Legions Of Death MMX: Czarna Sobota; Kraków, Klub Kwadrat; 30.10.2010

O tym feście w Podziemiu trąbiło się już kilka dobrych miesięcy zanim cała sprawa nabrała rumieńców. Wiadomo, imprezy spod znaku Legions Of Death już od kilku lat wpisały się na dobre w kalendarz maniaków, pragnących poczuć na własnej skórze trupi odór i gorącą smołę. Tym razem zamiast objazdowego festu organizatorzy postanowili zrobić jeden większy koncert, na który zaprosili filary polskiej sceny black metalowej. Nie mogło więc zabraknąć tam przedstawicieli rzeszowskiej ekstremy, w tym i niżej podpisanego. Podróż do Krakowa upływała nam pod znakiem gorzkich żali, głębokich myśli Ojca Świętego, Pana Jezusa i muzyki Children Of Technology. Tak oto zaczyna się ta historia…

Czarna Sobota była celebrowana w krakowskim klubie Kwadrat, przybytku znanym nam już z czerwcowego reczitalu Venom. Na mnie, jako na Ojcu Organizatorze pielgrzymki, spoczął obowiązek dojechania do tego miejsca bez uszczerbku na ciele. Zadanie wypełniłem, na miejscu byliśmy przed czasem. Po krótkiej integracji z innymi mrocznymi hordami (choć niektóre to akurat były tylko zamroczone) poczęto wpuszczać spragnioną bluźnierstw gawiedź do środka klubu.

Już kilka dni przed 30 października znana nam wszystkim była informacja, iż z rozkładu jazdy wypadł Iperyt. Przeklinałem w myślach ten fakt, szczęśliwie absencję twórców „Particular Hatred” osłodził mi zespół zaproszony na ich zastępstwo – lokalny Medico Peste. Nad tym aktem spuszczałem się już literacko po ich gigu z Throneum. Popełniłem też wówczas pewną gafę, faux – pas… dupy dałem po prostu, ot co. Teraz już nie będę się rozwodził nad składem tego tworu, wówczas nie wiedziałem, teraz już wiem, wy sobie poszukajcie kto zacz, z kim i skąd. Muzycznie natomiast Medico Peste, co tu dużo mówić, dało bardzo dobry koncert. W moim przypadku może nie było już tego zaskoczenia, które towarzyszyło ich pierwszemu show, niemniej jednak Krakowianie pokazali klasę. Pokazali, że granie black metalu umownie nazywanego „religijnym” nie opiera się na wpierdoleniu drzeworytu na okładkę, ale na stworzeniu odpowiedniej atmosfery. I Medico Peste takową stworzyło – powtarzające się motywy gitar wywoływały transowe skojarzenia, w chuj dymu i niezła prezencja sceniczna, a przede wszystkim numery odgrywane z pasją. No i wokal, który jest zdecydowanie charakterystyczną częścią kapeli. W odbiorze mogło przeszkadzać szwankujące początkowo brzmienie, niemniej jednak nie aż w takim stopniu, by odbierało to przyjemność obcowania z dźwiękami grupy. Ponownie podkreślam – miejcie na nich oko.

Drugim bandem, który objął scenę we władanie tej soboty był również nowy twór, choć złożony z muzyków, których zna niejeden fan i niejeden sprzedawca w monopolowym. Genius Ultor złożony między innymi z muzyków Stillborn sprawił zgromadzonym w Kwadracie dodatkowy prezent, bo można było sobie zakupić w ten dzień, jeszcze przed oficjalną premierą, ich debiutancki krążek „Dzień Nocy”. Na nim zresztą opierał się set Mielczan. Ludziska pod sceną chyba nie do końca wiedzieli jak się zachować widząc Killera, oj pardon – Wirusa, w kolczudze, oblanego posoką, z koźlą czaszką przymocowaną do pasa i wydzierającego się po polsku, tak więc pod sceną znalazła się jedynie garstka publiczności. Niemniej jednak nie przeszkadzało to grupie w pluciu dość oryginalnym, a mimo to całkiem klasycznym w swej formie black metalem. Widać ponadto, że zespół tworzą panowie otrzaskani już ze sceną i zaprezentowali się naprawdę dobrze. Na tyle się im ot udało, że zachęciło mnie do zakupu „Dnia Nocy”. Na koniec odegrali cover, nierozpoznany praktycznie przez nikogo. Skoro tak, to i ja nie będę zdradzał tajemnicy, jeśli chcecie to poszukajcie wśród starych, zajebistych zespołów z Katowic.

Po niezłym show Genius Ultor nadeszła pora na zrobienie niewielkiego rekonesansu stoiska z merchem. To znaczy, z założenia miał być niewielki, no a wyszło inaczej. Powiem Wam w tajemnicy, iż bycie abstynentem ma swoje dobre strony, bo w miejsce piwa zawsze wskoczy Wam jakiś cedek… Wiem, wiem, niektórym trudno to zrozumieć. Właśnie – mało na którym koncercie tak się wkurwiałem na zjebaną, najebaną publikę. Sorry, też nierzadko dam w palnik na koncercie, ale nie szmacę się tak jak co poniektórzy. Kilkunastoletni gówniarze byli tak napierdolenia, że równie dobrze bawiliby się przy Infernal War jak i przy Myslovitz. Jakże mnie to wkurwia, motłoch nielepszy od oazowej młodzieży albo bywalców potańcówek w remizie. Gnoje hasający w nowiuteńkich koszulkach Venom niczym na łudstoku… Na moje oko jedna trzecia bydła, które nawiedziło Kwadrat uosabiało sobą całkowite przeciwieństwo tego, jaki powinien być black metal. Rzygam na Was.

Dobra, to tylko taki wtręt był, ale faktem jest, że takie ewenementy przewijały się przez cały wieczór. A akurat teraz o tym napomknąłem, bo gdy na scenę wszedł trzeci zespół tego sobotniego wieczoru pozerzy czmychnęli pod ściany klubu. Bestial Raids – nie ukrywam, że jeden z głównych magnesów, który przyciągnął mnie na cały fest. Wiadomo, że jak Sadist z chłopakami wchodzi na deski – będzie wojna. I faktycznie, pod sceną rozpętał się pieprzony krieg, hehe. War-painty, maski pegazki, pasy z nabojami i black metal najwyższego sortu. Chociaż był i zgrzyt, bo przy pierwszym numerze słychać było jedynie perkusję i wokal, zero gitar. No ale przy drugim kawałki już ktoś rozsądny docisnął wtyczkę czy przekręcił gałkę – to był mały krok dla człowieka, ale na pohybel ludzkości, że tak się wyrażę. Nie pamiętam już, co tam Bestialsi zagrali, coś mi świta „Dysangelium”, „Christ Inversion” czy „Neocenturian Legion” – możliwe, że dostanę znowu majle z oburzonymi głosami, że tego nie grali. Możliwe, machałem banią dla Szatana, a nie stałem z notatnikiem. Ale za to pamiętam jak ze sceny wylewała się kurewsko czarna i bulgocząca smoła i gryzący dym. Ta kapela na żywo jest jak pieprzony armagedon, a jeden kawałek z nadchodzącej płyty, który Bestial Raids zagrało, zwiastuje spotęgowanie tego wrażenia – mam nadzieję, że jak najszybciej, wszak „Reversed Black Trinity” ukazało się trzy lata temu!

Uch, po koncercie Bestial Raids pozbierano szczątki i ścierwa spod sceny, a jak skusiłem się na browara… bezalkoholowego (los kierowcy) – kurwa, pierwszy i ostatni raz dotknęło to moich warg! Dobra, zostawmy wrażenia smakowe bo oto i kolejny lokalny band wszedł na scenę. Deadly Frost to, jak zapewne większość wie, kapela Leszka z Holy Death. Cóż, wolałem oczywiście Holy Death, zwłaszcza ostatni album, niemniej nowy twór również jest niczego sobie. Powiem więcej – na około trzydzieści minut nad deski klubu kwadrat nadleciał nieśmiertelny duch Hellhammer! Prosty, rytmiczny black metal w stylu wspomnianych Szwajcarów. Może się mylę, ale jest to jedyny zespół grający w tym stylu w naszym smutnym kraju. Trio weszło na scenę przypuściło na nas atak w postaci utworów z „Evil Incarnate” i najnowszego „Triumph Of The Damned Cross”. Ugh! Polskie teksty, może niezbyt odkrywcze, może i nawet infantylne („Metal to wolność…” czyli złote zgłoski polskich liryków z lat osiemdziesiątych wiecznie żywe, hehe), ale miało to niezaprzeczalny urok i szczerość. Leszek nie silił się na kopiowanie wokalne wujka Toma, ale mimo wszystko skojarzenia w jego stronę leciały. Raczej wolne i zajebiście rytmiczne granie nie mogło się nie podobać takiej necro true duszyczce jak ja, hehe. A na koniec odegrali dość niecodzienny cover, jak na grupę black metalową – Siekiera. Mnie osobiście koncert podobał się bardzo, choć słychać było tu i ówdzie głosy gównierstwa, że oto mamy punkowy band na scenie. Ja pierdolę, kurwa mać.

Deadly Frost zeszło ze sceny, panowie technicy szybko usunęli śnieg i szron, jaki osadził się Śmiertelnym Mrozie, hehe, by dobrze grało się kolejnemu w kolejce do łojenia dupsk black metalem – Furii. Może Was rozczaruję, ale akurat ich występ sobie odpuściłem, bo i odpocząć się na chwilę chciało, a i Furię widziałem całkiem niedawno. Ale ponoć było śmiesznie, gdy na deski zaprosili „Kvarfortha”, hehe. Niemniej jednak słyszałem o tym z drugiej ręki, więc jakby co, to nie moja wina za sianie plotek, hehe.

Dobra, Furia skończyła grać, ja skończyłem swoją herbatkę i poczłapałem dumnym krokiem metalowca z powrotem na salę, bo oto i na scenie instalowali się Czesi z Inferno. Wraz z naszą ekipą plątało się kilku Hanysów, którzy to z muzyką Inferno są za pan brat, ja ich znam jedynie z ostatniego, świetnego, krążka – „Black Devotion”. No i po koncercie kapeli z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że tytuł ich ostatniego długograja w pełni oddaje ducha tej kapeli. Goście pokazali olbrzymią klasę i iście black metalowy show w duchu starych czasów. Agresywny black metal w starym stylu, będący znakiem rozpoznawczym Czechów o dziwo nie porwał zbyt wiele osób do młyna – część była już najebana i wyniosła ich ochrona, część wyszalała się zapewne na Furii. A szkoda, bo Inferno warte jest zobaczenia na żywca. Panowie cofnęli się nawet do swojego pierwszego demo i odegrali „Peklo na Ziemi”, które wymusiło na nich kilku die-hards, hehe. Inferno pokazało pełne oddanie sprawie, pod ich adresem nie można było mieć żadnych zarzutów – 666% zaangażowania!

Przedostatnim zespołem tej Czarnej jak smoła Soboty był niewątpliwe band, który zdecydowanie przyciągnął sporą liczbę maniaków, w tym i mnie. Kriegsmaschine, lokalna kapela o zdecydowanie ponadkrajowej sławie. Przede wszystkim, grają wybitnie rzadko, ale ponoć jak już zagrają to z trampków wyrywa. Plus cała oprawa wizualna, niebanalne corpse painty i tak dalej. Było więc na co czekać. A tu… Powiem szczerze – rozczarowanie. Na scenę weszli Destroyer, M. i Darkside wspomagani przez Icaroza, ubrani w czarne koszule z kołnierzem i zaczęli grać. Chuj tam, że nie było corpsepaintów i tak dalej, ale zespół stał jak zaczarowany, jakby każdy połknął metrowy krzyż i w takiej pozie odegrali cały koncert. Całkowicie bez złej i chorej energii, która emanuje z ich muzyki. No po prostu mnie wynudzili. Scena spowita w dymie, brzmienie bez zarzutu, nawet czyste wokale były całkiem niezłe, niemniej jednak ogólne wrażenie jest nie najlepsze. Jasne, pod sceną był młyn, głównie przy kawałkach z „Altered States Of Divinity”, ale mnie to ine ruszyło. Po prawdzie, zacząłem odczuwać przyjemność z obcowania z dźwiękami Kriegsmaschine dopiero przy ostatnim kawałku, kiedy to udało się Krakowianom wyłuskać z siebie coś więcej i wykreować transową atmosferę. No ale było już za późno, bo jak zaznaczyłem – było to zwieńczenie koncertu, a rozpiska festiwalu jak wiadomo – bezwzględna. Może sobie obiecywałem zbyt wiele po tym gigu, niemniej jednak jestem rozczarowany – koncert bez historii.

Zniesmaczeni występem Kriegsmaschine oczekiwaliśmy ostatniego zespołu Czarnej Soboty – Infernal War. Cóż, zespół o zajebiście wysokim statusie na scenie, nie tylko krajowej, pociąga za sobą wysokie oczekiwania względem ich występów. Sporo krzyży zostało złamanych od czasu ich ostatniego wydawnictwa, a nowej płyty ani widu ani słychu. Ostatni raz na żywca też widziałem ich już spory kawał czasu. Ale jak tylko weszli na deski Kwadratu, od razu było widać, że wiele po nich nie zostanie. No i moje przewidywania się sprawdziły. Morderczy koncert, podczas którego poczęstowali nas obowiązkowym zestawem bluźnierstw jak „Dechrystianize By Parabellum”, „Crushing Impure Idolatry” czy tytułowym kawałkiem z debiutu. O ile wcześniej ich koncerty były synonimem agresji, o tyle obecnie dochodzi do tego pełen profesjonalizm… nie licząc dopominania się o przyniesienia piwa na scenę czy głupiej wzmianki Stormblasta na zakończenie koncertu o waleniu swoich dziewczyn w dupę – uuu, zawiało kontrowersją, a tak naprawdę, to bardziej pasowało mi do przeciętnego składu hip hopowego, a nie black metalowego gigu – jakby o Maryji powiedział, byłoby zapewne bardziej na miejscu, hehe. Infermal War jednak dupy nie dało i pokazało, kto zajmuje miejsce w black metalowej ekstralidze. Z ciekawostek, zagrali nowy numer z nadchodzącej płytki dzielonej z ich poprzednikami na tejże scenie – Kriegsmaschine. Muszę powiedzieć, że jestem zaskoczony, bo Infernal War nigdy jeszcze nie grali tak wolno – numer kojarzył się więc ze spuścizną religijnego black metalu. Szczerze mówiąc, jakoś najbardziej pasuje mi ich obecny styl, jednak z wyrokowaniem poczekam, aż rzeczony split zagości w moim odtwarzaczu. Infernale zagrali okolo 45 minut po czym zeszli ze sceny, a następnie powrócili na nią, wywołani skandowaniem maniaków. Całość została zwieńczona „Death’s Evangelist” – pozostali jeszcze przy życiu zostali dobici, a ich czaszki zmiażdżone. Ofiara spełniona.

Po zakończonej imprezie na deski wszedł pan Killer, by podziękować maniakom za przybycie na tą ostatnią z edycji Legions Of Death Attack. No cóż, szkoda, bo impreza była to przednia i mam nadzieję, że rychło zastąpi ją coś podobnego w swej formie.

Podsumowując Czarną Sobotę wypada też wspomnieć i impotencji umysłowej niektórych ochroniarzy, którym przeszkadza obrażanie Jezuska przez fanów – kurwa doprawdy nie spodziweałbym się takiego zachowania maniaków na koncercie black metalowym. Mam nadzieję, że proboszcz owego ochroniarza o aparycji betoniarki (inteligencją niestety jej nie dorównuje) da mu rychłe rozgrzeszenie, że uczestniczył w tych bezeceństwach. Paranoja. Osobne fucki należą się zapijaczonym idiotom (to że mam koszulkę zespołu, którego ty masz całą dyskografię w mp3 nie znaczy, że będę Ci przyjacielem, palancie!). I chyba tyle. Mimo tych kilku subiektywnych zgrzytów, Czarna Sobota wychłostała nam dupy porządnie. Szkoda jedynie koncertu KSM. No ale nic to. Szatan i tak był.

Zdjęcia są autorstwa Czarnej 666. Pan Jezusek jej wynagrodzi! A reszta jej talentu – tutaj.

Autor

10860 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

10 komentarzy

  • Hehe, módl się, bozia podobno daje 😀

    A skoro nie byłeś na Furii, to mogę Ci uzupełnić relację o własne wrażenia. Dla mnie na tym koncercie były dwa rozczarowania – większe i mniejsze. Większe to KSM, a mniejsze to Furia właśnie. Nawet nie dlatego, że mi się nie podobało, tylko ekipa LTWB majowym koncertem w Rzeszowie zawiesiła sobie poprzeczkę tak wysoko, że w Krakowie po prostu nie dali rady jej przeskoczyć. Chociaż Nihil sobie skakał przez cały koncert tu i tam hehe, nawet w pewnym momencie miałam stracha, że mi na łeb spadnie, bo się zachybotał dość niebezpiecznie na skraju sceny. No i set trochę inny też mieli, może dodatkowo kwestia wielkości sali – już nie było takiego klimatu, jak w tej dziupli w Zmierzchu.

    A zdjęcia będą niedługo – już widać światełko w ciemnej dotąd dupie hehe.

  • Taaa..Koncertu z Rzeszka długo nie pobiją!
    Po nich już nikt nie powinien grać.W Rzeszku poległ Besatt,a tu Inferno.

  • Całość została zwieńczona ?Death?s Evangelist? ? pozostali jeszcze przy życiu zostali dobici, a ich czaszki zmiażdżone. Ofiara spełniona.
    A mi się kurwa wydaje, że coś innego grali na końcu

  • Hmm… No cholera, wydaje mi się, że to był „Death’s Evangelist”, ale jak życie mnie uczy robię gafy, więc równie dobrze mogło być to coś innego, hehe. Jak ktoś ma lepsze informacje, niech śmiało poprawia.

  • Haha, i wymodliłem te zdjęcia. No i wiedziałem, że mam rację z tym „Death’s Evangelist”, hehe. Co Wyrocznia to Wyrocznia, hehe.

  • Najlepsze Medico i KSM. Nigdy nie zrozumiem nazewnictwa typu ‚religijny black metal’ bo wystarczy że goście grają wolno a nie szybko znaczy to że religijny, bo grają jak jakaś kapela która używa cytatów z biblii więc można przyrównać. Co do drugiego bandu to zła i chora energia była pomimo braku oprawy wizualnej. Furia nie złoiła dupska black metalem…od dawna tego nie robi…odstawili jedynie pijacką szopkę czego nienawidzę.Najebać sie można po koncercie a nie w czasie bo treść wygłaszana przez pijanego nie jest nigdy prawdziwa – Bania a nie Furia.Bestial raids nie rozjebał był po prostu dobry. Genius ultor i Deadly frost przykuli uwage maniaków…możliwe, ja nie jestem maniakiem.

  • wielcy znawcy black metalu dla których zaczyna się on i kończy na blastach przy numerze „Idziemy przez las” w wykonaniu Deadly Frost się załamali, jacy ci fani dzisiaj się głupi…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *