Load and DrunkAs Fuck: Shodan, Brüdny Skürwiel, Czort, THVN; Wrocław, Liverpool; 18.07.2020

 

Dobre uczucie jest to, gdy w końcu człowiek może łyknąć nieco kultury na żywo. Dosłownie chwilę temu był pierwszy koncert z cyklu Black Plague, a chlorom z Brudnego Skurwiela widocznie było mało i pojechali w Polskę na minitrasę. Pierwszy przystanek był w stolicy, zaś drugi we Wrocławiu, i tam uderzyłem na swawole.

Tradycyjnie, Liverpool nie otworzy się ani sekundę wcześniej, więc uderzyłem do mojego ukochanego Haggis Pub na Irish Stouta – pyszny jak zawsze. Akurat człowiek skończył sączyć trunek i rozmawiać ze spotkanymi tam znajomymi, a bramy piekieł otworzyły się. I zonk, bo kolejka do wejścia okazała się być iście skurwysyńska. Na szczęście załapałem się na wejściówkę oraz zbicie piątki z bdb kolegą, wspaniałym Panem Organizatorem, i można było się dekować wewnątrz. Wspomnę od razu, że fani uszczuplania sakiewki mogli znaleźć coś dla siebie w rozstawionym przy wejściu kramie Old Temple. Ja opanowawszy pokusę uciekłem, bo wiem, jak jest: chwila rozmowy z Erykiem i nie oprzesz się, by kupić kilka płyt. A dziś dodatkowo można było nabyć merch grających tam kapel, więc pokusa była silna.

Zaopatrzywszy się w pieniste pozbijałem jeszcze kilka piątek i polazłem pod scenę, gdzie za otwieracz robił wrocławski THVN. Hord to świeży, a sami siebie określają, jako black metal, ale z rozmaitymi wpływami. Nie było to złe, choć zamiast podstawy blacku dałbym raczej solidny groove z masą wesołych naleciałości, czy to właśnie blacku, czy deathu. Nie ukrywam, nóżka parę razy pochodziła, szczególnie, że bas rżnął niemiłosiernie, a było to dobre. Warto mieć chłopaków na uwadze, bo może być z tego coś naprawdę coś fajnego.

Po THVN chwila na kolejne piwo oraz fajek, by wrócić prosto na Czorta. Ciekawy byłem, jak wypadną w klubie. Wcześniej, na Black Plague, czyli na otwartej przestrzeni, było po prostu mocno średnio. Nic strasznego, ale poza fajnym misterium na scenie nie byłem zbytnio zainteresowany. Tego wieczoru mogę powiedzieć spokojnie, że w zamkniętej piwnicy jednak jest lepiej. Co prawda nadal jest to dla mnie solidny średniak, ale w tak małej przestrzeni Czort zdecydowanie zyskuje i nie nuży.

Następni mieli grać znani i lubiani alkocelebryci, czyli Brüdny Skürwiel – mój główny powód stawiennictwa. Ilekroć widzę ich na scenie, to jest zajebiście, bo czuć nie tylko solidne pierdolnięcie butelką w łeb, ale widać, że bawią się równie dobrze, jak publika. Tego wieczoru było jednak inaczej – muzycy bawili się zdecydowanie lepiej.

Już samo intro, odświeżone, z którego znać było, że odrobiono lekcje z aktualności polskiego Internetu, wywołało dziki entuzjazm, który przerodził się w dzikie napierdalanie pod sceną, gdy po nim wjechało „Silesian Metal Attack”. Dalej była tylko szalejące tornado alkoholu, cytowania Zbyszka Stonogi oraz pijackiego thrashu. Nie zabrakło klasyków w postaci „Fuck Christ” czy „Satanik Thrash”, przy czym poleciało też dawno niegrane „Forces of Hell”. Hord musiał się także podzielić swoim najświeższym coverem Gospel of The Horns „Powers of Darkness”, jak również przypomniano, że polskie klasyki należy szanować, poprzez cover Witchmaster „Masochistic Devil Worship”, a odegrany tak pięknie, że gdzieś tam w świecie ekipa Wiedźmistrza z pewnością poczuła na plecach przyjemne smagnięcie batem. Całość tego pięknego misterium wieńczyło „Queen of Hellfire III”. To był chyba jeden z najdzikszych występów chłopiąt ze Śląska. Większy rozpierdol był tylko, gdy grali na pierwszym Thrashfeście kiedyś, ale to już była pożoga. Brüdny rozpierodlił klub, jak huragan stodołę i nie przesadzę, jeśli powiem, że byli w jeszcze lepszej formie niż na Black Plague. Pyszne.

Zamknięcie imprezy spadło na wrocławski Shodan. Co prawda było już sporo po czasie, gdy powinienem się zwijać, albowiem czekała mnie dość intensywna niedziela, ale lokalny patriotyzm zwyciężył. Do tego ciekawość, bo mieli tego dnia odegrać premierowo swoją nową płytę, „Death, Rule Over Us”. Cóż rzec, udałem się po kolejne piwo i ruszyłem pod scenę. Shodana dane mi było już widzieć na żywo, kiedy rozgrzewali publikę w Firleju dla Rotting Christ. O ile z płyt było średnio, tak na żywo poradzili sobie fajnie, a jak było teraz? Jeszcze lepiej. Słychać wyraźnie, że hord znacząco podszlifował warsztat i poczyna sobie naprawdę śmiało, co cieszy. Byłem już, co prawda dość umęczon, ale takie odegrane „Fuel to Grandeur” wypadło doskonale, aż główka sama chodziła. Raaduje mnie, że chłopaki mają zacięcie by iść dalej, a nie tkwić w tym samym miejscu. Czekam na więcej panowie.

Niestety, jak wspomniałem wcześniej, brutalna proza życia zmusiła mnie do przedwczesnej ewakuacji, jednakże mogę spokojnie powiedzieć, że warto było iść. Postępy Shodana cieszą, ale przede wszystkim Brüdny Skürwiel. Te chore pojeby przeszły samych siebie i sprawili, że każda spędzona minuta oraz zdarte gardło były tego warte. Zapomniałbym – niezmiernie cieszyła mnie frekwencja, bo klub był niemal nabity. Warto było iść, kto nie wbijał, ten Ziobro, który jest sami wiecie, czym.

Autor

80 tekstów dla Chaos Vault

Przemądrzały, gruby chuj. Miłośnik żarcia, alkoholu i gór, któremu wydaje się, że umie pisać.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *