepnąć, skrystalizować się w tym kierunku i będzie zajebiście. Na razie to lekki ziew, przerywany dziarskim tupaniem nogą.

Po ich gigu zdążyłem jedynie zamienić pusty kufel na pełny i już na scenie zameldowało się Outre. Lubię tych gości, podoba mi się ich muzyka. Zbliżyłem się nieco do sceny, ścisku nie było, więc mogłem spokojnie oglądać ich sztukę. To już moja druga wizyta na ich gigu, w którym na froncie stoi nowy gardłowy. Widzi mi się to jego szaleństwo, zarówno w warstwie wokalnej, jak i w prezencji scenicznej. Co do setlisty: ku mojej uciesze była przekrojowa. Chyba dokładnie pół numerów pochodziło z „Hollow Earth” a drugie pół z „Ghost Chants”. Nie ukrywam, że jestem większym wielbicielem krążka wcześniejszego i to te numery głównie mnie ucieszyły, choć i nowe kawałki sprawdzają się nieźle na żywo. Ogólnie gig całkiem solidny, obejrzałem z przyjemnością. 40 minut ich występu zleciało mi niezmiernie szybko.

Po gigu ekipy z Krakowa udałem się do baru, bo należało z kolegą redakcyjnym Łysym wypić godny kieliszek czystej substancji, oraz uzupełnić zapasy piwa.

Tak się fartownie stało, że zająłem sobie miejsce przy barze i z tej perspektywy oglądałem występ Negative Plane. Na początku napiszę najważniejsze: nie jestem fanem. Nie słuchałem za bardzo, kojarzę ich tylko ze splitu z Rotting Christ. Nie do końca przekonuje mnie takie granie. Nie zmienia to jednak faktu, że koncert z perspektywy baru, oraz kufla z piwem minął mi nad wyraz szybko. Byłem w stanie nieco głębiej wniknąć w tę muzykę. Czy zostałem przekonany? Raczej nie. Czy koncert mi się podobał? Raczej tak. Więc o chuj chodzi? Nie wiem. Choć fani zespołu wyglądali na usatysfakcjonowanych. A to najważniejsze. Po występie Negative Plane postanowiłem w końcu skorzystać z kibla i przy okazji zerknąć na sklepiki. Było na bogato. Dobra wszelkiego ponad miarę.

Ja zrobiłem jedynie skromne zakupy uzupełniające dyskografię Malokarpatan, ale widziałem ludzi chodzącymi ze sporym naręczem dobra. Nie dziwie się, było na co przepuszczać krwawicę. Gdy tylko wpadłem na sale koncertową, Malokarpatan rozpoczynał swoje show. Wiadomo: goście są „Not the first time in Poland”, ale ja dopiero teraz miałem okazje ich posłuchać na żywo. I od razu napiszę: warto.

Jest to zaiste fantastyczny spektakl oldschoolowego grania, pogaństwa, kiczu i nieprawdopodobnego luzu. Goście mają totalnie wyjebane. Te kiczowate peleryny, patyk czy maski w innych kapelach wywoływałyby pewnie śmiech politowania. U nich są spójnym elementem wizerunku scenicznego, który dodaje temu zespołowi jakiegoś ponadczasowego uroku. Jest to jakaś tam sentymentalna podróż do czasów, w których black metal, czy po prostu metal, nosił się nieco inaczej niż dziś. I jak to wszytko łykam bez jakiejkolwiek popity. Mnie to w 100% przekonuje i uważam, że goście odjebali naprawdę znakomitą sztukę. Nie dało się stać w miejscu, nie dało się nie tupnąć nogą.

To była czysta słowiańska magia i lekko podpity klimat. Zresztą, w dobry nastrój muzyków wprawiała krążąca po scenie flaszka wina. Co ciekawe: nowy nabytek na wokalach sprawdza się całkiem dobrze. Charyzma jest oraz „big sunglasses” są. A wiadomo nie do dziś: big sunglasses = cool band. Co do setlisty. Wiecie jak to jest: parę piwek, dziwny język i kurewsko długie tytuły. Wyłapałem jednak: „Stridžie dni, kedy neradno po slnka západe vychádzat, ni perí drápat” ku mojej wielkiej uciesze, bo to jeden z najlepszych numerów na debiucie. Co do innych numerów? Mam pewne podejrzeń do tego co grali, ale pewności nie mam, więc się nie będę wydurniał. Tu ważna była zabawa napędzana lekkim szumem w głowie, a nie notowanie setlisty. Goście skończyli występ po jakiejś godzinie. Było warto ich zobaczyć, świetny koncert, świetna impreza. Piwko & metal. To lubię.

Autor

748 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *