Legions Of Death Attack Tour 2007; Rzeszów, Klub Rejs; 7.11.2007

Lubię takie trasy. Undergroundowe, pełne diabła, wódki, bluźnierstwa, wódki, agresji, no i wódki. Raczej nie ma wtedy przypadkowych gapiów, którzy zaplątali się na gig, bo słyszeli, że jakieś metalowe kapele som we mieście, a potem mówią, że „eee, chujowo było, bez klawiszy to mroku ni mo”. A tak to na Legions Of Death Attack Tour 2007 śmietanka polskiego podziemia – Azarath, Stillborn, Deception i na rzeszowskim odcinku trasy Mord’A’Stigmata – pokazali maniakom, kto rządzi w tym kraju. Mniam.

Oki, to od początku. Urodziłem się w Krakowie… no dobra, to pomińmy i przejdźmy od razu do spraw związanych z tym, co miało miejsce listopadowego wieczoru w rzeszowskim Rejsie. Mała rozgrzewka w lokalnym odpowiedniku Helvete (Hail Tomku!), aby nie zmarznąć po drodze. W międzyczasie ktoś puścił plotę, że otwierający całość Mord’A’Stigmata nie dojechał. Na szczęście okazało się, że to tylko obraźliwa potwarz złych języków, bo gdy tylko dotarliśmy na miejsce, to na własne oczy zobaczyłem chłopaków w pełnej krasie. Z półgodzinną obsuwą Mord’A’Stigmata zaczęło show. I po pierwsze – środek tygodnia, a konkretnie środa, nie sprzyjał wysokiej frekwencji – ale źle też nie było, bo jak mówię – stawili się maniacy. Ale wracając do openera – głosy co do ich koncertu były różne osobiście jednak nie spotkałem się z twierdzeniem, że zagrali chujowo. Bo wcale tak nie zagrali, więc po co miałbym się mijać z prawdą. Mi gig ekipy z Bochni się podobał, bo i ich muzykę darzę sympatią. Duża rozpiętość stylistyczna, od postblackowej jazdy a’la Mayhem, po florydyjskiego deciora w stylu Morbid Angel, powodowała że byli najbardziej różnorodną stylistycznie kapelą. Team Statica skupił się głównie na kawałkach z nadchodzącej płyty „Uberrealistic”. Mi to wystarczyło, by pomoshować pod sceną przez niespełna pół godziny. Wiem, że Static obawiał się trochę, jak wypadną, bo niedawno posypał się im skład, ale mimo to koncert wypadł nieźle, mimo złożoności kawałków, które niewątpliwie nie są najłatwiejsze do odegrania live. Ja byłem kontent, nie sam jeden z resztą.

Drugą kapelą, która postanowiła zniszczyć gawiedź w Rejsie, było Deception. Przepraszam, ale niestety ich koncert widziałem piąte przez dziewiąte, bo spotkania towarzyskie, jakie odbywały się w czasie ich występu zbytnio zaabsorbowały mą uwagę. Nie był to jednak pierwszy raz, kiedy dane mi było oglądać to brutal death metalowe komando w akcji i jeśli 7 listopada nic się nie zmieniło, to na pewno zagrali sztukę na wysokim poziomie, a każdy zwolennik rzezi spod znaku Hate Eternal, Krisiun i tym podobnych tuzów mógł mieć banana na gębie.

Trzecim w kolejce do gwałcenia narządów słuchu rejsowiaków byli ziomkowie Deception. Obeznani w temacie od razu w tym miejscu wyczaili, że chodzi mnie tu o mielecki Stillborn, który ostatnio również częściej zwykł do Rzeszówka wpadać. Widziałem ich dwukrotnie i co tu dużo mówić – zagrali zajebisty koncert, choć podobno po całej imprezie Kiler narzekał na ten gig. Jeśli tak, to świadczy to jedynie o nim, że jest mianowicie perfekcjonistą jakimś. A przecież w przypadku death metalu w jego oldskulowym, obskurnym stylu, większość maniaków nie przykłada przesadnie dużej wagi do tego, by każda nutka brzmiała toczka w toczkę, z tym co na płycie. Byle ogólna całość gruchotała kości. A tym razem tak było właśnie. Kiler z resztą trupy uderzył na to „okurwiałe, katolickie miasto”, jak raczył był je określić, materiałem z pierwszego albumu oraz ze świeżutkiego jeszcze, niczym tyle co rozmajony spirytus, drugiego opusu – „Manifesto de Blasfemia”. I rzeczywiście – słowo ciałem się stało – Rzeszów dostał po mordzie toną bluźnierstw, poczynając od wizerunku a na muzyce (meritum czyli) skończywszy. Osadzony głęboko w latach dziewięćdziesiątych death metal rozruszał publikę, która bawiła się z Szatanem w sercu i szaleństwem w oczach. A publika była już dość spora i ja również tam byłem i kolano sobie rozdupczyłem, hehe. Nie bez kozery wokalista ma wydziergane na plecach „black death metal” (czy na odwrót). Oddanie sprawie w 666 procentach, tak na scenie jak i poza nią, więc duże brawa!

W międzyczasie, zanim swoje zabawki rozłożyła tczewski zespół pieśni i kopańca, wesoła ekipa chaosvault’a udała się na zasłużone piwo, bo było nie było, ale ktoś w końcu wiódł prym pod sceną, hehe. Gdy wróciliśmy na salę koncertową, Azarath rozpoczynał swoje show no mercy. I powiem, że różne kapele widziałem w życiu, ale taki akt terroru to zaprawdę rzadko jest spotykany. Niby czterech chłopa, ale Ali Babie starczyło by za jego czterdziestu marnych rozbójników. Ultra brutalny, szery do bólu uszu metal śmierci katował uczestników Legions Of Death Attack Tour i widać było, że sprawiało im to sadomasochistyczną przyjemność. Na organy słuchu poleciała przekrojówka z całej nieświętej trójcy, to jest „Demon Seed”, „Infernal Blasting” i „Diabolic Impious Evil”, ogólnie jakieś 15 kawałków, ale tytułów wam nie podam, bo po pierwsze – byłem w młynie przez większość czasu, no a po drugie – promili mi raczej nie ubywało w trakcie koncertu (tu piwko, tam piwko). No ale jakbyście ruszyli dupy na koncert, to wiedzielibyście co tam łupali i nie musielibyście czytać mojej pisaniny. Wraz z chłopakami na trasę pojechał Adam Sierżęga z Lost Soul, by okładać perkusję. No ale było to godne zastępstwo dla Zbyla. Azarath zagrał udany koncert, podczas którego latały butelki po piwie, latali ludzie, profanowano stułę, złorzeczono Nazarejczykowi, a wszystko to odbywało się przy aplauzie publiki zgromadzonej w Rejsie. Po skończonym koncercie ludzie jeszcze długo skandowali nazwę kapeli, próbując wymusić bisy, a w przypływie dobrej woli kolega Choronzon wdrapał się na scenę i powiedział do wyłączonego już mikrofonu „Azarath zaraz wyjdzie na scenę i zagra Destroy kurwa Yourself”, hehe. No ale niestety już nie wyszli, a my dopełniliśmy samozniszczenia przy barze.

Okej, czas na podsumowanie i zliczenie szkód. Wszystkie cztery kapele pokazały tego wieczoru klasę. Tak skomasowanej dawki bluzgów i chwalenia Rogatego Rzeszów jeszcze pewnie długo nie uświadczy. Ja ze swej strony przepraszam za brak zdjęć i oszczędność faktów. Pozwolę też sobie zacytować znajomego: „Najpierw narzekają, że im kurwa odwołują Dismember czy Immolation, ale jak już mają, kurwa, koncert takiego Azarath to z chałupy nie wyjdą. To o co im kurwa chodzi?!” Właśnie, o co?

Autor

9896 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *