mlf2No, takie miłe zaskoczenia to ja naprawdę bardzo lubię. A wszystko wzięło się ze spontanicznego wypadu do Wrocławia. Sprawdziłem sobie daty, co tam przy okazji we Wrocławiu ciekawego napierdala – bam! Mad Lion Festival volume II, więc stwierdziłem, że nie mogę przegapić tej imprezy będąc w tym mieście. A więc szybki kontakt do Przemka, ustalenie szczegółów i myk – 11 listopada celebrowałem sobie w Klubie Ciemna Strona Miasta.

Na miejscu zjawiłem się jakoś o 16:30, bo plan był taki, żeby odpytać kapele grające w ten wieczór na potrzeby mini raportu z festiwalu.  Ale że części kapel jeszcze nie było, inna część dopiero się rozkładała, to spokojnie siedziałem sobie w kąciku i sączyłem piwko. W klubie mają całkiem fajne piweczka w dobrej cenie, więc na dzień dobry duży plus. I cała, niewielka co prawda, powierzchnia udekorowana jest starymi plakatami, więc przebywający mogą się czuć niemal jak kurwa w muzeum, hehe – ale to naprawdę fajna rzecz, ja w każdym razie jakbym miał plakaciwo z koncertu Kreator z 1990 roku to bym się chwalił w chuj.

W międzyczasie do klubu dotarł Artur ze swoją połówką, z którym mieliśmy skręcać rzeczy do wywiadów, zasiedliśmy więc w bakstejdżu i oczekiwali na początek. A pierwszą kapelą tego wieczoru było Planet Hell. Kapela tyle co zadebiutowała krążkiem „Mission One”, ale ten zdążyłem odsłuchać przed gigiem zaledwie raz. Członkowie kapeli lata szczenięce mają już w większości za sobą, na scenie jednak zaprezentowali się nad wyraz mocarnie. Ubrani w koszule, na wzór mundurów zaczęli swoje show oparte właśnie o kawałki z debiutu – odegranego chyba w całości. Muzycznie jest to death metal w klimacie Nocturnus i pokuszę się o stwierdzenie, że obecnie w Polsce nie mamy chyba żadnej kapeli grającej w tym klimacie. Fajnie to wszystko zostało odegrane, nawet brzmiało dobrze, pomimo małej kubatury klubu. Widać też, że muzycy Planet Hell to nie żółtodzioby i na deskach są otrzaskani. Pod sceną natomiast nie działo się w sumie jeszcze wiele, ot dwóch najebanych typów myślało, że są śmiesznymi i udawało że tańczy jakiegoś oberka. Osobiście – dla mnie lekka wiocha.

Po Planet Hell deski objęła młodsza generacja death metalowych morderców – katowickie Deviation. Kojarzę tę kapele jeszcze sprzed kilku lat i wydania ich debiutu – wtedy ich „image”, jeśli mogę to tak nazwać, przedstawiał się trochę inaczej, a i muzyka była zgoła inna. Dziś Deviation to brutal death metalowa maszyna do oddzielania mięsa od kości. Przyznam, że ma to pierdolnięcie – o ile z płyty brzmiało to po prostu dobrze, o tyle wersja live rozkurwia. Po roszadach w składzie na wokalu mają kolesia, dla którego powierzchnia klubowej sceny była za mała, zlazł więc sobie i bulgotał na wysokości publiczności, która powoli powoli schodziła się coraz liczniej do Ciemnej Strony Miasta. Deviation zaserwowało nam muzyczną odpowiedź na Dying Fetus – mocno, dosadnie i prosto w nos. Pół godziny krwistych ochłapów – dla mnie bardzo przyjemna rzecz.

Panowie schodzą ze sceny i szybko instaluje się na niej kolejny zawodnik: poznański Anthem. Ich to akurat nie znałem wcześniej, jedynie gdzieś mi się ich nazwa obiła o uszy. I to była kolejna tego wieczoru kapela, która wypuściła swój materiał tyle co przed niniejszym koncertem. W przypadku „Praposteroum” , bo tak zatytułowana jest ta płyta, mamy do czynienia z miksem black i death metalu – powiedzmy z muzyką na styku Deicide i Angelcorpse. Czyli więcej smoły niż flaczków, hehe… Kolesie z Poznania jednak też nie bawili się w półśrodki, tylko pojechali z tym półgodzinnym występem od razu na wysokich obrotach. Pod sceną tak naprawdę ruch zaczął się dopiero na ich gigu, wielu maniaków może nie machało łbami, ale coś tam już ruszyło w każdym razie. Osobiście wydawało mi się, że Anthem mogłoby na scenie jednak trochę bardziej się poruszać, łbami pokręcić czy coś, no ale z drugiej strony scena mała, a muzycy do ułomków nie należą. Muzycznie jednak bez zarzutu, fajny koncert, nie było nudy bo utwory cholernie siarczyste trafiały w me gusta.

Pół godzinki i myk – następna kapela. Ja w tym czasie załapałem się na kolejnego browarka, przeszwędałem się przez klub, rzuciłem okiem na merch – tego akurat było od cholery, ale zawsze tak jest, gdy wystawia się Mad Lion. A i kolesie z mającego później wystąpić Totrharry też niemały kramik ze sobą przywieźli. W międzyczasie na scenie zainstalował się Mallephyr – pierwsza tego wieczoru kapela zza południowej granicy, a konkretnie z Pilzna i okolic. Stylistycznie dość odstawali od pozostałych kapel, jeszcze bardziej nawet niż Anthem, bo u Mallephyr to zasadniczo mamy już do czynienia z black metalem, jedynie z naleciałościami death metalu. Kolesie wyszli na scenę w kapturach i w zasadzie odegrali tak cały koncert, więc u co poniektórych GENERALNIE z miejsca byliby skreśleni, hehe. A szkoda by było, bo fajna ta ich muzyka. Co prawda wokalista miał na sobie bluzę pokrojoną jakby w długie pasy materiału, przez co cały czas kojarzył mi się z black metalową odpowiedzią na Wielkiego Ptaka z ulicy Sezamkowej, hehe… Pomijając ten fakt frontman z niego całkiem w porzo. Czesi, podobnie jak poprzednicy, wydali swój krążek dosłownie dzień wcześniej i o ile wiem setlista była w większości oparta właśnie o „Assailing the Holy”. Muzycznie jest to coś w stylu Dissection, ale chwilami dostawaliśmy wyraźne wpływy około – black metalowe, mnie przywodzące na myśl Mord’A’Stigmata. Koncertowo – było dobrze, pomimo że mniej więcej w połowie setu gitarzyście pierdolnęła struna co wykluczyło go z dwóch numerów. Jednak jeśli ktoś szuka jakiejś nowej, porządnej nazwy – Mallephyr może sobie wpisać w kajecik.

Po secie Mallephyr zaczęło mi burczeć w żołądku, szczęśliwie dostała mi się porcja bardzo dobrego wegańskiego bigosiku. Nie wiem, kto kucharzył, ale pogratulować, hehe! Jako, że głód był mi już nie straszny, to jeszcze pędem nabyłem piwerko i dalej obserwować kolejny kapel tego wieczora – śląski Offence. Jeśli chodzi o nich to ja już wiedziałem, że zwrotów z powodu niezgodności towaru z przedmiotem sprzedaży nie będzie – panowie słyną z tego, że jako jedni z najlepszych w Polsce sadzą mocarny szwedzki death metal i taki też dostałem, oj dostałem. Offence na żywca to bestia pięciogłowa, plująca gruzem na wszelkie świętości, o czym można się było przekonać we Wrocławiu. O ile wcześniej kapele zagrały dobrze, o tyle Offence zagrało znakomicie. Maross co chwila zachęcał do większej aktywności, sypiąc kurwami na prawo i lewo – i bardzo dobrze, death metal kurwa mać! Offence, podobnie jak reszta kapel wydało właśnie nowy album, zresztą właśnie w Mad Lion Records no i sporo materiału pochodziło właśnie z „Adoration…”. Na koniec jednakże zagrali sztandarowy „Alcoholic Solution” i po nim już nie było co zbierać – zwłaszcza, ze młyn podczas ich gigu zrobił się konkretny i padły pierwsze ofiary. Jak to się mówi u Was na Śląsku – duże szapoba, panowie!

Offence równocześnie było ostatnią kapelą z Polski, która grała na Mad Lion Fest. Teraz pora na Czechów. Kolejni po Ślązakach – Tortharry to kawał historii czeskiego death metalu. Trio od samego początku dowodzone przez Dana I Martin miało wysoko postawioną poprzeczkę z uwagi na znakomity koncert Offence. Ale co? Ale kurwa sprostali! To jest taki decior jaki lubię. Brutalny, ale nie przesadzony, z mega pierdolnięciem. Osadzony raczej w amerykańskiej szkole – jeśli spuszczacie się na dźwięk Suffocation, Malevolent Creation czy Cannibal Corpse to jesteście w domu. Akurat oni dawno niczego nie wydali, ale za to zaprezentowali nam przekrojówkę numerów, nie omijając nawet debiutu z 1994 roku. Nie wiem, dlaczego oni nie są w Polsce zbyt dobrze znani, pomimo niedużej odległości i długiego stażu scenicznego. Dan do tego to równy chłop, mimo że jak przechadzał się po klubie to musiał się schylać, bo postura Shaquille O’Neila to jednak nie w mąkę pierdnął. Każdy numer poprzedzało tez słowo czy dwa wprowadzenia, zaś przed którymś kawałkiem na scenę wdrapała się jakaś laska by krzyknąć do mikrofonu. Nie wiem po co, ale faktem jest że jak zaskrzeczała to zęby bolały. Potem Tortharry powróciło do dalszego masakrowania zebranych, no a pod sceną zebrał się już większy tłumek, zabawa stawała się też coraz brutalniejsza, co cieszyło oko. Ze szczerą przyjemnością oglądało się ich koncert, ja dosłownie zostałem rozjebany, a co najlepsze – z zaskoczenia. Tak, kurwa tak! To jest muzyka, jakiej chce się słuchać na żywca. Ja zaś mam mocne postanowienie zagłębienia się w ich dyskografię przy okazji.

Gdy Tortharry schodziło ze sceny była już mniej więcej północ, u większości alkohol już uderzał w tętnice. Ja zaś niepokoiłem się lekko, bo realne stawało się, to, że z uwagi na późną godzinę (mama kazała mi być w domu jak najszybciej, hehe – a tak na serio to autobus spierdalał mi po pierwszej godzinie), że nie obejrzę występu Gutalax. Niepokój postanowiłem uciszyć kolejnym piwkiem i czekać na show czeskich pojebów z Ahumado Granujo. Podoba mi się ich dziki grind core wymieszany z chamskim techno i nie byłem odosobniony w tym temacie. Typy wyglądają jakby wziął z jakiegoś przystanku randomowych kolesi czekających na tramwaj, może poza gitarzystą który przypominał zżuloną wersję LG Petrova (tak, da się). Ale wrzuceni na deski Ciemnej Strony Miasta wyzwolili u zgromadzonych jakiś totalny dziki amok – pod scenę nie rozpętał się zwykły brutalny mosh, to było coś ultra dzikiego i niekontrolowanego, łącznie z deptaniem po sobie i skakaniem sobie na łby. Dzicz, dzicz i jeszcze raz dzicz. Na scenie było zresztą podobnie – ci kolesie to jakieś kurwa pojeby, zwłaszcza jeśli chodzi o typa na wokalu. Wisieć na jednej ręce uwieszony pod sufitem i rzygać w mikrofon – gruba rzecz. No serio, zostałem rozwałkowany – moc, energia i szaleństwo. Zdecydowanie polecam koncerty tego zespołu, choć grają bardzo rzadko i ponoć znów planują dłuższą pauzę.

No i stało się, że się zesrało – wybiła godzina pierwsza w nocy, a ja niczym Kopciuszek musiałem udać się do swojej karety z dyni. Nie dane mi więc było ujrzeć na żywca Gutalax, ani też odpytać chłopaków, na co bardzo liczyłem – za co z góry Przemka przepraszam. Żałuję cholernie, bo bardzo byłem ciekaw, co zaprezentują na scenie te fekalne świry. No niestety, nie udało się tym razem. Mam nadzieję, że w przyszłym roku również odbędzie się Mad Lion Festiwal i wówczas będzie mi dane ich obejrzeć… Ale to już zobaczymy co przyniesie przyszłość.

Generalnie nie mogę powiedzieć złego słowa o tym evencie, nawet jeśli bym bardzo chciał na siłę coś wymyślić, hehe… Wszystko zajebiście, od atmosfery, przez stronę artystyczną. Obsuwa tez była tak naprawdę niewielka, ale na tyle dla mnie uciążliwa, że niniejszy festiwal mogę traktować jako rozmowę niedokończoną. Dla wszystkich, którzy się na przyszłość wahają – nie pierdolcie głupot, tylko wbijajcie na Mad Lion Festiwal!