Machete Justice Tour 2015: Terrordome, Rotengeist, Crimer; Rzeszów, Klub Vinyl; 29.05.2015

machete tourTerrordome to jedna z tych kapel, które chcą grać jak najwięcej, jak najczęściej. Nie krzywią się, że w klubie warunki będą takie czy inne. Że daleko, że trzeba zabrać swoje nagłośnienie, że tysiąc innych rzeczy. Panowie po prostu mówią „wpadamy wtedy i wtedy i nakurwiamy”. Tak miało to miejsce w ostatni piątek maja roku 2015 w Rzeszowie.

Pamiętam, że jak grali tu ostatnio (na Metal Reich, który miałem przyjemność współorganizować zresztą) ludzi było zdecydowanie więcej. No coś ponad sto osób spokojnie. Ale wicie – rozumicie, dwa lata temu fala thrash metalu to była jak tsunami. Na mieście rzuciło się na oślep kamieniem i byłeś pewien, że trafisz w głowę młodzieńca w koszulce Megadeth, Slayer czy właśnie Terrordome. Dziś większość z nich zamieniła te koszulki na ładne ciuchy (bo dorośli) albo na kaptury (bo kult), zaś w powietrzu zawisła gęsta mgła zapomnienia i oddzielenia się od przeszłości grubą kreską. Tyle żałosne co niestety prawdziwe.

crimerKoniec końców w Klubie Vinyl stawiło się może z pięćdziesiąt osób. To już któryś koncert z rzędu z taką dość żenującą frekwencją. Trudno, przestanie ktokolwiek przyjeżdżać to znów będzie pisk i narzekanie. A że w Rzeszowie osoby chętne i zdolne do zorganizowania koncertu można policzyć na palcach jednej ręki, to wróżę taką właśnie sytuację. My z Efem stawiliśmy się dość wcześnie, jako jedni z pierwszych, a i tak w sumie na kilka chwil przed godziną zero. Ludzi mało, trzeba było zaopatrzyć się w browarka i zająć miejsce w palarni jak przystało na meble barowe. Po chwili wpadł kolega perkusista z Excidium i tak sobie siedzieliśmy w trzech dywagując na tematy przeróżne. W międzyczasie klub lekko się zapełnił, a na scenę wparował nieznany mi wcześniej zespół Crimer. To znaczy, wiedziałem jedynie że bębni tam mój drugi kumpel. Tak więc wiedziony ciekawością, co też Crimer napierdala ruszyłem zad pod scenę. Od razu powiem – sorry panowie, nie moja muza. Takie to melodyjno – korowe granie jakoś w ogóle nie przypadło mi do gustu. W sumie nawet nie widziałem zbyt do czego mógłbym to porównać. I dalej nie wiem. Nijakie mi się to wydało i tyle. Do tego polskie teksty, które po prostu trzeba umieć pisać (zapamiętałem jedynie „Nie idź tą drogą…”, które skojarzyło mi się definitywnie z jednym, hehe)… Oglądnąłem może z trzy czwarte występu lokalnych muzyków i udałem się naprawić piwo.

rotengeistPo zainstalowaniu się w palarni wymieniliśmy się w zacnym gronie poglądami na show, którego właśnie byliśmy świadkami, porozmawiali na tematy urbanistyczne i pokrewne, a gdy usłyszeliśmy pierwsze dźwięki odczekaliśmy swoje, w przeciwieństwie do stada młodzieży, która w te pędy poleciała pod scenę, by po chwili powrócić mamrocząc pod nosem „a skąd mieliśmy wiedzieć, że to próba jeszcze…”, hehe. Cóż, życie uczy takich rzeczy, życie. Ale w końcu nadszedł czas, że na scenę wpadł Rotengeist z Przemyśla. Ponoć w odmienionym składzie, ale nie pamiętam czy miałem przyjemność widzieć ich wcześniej – nawet jeśli, to nie zapadli mi w pamięć. Tak czy siak Rotengeist to już żadne tam żółtodzioby. Muzycznie – thrash metal kojarzący się z Testament czy Exodus, ale w takiej trochę nowocześniejszej odsłonie, mięsistej, przemyślanej. Ich ostatni krążek znam i nie mogę powiedzieć, żebym go jakoś często katował, choć uszu on nie kaleczy. Piątkowego wieczoru w Rzeszowie panowie zaprezentowali się w lekko odmienionym składzie. Przyznam, że dyskografii na wyrywki nie znam i pozostaje mi wierzyć na słowo, że to co grali to faktycznie tak było zatytułowane, hehe… Ale nie powiem, zaskoczyli również doborem coverów. O ile „Noce Szatana” są dość znanym i łatwo rozpoznawalnym numerem, o tyle „Defekt Muzgó” to już chyba mało kto poznał. A był jeszcze jeden cover, którego z kolei ja nie poznałem, więc można się i do mnie przypieprzyć. Ogólnie źle nie było, ale cholera najbardziej to mi chyba przypadł ten punkowy cover do gustu.

terrordomePotem znów przerwa i ostatnie jak się okazało piweczko tego wieczoru. Dziwne rzeczy mi się działy, piwo nie smakowało – szok. No ale spokojnie wyczekałem do rozpoczęcia setu. Czterech chłopa weszło na scenę i zaczęło swój set. Terrordome to ja znam i szanuję od „Shit Fuck Kill”, czyli od samego początku i w zasadzie nigdy nie narzekam, że ich widzę na żywca albo, że akurat krążek nawinął mi się pod rękę. Zwłaszcza jeśli chłopaki napierdalają tak przyjemnie jak na rzeszowskim koncercie. Uappa to jest w ogóle ewenement, bo jak z nim rozmawiałem przed sztuką to wyglądał, jakby tyle co wstał niewyspany z łóżka a na scenie zachowywał się jakby wciągnął pół kilo amfy z brzuszka jakiejś fanki (a było ich kilka na tym koncercie). Jako, że był to koncert promujący nowy krążek „Machete Justice” (który dopiero teraz odsłuchuję po raz pierwszy), sporo numerów pochodziło właśnie z niego. W związku z tym setlista chyba trochę różniła się od tej z Sadistic Festival, właśnie na korzyść nowych strzałów. A są to strzały kurewsko porządne i agresywne – Terrordome na scenie to petarda, bez dwóch zdań. Pod sceną zaś było trochę niemrawo, bawiło się dwóch typów i kilku coś tam machnęło łbami, ja stałem z deka przymulony, a Ef jak to Ef, stateczny pan. No i były jeszcze nawoływania z tyłu sali jednego chłopca, ale miał chyba ból dupy, bo coś mu strasznie Chaos Vault przeszkadzał (nie wiedzieć czemu, bo mam pamiętam wpisy jak nas chwalił, hehe), choć w sumie to nam reklamę robił, powinniśmy mu więc dziękować. Jak kiedyś zrobi coś dla sceny, nagra choć jedną nutę albo napisze choć jedno zdanie gdziekolwiek poza fejsbukiem, tudzież zorganizuje jakąś sztukę obiecujemy recenzję lub relację, z rączką na sercu. Wracając jednak do rzeczy zdecydowanie bardziej wartych uwagi – to był kolejny koncert Terrordome z serii „dobry w chuj” i nawet chłopaki zdawali się nie przejmować lichą frekwencją. Napierdalali tak może z pół godziny z hakiem, po czym zeszli ze sceny. Ale byli na tyle mili, że wrócili i odegrali sztandarową pozycję, ze zmienionym refrenem – mowa o „Cross Over Rzeszów” of corpse. A potem w ramach bisów to poszła jeszcze piosenka „Artur Katamita” (bohater musi być dumny), a także cover „Rodzina Słowem Silna”, który ponownie chyba nie został jakoś tłumnie rozpoznany. Co tu mówić – to było dobre zakończenie tego koncertu.

W sumie to zaraz po zakończeniu koncertu zwinęliśmy się z klubu. Plan był taki, żeby zahaczyć jeszcze o jedną knajpę. Tak też się nawet stało, ale jak już mówiłem, piwo mi tego dnia nie smakowało, posiedziałem może w przybytku z kwadrans i ustawiłem busolę na chatę i ciepluchne wyro.

Foty z talentem jak zwykle pstryknęła Sylwia Musiał. Dzięki!

Autor

11342 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *