Legions Of Death Attack Tour 2010; Kraków, Lost Highway; 7.11.2008

Legions Of Death Attack Tour wpisała się chyba już na stałe w koncertowy rozkład jazdy. Tym razem trasa nie uwzględniła jednak miasta mojego aktualnego pobytu, jednak w ostatnim momencie stwierdziłem, że nie pasuje odpuścić takiego składu i wybrałem się w te pędy do Krakowa. Na miejscu zwerbowałem jeszcze pana Redaktora Naczelnego i dziarskim krokiem, jak na dumnych żurnalistów przystało, przekroczyliśmy próg Lost Highway.

Gdy dotarliśmy już na miejsce ze sceny zszedł akurat katowicki Hetzer. Szkoda, że ich nie widziałem, bo debiutancki „The Rise Of Abandon” podobał mi się piekielnie i chętnie zobaczył bym trio na żywca (uwaga, prywata: podobnie chętnie zrobiłbym z nimi wywiad, ale się migają od tego skubańcy jak mogą. Trudno.). Jak to się mówi – taki lajf. Ale koncert Deception już widzieliśmy od początku do końca. No i znów jestem zmuszony opisywać ich koncert, a że nie pamiętam tekstów swoich poprzednich relacji, więc możliwe, że się powtórzę. Wszystko odegrane zostało nad wyraz sprawnie, z morderczą perfekcją, niemniej jednak jak dla niżej podpisanego, gig Mielczan zawsze cechują się pewną statycznością, zwłaszcza, jeśli widzi się ich już któryś raz w niedługim odcinku czasu. Nie pragnę przez to powiedzieć, iż Deception wypadło źle, bo wcale tak nie wypadło. Jednak chyba zawsze wolę ich z płyt.

Po Deception scenę Lost Highway objął Stillborn. Wtrącę jeszcze słów kilka o samym klubie, w którym byłem owego piątkowego wieczoru po raz pierwszy. Mały obiekt w sam raz na takie spędy, jednak gdyby przyszło jeszcze z pięćdziesiąt osób więcej, obawiałbym się, że podusilibyśmy się jak marynarze z Kurska. Sama scena, że sparafrazuję przebój ostatniego zespołu, który miał zagrać w ten dzień – ciasna jak pizda Maryi. Jeśli zespół grał jako trio to jeszcze miał komfort, gorzej gdy byłoby ich czterech czy pięciu. Ale wracając do tematu. Stillborn jak to Stillborn, zgotował fanom (choć raczej słowo „maniakom” będzie bardziej na miejscu) ponad pół godziny old school’owego metalu z rogami, kopytami, ogonem i zapachem siarki. Kiler tym razem ograniczył z lekka konferansjerkę, nie usłyszeliśmy więc zachęty do palenia katolickiego miasta Krakowa, hehe. No chyba, że czynił to podprogowo za pomocą takich utworów jak „Death’s Coronation”, „Natural Born Destrtoyers” ale i kilku coverów z ostatniej płyty kapeli, dzięki czemu mogliśmy usłyszeć przeróbki Running Wild, Sarcofago i głowy nie dam, czy jeno mi się zdawało, czy usłyszałem Onslaught. Trochę może usprawiedliwiam swoją młodzieńczą niewiedzę, ale brzmienie w Lost Highway nie należy do tych najlepszych. Tak czy siak, Stillborn kiepsko nie wypada, podobnie było w Krakowie, ale jakoś bardziej podobało mi się ich show na niedawnym Grimharvest Festival, szczerze mówiąc, trudno mi powiedzieć dlaczego.

Stillborn zakończył koncert i odstąpił sceniczne deski częstochowianom z Infernal War. W międzyczasie przekonałem się, iż niektórzy metalowcy, zwłaszcza ci starsi stażem nie mają za grosz poczucia humoru, bo gdy jeden uczestnik koncertu spytał mnie skąd mam koszulkę Imperator, a następnie w odpowiedzi usłyszał, że wygrałem w smsowym koncercie na kanale Viva Polska z niesmakiem pokręcił głową, hehe. Cóż, czy metal musi być zły i brzydki? Pewnie niektórych rzeczy nie rozumiem… O czym to ja? A tak, Infernal War – kapela która nie wypada słabo (trudno żeby ktoś o posturze szafy trzydrzwiowej wypadał jak popierdułka, hehe), więc nie ważne jak bardzo narzekałby Naczelny na ich gig, ale ja poszedłem sobie w tany. I to właśnie na gigu twórców „Redesekration” była największa publika pod tym, co zazwyczaj nazywa się sceną, a w Lost Highway było li tylko nieznacznym podwyższeniem. Zwłaszcza, że kilku osobników wyglądało jak rozjuszeni wikingowie z berserkiem w oczach, hehe. Chyba każdy kto choć raz widział Infernal War w akcji wie, jakie przymiotniki można wstawić do opisu ich scenicznych występów. Koncert był bardzo zwięzły i dosadny, bez zbędnych przestojów – same najlepsze kawałki z dwóch dużych płyt i splitu z Warhead. A do tego bodaj trzy całkiem nowe kawałki z nadchodzącej już dumnym marszowym krokiem epki „Conflagrator”. I powiem Wam, że zacieram łapy z niecierpliwością, bo po tym co usłyszałem na krakowskim gigu stwierdzam, iż Infernal War znów rozpierdoli. Tak jak to zrobił na deskach Lost Highway, co mogą potwierdzić chyba wszyscy prócz Ef’a hehe. No a przynajmniej muzycznie, bo sama kapela nie należała do najżywszych, ale usprawiedliwieniem moim zdaniem jest naprawdę mała powierzchnia sceny. Choć jak dla mnie – najlepszy koncert tego listopadowego wieczora.

Po tymże koncercie przyszła pora na zamykający całość set przystojniaków z Anima Damnata, na których to specjalnie ostrzyłem sobie kły, gdyż nie miałem jeszcze przyjemności zobaczyć w akcji tych trzech nieświętych młodzieńców. I co by tu powiedzieć? Weszli na scenę, w bojowym rynsztunku, gołymi klatami, maskami w stylu S/M i bez zbędnego „Dobry wieczór” przyjebali… dość, zamiast przyjebać bardzo. Kurwa, powiem, że szczerze trochę więcej się spodziewałem po tym gigu. Jasne, zagrali w porządku, ale jakoś tak bez życia, pod sceną bawiło się może z 6-7 osób, łącznie ze mną. Jak to określił pan Hellstorm „Oni mają podejście FUKK OFF względem maniaków, to i Ci nie byli im dłużni”. Coś w tym jest. Oczywiście kawałki jak „Celebracja Ascezy” wypadły bluźnierczo i totalnie, ale powiem szczerze, że słuchanie ich z płyt sprawia mi więcej przyjemności. Ich miks death/grand/blakk i chuj wi czego jeszcze na żywo wypadłby może i lepiej, gdyby nie średnie brzmienie, z którym i inne zespoły musiały się borykać. Ale jakoś mam taki niedosyt. Ale chętnie zobaczył bym Anima Damnata jeszcze raz, w jakimś trochę lepiej nagłośnionym klubie. I pewnie w mniemaniu co poniektórych jest to tylko utyskiwanie zasranego pseudoredaktora łepzinu, ale co tam, swoje zdanie wyraziłem i nie wszyscy muszą się z nim zgadzać. Po ponad półgodzinnym secie zespół zszedł ze sceny i tym samy Legions Of Death Attack Tour 2008 na swoim krakowskim przystanku dobiegło końca.

Jak było? Było okej, ale ale ubiegłoroczna edycja podobała mi się bardziej. Może to kwestia większej ilości promili tamtym razem, kto wie, hehe. Na plusy mogę zaliczyć na pewno duże stoisko z merch’em, spotkanie kilku miłych osób, których nie widziałem już jakiś czas (Mystiis, Renata – piekielnie pozdrawiam! 666!). Bardzo dobre występy Infernal War i Stillborn, reszta też ok., ale spodziewałem się trochę więcej. Niemniej jednak mam nadzieję, że za rok również dane mi będzie zobaczyć kolejną odsłonę trasy.

Autor

9778 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *