Ile to już razy na łamach Chaosa pojawiała się relacja z koncertu Christ Agony? Nikt chyba nie jest w stanie tego zliczyć. Z tej trasy to już druga hehe. Świadczy to dobitnie o tym, że goście koncertują dużo, często odwiedzają Rzeszów i cała redakcja ich uwielbia. Ja chciałem zmyć z siebie grzech nieobecności, bo na ich zeszłorocznym gigu ze Stillborn niedane mi się było pojawić.

Tym razem bifor był gość gruby, bo ostatnio zdarzyło mi się znowu postarzeć o rok w związku z czym, staropolskim zwyczajem, należało postawić przysłowiową flaszkę. Napój wyskokowy wprowadził nas w doskonały nastrój i jakoś koło 19:00 ruszyliśmy do klubu. Gdy gig organizuje znany wszystkim osobnik, to nie ma co liczyć na spóźnienia. Wszystko chodzi jak w zegarku, co do minuty. Wbijamy do klubu, zbijamy parę piąteczek i żółwików i ruszam do baru. Ze złocistym trunkiem uderzamy całą redakcją na palarnię i zaczynamy rozważania na tematy mocno egzystencjalne. Z rozmowy o tym, czy „Coven” jest chujowe czy zajebiste wyrywają nas pierwsze dźwięki Tymkowego komanda.

To nie było moje pierwsze spotkanie „na żywo” z Ragehammer, niemniej jednak miałem ciśnienie żeby ich zobaczyć. Ludzi jeszcze w klubie nie było wiele, jednak pod sceną zrobiło się tłoczno. Pan Tymek to nie byle jaki wodzirej i potrafi zgromadzonych rozbujać i zachęcić do wesołych pląsów. I ja zostałem porwany do zabawy, wychyliłem szybko to, co w kuflu zostało i poszedłem sobie potańcować. Set bardzo fajny: przeplatane numery z dema i debiutu. Nie będę zbyt oryginalny, ale muszę to napisać: „Wróg” to był numer tego występu. Każdy, kto znajdował się pod sceną, dorabiał chórki Tymkowi. Istotnie numer ten rozpierdala. Na pewno jest to najlepszy kawałek z debiutu. Generalnie jest to najlepszy kawałek Ragehammer. Boje się trochę wychodzić z takimi rewelacjami, ale wydaje mi się, że jest to najlepszy kawałek w języku polskim, jakim od kilkunastu lat ziemie Jana Pawła skalała polska scena metalowa. Przebój jakich mało. Gdy został zapowiedzmy ostatni numer (cover wiadomo czyj i nie była to Gehennah) postanowiłem ulżyć sobie w toalecie, bo mój pęcherz doszedł do skraju swojej wytrzymałości. Zajebisty był ten występ. Debiut Ragehammer to zaiste świetna płyta. Tymek to kapitalny frontman. Dzikie ADHD połączone z miłością do muzyki daje naprawdę piorunujące efekty. Konferansjerka też na poziomie BDB +, choć jak ktoś jest bardziej wrażliwy, to się mógł obrazić hehe.

Sprawdziłem czy rowery stoją, sprawdziłem czy piwo nadal zimne i ulokowałem się w palarni. Ludzi nabiło do knajpy naprawdę sporo. Nie wiem ile dokładnie, ale na bank było dużo więcej niż 100 osób. Pojawiły się kolejki do kibla, po browar, a w palarni zrobiło się mgliście. To dobrze świadczy o frekwencji. Thy Worshiper bardzo szybko zainstalował się na deskach Vinyla i punktualnie zaczął swoje widowisko. Polazłem pod scenę, bo byłem bardzo ciekawy tego występu. Ostatnio widziałem ich na „Dziczy” i mimo chujowego nagłośnienia występ mi się podobał. W porównaniu to tamtego koncertu dało się zauważyć zmniejszenie ilości gratów na scenie. Tym razem uważam to za minus, bo na „Dziczy” efekt wizualny robił wrażenie. Tym razem największe wrażenie zrobiła fryzura nowej Pani Wokalistki i to w zasadzie tyle. Kurde biedny był ten występ. Jakoś to nie brzmiało, nie grało… Nagłośnienie było ok, ale się wynudziłem. Postałem dwa pierwsze numery i dałem sobie spokój. Poszedłem po piwo, na palarnie, znowu po piwo i pod sam koniec wróciłem pod scenę. Akurat grali „Gorzkie żale”. Numer ten uważam za najlepszy na ostatniej płycie, a tu nic mnie nie ruszyło. Postaliśmy chwile z Redaktorem Oracle, wymieniliśmy lekko zawiedzione spojrzenia i poszliśmy spożywać alkohol w bardziej kameralnym miejscu. Ten koncert udowodnił mi, że Thy Worshiper to jest zespół jednej płyty. Tylko „Popioły”, a potem to już różnie. „Klechdy” są dla mnie za długie i zwyczajnie nudzą. „Czarna Dzika Czerwień” okropnie się zestarzała. Na początku było wielkie „Wow!”, a teraz jak włączam tę płytę to tylko jako tło pod książkę. Redaktor Oracle, który jest ich większym fanem niż ja, skwitował ten gig następującymi słowy: „Kurwa, oni to chyba nie powinni grać koncertów”. Też mam takie wrażenie.

Przed koncertem Christ Agony należało ponownie uzupełnić płyny i punktualnie o 21:37 melduje się pod sceną. Na sam początek napisze, że „Legacy” nie słyszałem ani minuty. Zamówiłem sobie płytę dwa tygodnie przed koncertem, ale nie przyszła… Życie kurewskie. Ale na szczęście Christ Agony to zespół, który ma 147 przebojów, więc na brak oberków do tańca nikt nie może narzekać. Leci takie „Condemnation” czy „Moonlight” i ja już jestem szczęśliwy. Koncert ten jednak oglądałem trochę „na raty”, bo już włączyło mi się chodzone. Było to najprawdopodobniej spowodowane solidną dawką alkoholu przyjętą tego wieczora. Czy jak kiedykolwiek obejrzę występ Christ Agony na trzeźwo? Dobrze by było. Mój stan nie zmienił jednak faktu, że ekipa Cezara wypadła znakomicie. Zawsze po ich koncercie zachodzę w głowę jak to jest, że tak świetny zespół jest tak mało znany za granicą? Christ Agony to koncertowa maszyna uzbrojona w fantastyczne numery, które powinny być prezentowane na największych festiwalach… Nie pojmuje tego.

Występ trwał godzinę z kawałkiem. Zaraz po koncercie musiałem się zmywać, więc w afterku nie uczestniczyłem. Wieczór zaliczam do bardzo udanych zarówno muzycznie, jak i towarzysko. Niesmak połączony ze zdziwieniem pozostaje jednak po występie Thy Worshiper… Nie tak to sobie wyobrażałem…