Lying in Catacombs Tour 2014: Youdash, Dying Breed, Dr Gore, Cadaver Mutilator; Rzeszów, Klub Vinyl; 20.08.2014

dr goreZ góry zaznaczę, że nie będzie to relacja dokładna i opisująca każdą nanosekudnę występu poszczególnych zespołów. Powodem tego będzie moja wysoka aktywność towarzyska feralnego wieczoru, jak i fakt, że tak w zasadzie to poza jednym, reszta zespołów grała w zasadzie to samo, hehe…

Zaczęło się jednak od tego, że gremialnie i po redaktorsku poszliśmy z Efem i Pathologistem do knajpy, łyknąć co nieco, ale niewiele – ot, dla kurażu. Dwa piwerka i zawinęliśmy do klubu Vinyl, gdzie cała impreza pod nazwą Lying in Catacombs Tour miała miejsce. Gdy weszliśmy okazało się, że wszystko zaczęło się – wbrew naszym przewidywaniom – o czasie, przez co występ zespołu Youdash oglądnęliśmy jedynie na ich finiszu. Kapela jest lokalna, wycina sobie całkiem niegłupi techniczny thrash metal, a tego środowego wieczoru dorzuciła jeszcze na dokładkę (i chyba, żeby się wpasować w resztę towarzystwa) cover Cannibal Corpse, a mianowicie, o ile mnie pamięć nie myli – „Beaten, Raped and Strangled”. Całkiem nieźle wypadł, a do tego kapela zagrała chyba w odświeżonym składzie. Następnym razem się nie spóźnię!

Po Youdash deski objęło włoskie Dying Breed. Zastanawiałem się szczerze mówiąc ile osób zjawi się w tę środę na tym gigu – ja sam przyznam poszedłem z ciekawości bardziej, no i żeby wstydu za Rzeszów nie było, wszak takie metalowe miasto, hehe… Jakoś tam w czasie ich występu zaczęło ściągać ludzi, ale odnosiłem cały czas wrażenie, że w całym klubie więcej jest Włochów niż Polaków, hehe. Wracając do muzyki, Dying Breed rozpoczynał blok pod tytułem „golonka, flaki i inne przysmaki” – panowie grali może z dwadzieścia minut, niegłupim, bujającym brutalnym death metalem. W zasadzie było klasycznie – bulgotliwy wokal, dużo techniki i inspiracje bandami w stylu Suffocation. Na scenie bodaj czterech muzyków, najżywotniejszy był (poza łysym wokalistą) ogromny basista – scena była dla niego jakby trochę mała, hehe. Odegrali co swoje i zeszli ze sceny.

Zespołem numer trzy był Dr. Gore – również z Włoch. Co mogę powiedzieć o ich występie…? Cóż, grali brutalny death metal, hehe… Parafrazując Obelixa – „brutalni Ci Rzymianie”, a i pierdolnięcie mieli równe temu grubasowi z komiksu. Serio, ich występ podobał mi się najbardziej. Kilkanaście utworów cechowała niezaprzeczalna brutalność. Podobnie jak poprzednicy, tak i Dr. Gore grał dość sztampowo, ale chuj mnie to, hehe – była prędkość, świniakowanie, growl, ale znalazło się czasem miejsce na „hej”, w którym wokaliście wtórowała marna publika, hehe… Coś tam chłopaki pożartowali z perkusisty, że stary i nie wyrabia już z tempem, ot włoskie poczucie humoru – choć przyznam, że chwilami muzyka po prostu była za głośna, lepiej nawet było słychać, gdy było się w palarni zaraz obok sceny, no ale taki to już urok podziemnych koncertów. Kapela promowała swoje nowe wydawnictwo, ale przyznam, że nawet jeśli zainteresowaliby mnie na tyle, że rozważałbym zakup – ceny mieli zaporowe, choć te wszystkie zombie tak ładnie patrzyły z okładek, naszywek i koszulek, hehe… Dr Gore pograł sobie z pół godziny i był to niegłupi występ, moim zdaniem najlepszy na całym gigu. Bueno!

Ostatnim zespołem był Cadaver Mutilator, również z Włoch. I jakby ponownie – powtórka z rozrywki, bo również i oni nakurwiali brutalnym death metalem. Przy czym u nich słychać było trochę więcej inspiracji zespołami a’la Krisiun albo Hate Eternal – oczywiście spomiędzy tych wszystkich Suffocation, Brutal Truth i tak dalej. No również i to było intensywnym graniem, ale jakoś nie było na moje ucho już tak wesoło jak w przypadku poprzedników. Cadaver Mutilator ponakurwiał podobnie jak wcześniejsze kapele z pół godziny. Część publiki już się wykruszyła, część jeszcze słaniała się na nogach. Ef ewakuował się do domu, my z Pathologistem dziarsko trzymaliśmy się do końca – wszak ostatnio się nam coś koncerty nie korelują, hehe… Ale końcówkę koncertu Cadaver Mutilator to już wysłuchaliśmy w rzeczonej palarni, gdzie dźwięk był lepszy, hehe…

W sumie powiem tak – z jednej strony nie było źle, ale z drugiej zacząłem doceniać mieszanie gatunków na koncertach, bo po tej nocy trzy kapele niemal zlały mi się w jedno. Zwłaszcza, że wszystkie były z jednego kraju i nawet wizualnie nie odstawały od siebie zbytnio. Ale cóż, jak widać dałem radę, choć nie ma tracklisty a’la BDB reporter od serca. Przeżyjecie jednak, prawda?

Autor

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *