O trasie Christ Agony trąbiono już od pewnego czasu. Uwagę mą przykuło, iż na początku za suport robił Stillborn. Niestety nie dane mi było poznać jak się kurwa gra death metal, bo Wrocław przypadał na drugą część trasy, ale za to przypomniano mi, kto pozamiatał sceną w zeszłym roku, bo Agonia Chrystusa odbywała się w wyjątkowo doborowym towarzystwie. I było to dobre.

Na moje szczęście koncert we Wrocławiu przypadał w piątek, więc nie musiałem się martwić braniem kacowego na dzień następny. Zabrawszy się z bdb kolegą do Firleja, gdzie miały się tego wieczoru dokonywać bluźnierstwa dotarliśmy niemal punktualnie na otwarcie bram. Warto tu od razu pochwalić organizatorów za wybór Firleja na miejsce gigu, bo klub jest spory, ma również strefę chilloutu, a przede wszystkim nagłośnienie jest tam bardzo dobre. Po obraniu biletu z rąk samego Mintaja (wyjściówka w cenie na szczęście) można było pokrzepić się piwem korzystając z faktu, że narodu jeszcze było mało. Na szybko obczaiłem też merch, klnąc wulgarnie na zbyt małą ilość gotówki przy sobie, bo koszulki Christ Agony miały wyborne wzornictwo. Były również i płyty ale nic, co zmusiłoby mnie do wydatku. Pocieszającym był fakt, że na merchu znalazłem zinacza Open Casket, którym to nie pogardziłem, bo to zacna lektura.

Klub zaczął się jednak szybko zapełniać i trzeba było udać się pod scenę, by zaklepać dobre miejsce. Bo jako otwieracz zagrali oni, Piewcy Wpierdolu z Heroldem Wkurwienia na czele: Ragehammer. I zaczęło się! Potężne jebnięcie black thrashu z charyzmatycznym Tymkiem masakrującym otoczenie wokalem było niczym cios glanem prosto w twarz, by następnie nadal smagać bezlitośnie razami bezbronnego słuchacza, aż ten będzie leżał półżywy na ziemi w kałuży krwi i wciąż błagał o jeszcze. Tu nie było zmiłowania, dobroci, czy przyjaznego pierdolenia. Podobnie jak na gigu z Toxic Holocaust, tak i tu kapela zaprezentowała niesamowicie wysoki poziom udowadniając, że wszelkie zeszłoroczne peany i zaszczyty były w pełni zasłużone. Ba, mimo iż to był początek gigu, gdzie z reguły publika jest nieśmiała, parę osób rozkręciło niewielkiego młyna. Zacnie, bo znów byłby wstyd, że Wrocław ma kija w dupie. Zaś, co do repertuaru to poleciały takie sztosy jak „Hate Command”, ‘Gospel of the scum”, „Firstwave blackmetal” czy odśpiewane wraz z publiką „Wróg”. Nie obyło się bez covera na końcu, gdzie poleciało „Spotkanie z Diabłem”. Osobiście jednak milej wspominam jak na poprzednim gigu we Wrocku zaskoczyli wszystkich i zagrali cover Gehennah, ale nie ma co narzekać. Wpierdol był nieludzki i bardzo dobrze.

Spotkanie z Diabł… znaczy z Ragehammer minęło błyskawicznie, więc zmęczony harcami liczyłem na chwilę wytchnienia przy piwie. Kurewsko się przeliczyłem, bo kolejka była długa jak wąż boa. Pozostało więc tylko zebrać się w sobie i poczekana następną kapelę, którą był Thy Worshiper.

Niestety słuchając występu na żywo utwierdziłem się w przekonaniu, że ich granie to nie moja bajka. Sala była niemal pełna, zaś publika reagowała entuzjastycznie, ale mnie to nie porywa jakoś… może jeśli odjąć te blackowe pocharkiwania na rzecz czystych, kobiecych wokali byłoby lepiej, a tak to postałem chwilę, wyłapałem uchem „Marzannę” i niezgorsze „Dziady”, po czym zdecydowałem, że jednak poczekam na to piwo. Warto tu zaznaczyć, że fragmenty, gdzie śpiewała obecna wokalistka, Monika miały w sobie najwięcej uroku.

Czas oczekiwania jednak na chmielowy nektar nie był czasem straconym, bo spędziłem go w wyjątkowo dobrym towarzystwie wymieniając opinie, poglądy i polecając złośliwie nieświadomym ludziom rapującego Toma G. Warrriora (kto ma skłonności masochistyczne niechże obada lub odświeży sobie album Celtic Frost „Prototype”, hehe), ale trzeba było spieszyć na salę, bo oto na scenę wkraczała gwiazda wielkiego formatu, Christ Agony.

I zaczęło się! A to, co się w tym Firleju odjaniepawliło przekraczało wszelkie bariery. Cezar i spółka przyjebali z mocą od początku uderzając w publikę niczym atomówka w Hiroszimę. Sam Cezar, co i rusz zachęcał słuchających do okazywania entuzjazmu, czego dwa razy powtarzać nie było, bo pokaźna grupa wojowników chętnie zadawała sobie ciężkie obrażenia i naruszenia ciała. Pochwalić należy również za dobór repertuaru, który nie skupiał się li i tylko na najnowszym krążku, a był przelotówką po dyskografii kapeli. Publika wypełniająca salę po brzegi mogła więc zostać zbrukana takimi bluźnierstwami jaki „Coronation”, „Paganhorns”, „Mephistospell”, „Devilish Sad”, „Condemnation”, „Moonlight”. Działo się niesamowicie, głowa sama chodziła i krzyczało się o więcej. Przyznaję, wszelkie pochwały i kult otaczający Christ Agony są w pełni zasłużone, bo kapela zaprezentowała niesamowicie wysoki poziom. Niestety wszystko, co dobre, musi się skończyć. Gdy ucichły na dobre dźwięki pozostało tylko odebrać kurtkę i opuścić zgliszcza jakie pozostały po Wrocławiu.

Jeśli macie okazję, obligatoryjnie wbijajcie na tę trasę. Wpierdol jest wprost bestialski, kasa za wjazd śmieszna, a lepszego otwarcia roku koncertowego chyba nie było. Polecam.