Laboga Metal Show; Kraków, Klub Loch Ness; 20.04.2007

Bardzo się ucieszyłem, gdy dowiedziałem się, że będę mógł w ramach redaktorskich obowiązków wpaść na Laboga Metal Show, zwłaszcza, że oprócz gwiazdy całego spektaklu, czyli holenderskiego Sinister, pojawią się też polscy killersi, jak dla mnie wcale mniejszego formatu. No i sam Kraków nastawia bardzo pozytywnie, mimo, że owego dnia i jeszcze w dwa następne, spoczywał na mnie obowiązek edukacji w grodzie Kraka. Ale koncert jest koncert i trzeba się stawić nań obowiązkowo, a nie marudzić, że na następny dzień trzeba wstać na ósmą rano na zajęcia.

Samego klubu z redaktorem Choronzonem szukaliśmy dość długo, pomimo, że orientacyjnie kojarzyliśmy, gdzie Loch Ness ma się znajdować. Ale z pomocą znajomych z Rzeszowa w końcu trafiliśmy w miejsce przeznaczenia. Lokal nie powalał wielkością, czy akustyką, ale gorsze miejsca też się widziało. Nie ma więc na co narzekać. Jako, że byliśmy sporo przed czasem, należało jakoś zabić nudę, a właściwie to ją utopić, hehe. Zwłaszcza, że kilku kompanów się pojawiło, a i całkiem skorzy byli do chrześcijańskiego dzielenia się tym, co kto miał akurat w wędrownych menażkach (a my znów nie byliśmy asertywni, hehehe – cheers!).

Rozgrzawszy się trochę zauważyliśmy, że tłumek w klubie zrobił się już dość spory a czas rozpoczęcia zabawy nieuchronnie się zbliżał. Z minimalnym poślizgiem na scenę jako pierwsi wyszli tarnowscy rzeźnicy z Heatenic Noiz Architect. Zespół młody, acz zacny i trudny do zaszufladkowania. Zbyt dużo u niego elementów death, by nazwać ich hardcoreowcami i zarazem zbyt dużo tu core’a by nazwać ich bandem stricte death metalowym. Niemniej jednak ich muza jest brutalna, intensywna i w koncertowym wykonaniu wypada całkiem miło. Od razu przyznam się, że nie widziałem całości ich występu, ale z tego co wyłapałem to zagrali bardzo fajnie i energicznie. Mam co prawda ich demówkę, a także tę nagraną jeszcze jako Ravished Flesh, ale nie przytoczę Wam tu żadnych konkretnych tytułów. Musicie mi po prostu uwierzyć na słowo, że HNA sroce spod ogona nie wypadli i z odrobiną szczęścia namieszają jeszcze na naszym podwórku. A jeśli mi nie wierzycie, to zapytajcie Choronzona, on Wam potwierdzi.

Po reprezentantach Tarnowa kolej przyszła na następny zespół – No Heaven Awaits Us. Jako, że pierwszy raz słyszałem tych kolesi, to nie będę się rozwodził zbyt długo. Grają hard core, ale nie ten z MTv, raczej coś w stylu Madball, Sick Of It All, z domieszką modnego ostatnio metal core’a. Na scenie podczas ich występu był cały czas ruch, jak na h/c przystało, skakanie, wykrzykiwanie tekstów i ogólna dobra zabawa, mimo, że publika dopiero się rozkręcała, podobnie jak przy Heatenic Noiz Architect. Z tego co wiem, No Heaven Awaits Us jest bardzo aktywne koncertowo i to obycie z deskami scenicznymi było widać. Nie jestem na co dzień nadzwyczajnym maniakiem takich dźwięków, ale podobało mi się, bo ekipa potrafiła pokazać, że grają tak jak grają, ponieważ to lubią, a nie dlatego, że może zrobią karierę i będą spać na dolarach. Czego im jednak oczywiście życzę.

Trzecim bandem, jaki miałem przyjemność oglądać tego wieczoru było pochodzące z Suchej Beskidzkiej grindowe tsunami – Deformed. Widziałem już tych patologów raz na żywo i zdeptali mnie wtedy niczym żul kaloszem plastikowy kubek. I od razu zaznaczę – tym razem było tak samo. Żywiołowy wokalista Tomek i jego dwóch kamratów, dzierżących wiosła, robią taki huragan na scenie, że jakiś halny przy nich jest niczym powietrze wypuszczone z balonika. Deformed porusza się cały czas w ramach brutalnego grindu i zyskało już wśród maniaków bardzo mocną pozycję. I, by być zgodnym z tytułem jednego z ich utworów, dla zespołu wszystko „is a fun torture”. Tomek wspaniale wykonywał swoje obowiązki śpiewaka i frontmana, skakał po scenie, stroił miny, raz przypominające dziecko z porażeniem mózgowym, a raz z kolei psychopatycznego świra. A i kocioł pod sceną przybrał już słuszne rozmiary. Deformed uraczyło nas kawałkami z całej swojej dyskografii, ale stopień ich brutalizacji w przypadku grania live uniemożliwił mi rozpoznanie konkretnych tytułów. Zresztą grind ma to do siebie, że (przynajmniej dla mnie) trudno jest wyłapać szczegóły w czasie tak skomasowanego ataku na żywca. W każdym razie Sucha Beskidzka (bez cego? hehe) znów pokazała klasę, czym zasłużyła sobie na długie skandowanie nazwy bandu po zakończeniu występu.

Po kapeli z Suchej Beskidzkiej na deski weszła legenda (tak, nie boję się użyć tego słowa) polskiego death – grindu, czyli chełmski Parricide. Jak dla mnie, to właśnie Parricide powinien grać zaraz przed Holendrami z Sinister, a nie Sceptic, przy całym szacunku dla tego drugiego bandu. No ale takie życie, a ja na to nic nie poradzę. W każdym razie, Piotrz drużyną weszli, pierdolnęli i na tym mogłaby się skończyć relacja. Ale zespół z siedemnastoletnim stażem zasługuje na więcej niż te kilka linijek, więc rozwinę temat. Zacznę od tego, że Piotrkowi kilka osób zgromadzonych na tyłach Loch Ness powinno postawić bardzo dużą wódkę, za to, że uraczył ich swoim „cwaniakiem” przywiezionym spod wschodniej granicy (kto był i pił ten wie o co loto), więc ja z tego miejsca składam mu wirtualne senkju. A przechodząc do koncertu, to Parricide już kiedyś widziałem i sytuacja była taka sama jak w przypadku Deformed. Zespół zgniótł zgromadzonych w klubie solidną porcją death/grindu. Kawałki ze wszystkich płyt w genialnym wykonaniu muzyków miały moc nie mniejszą od rzeczonego już „cwaniaka” i kopały ze zbliżoną siłą. Do tego doszło świetne zachowanie na scenie. Wokalista Prosiak ze swym głosem robił cuda, zmieniał barwę od nomen omen prosiakowania, przez głęboki growl, do wrzasków w wysokiej tonacji niczym nie przymierzając jakaś Mariah Carrey (ale to z nią umówiłbym się na łóżkową randkę ofkoz). Przy tym szalał po scenie bez ustanku, jakby wciągnął przed koncertem sporą dawkę amfetaminy czy czegoś podobnie działającego. Do tego konferansjerka prowadzona w luźny sposób i z dystansem jak na prawdziwy emo-lewacki zespół przystało, hehe. Główny dowodzący chłopakami z Parricide, czyli Piotr, mimo, że nie jest już w wieku maturalnym czy poborowym, również nie oszczędzał się w grze – cały czas ruch i machanie łysą glacą. Widać, że chłop zjadł zęby na brutalnym grzańsku i mimo stażu kapeli, której niedługo stuknie pełnoletność, dalej ma zapał do tego co robi. Najlepsze petardy z „Patogen”, „Kingdom of Downfall”, „Illtreat”oraz „Crude” a do tego covery Brujerii („Matando Guerras”) oraz polskiego Dezertera („Spytaj Milicjanta” – g.e.n.i.a.l.n.e.!!!) wycisnęły z maniaków energię niczym sok z cytryny. Dla mnie bezapelacyjnie najlepszy gig tej nocy!

Przedostatni zespół piątkowego wieczoru to powszechnie znany Sceptic. Żeby posłuchać ich z płyty muszę mieć dobry dzień. Co innego koncert, na którym ekipa Jacka rozwija skrzydła. Sceptic to typowa koncertowa machina, a dodatkowo pozytywnie stymulować musiał ich fakt, że grają przed własną, krakowską, publicznością. I to było widać, bowiem na tym secie pod sceną zrobiło się najbardziej tłoczno. Kwartet wszedł na deski Loch Ness i bez zbędnego pitolenia rozpoczął jazdę. Tak się składa, że Sceptic należy do tego grona kapel, które zdecydowanie wolę oglądać na żywo, a to z powodu żywiołowej energii, jaką potrafi z siebie wykrzesać Jacek i jego komando (kurczę, terminologia narzucona nachalnie przez Thrash’em All odnosi skutki, hehe). Z góry wiedziałem, że Krakowianie nie zawodzą i ten występ tylko utwierdził mnie w moim przekonaniu. Hiro, co by o nim nie mówić, jest bardzo uzdolnionym gitarzystą, jednak jak na mój gust zbyt często popada w muzyczną masturbację, zwłaszcza jeśli chodzi o albumy, gdzie jest to szczególnie wyjaskrawione. Podczas koncertu na szczęście jednak wokalistka Weronika skupia na sobie sporą uwagę, co sprawia, że gigi Sceptic nie odbywają się na zasadzie „ a teraz patrzcie jak wspaniale zagram solówkę”. Laska (przepraszam za to seksistowskie sformułowanie) robi naprawdę duże zamieszanie na deskach, a ja osobiście kojarzę ją z czasów, gdy wraz z nieznanym jeszcze wówczas Totem, otwierali koncert zreaktywowanego Kata w Nowym Sączu parę lat temu – już wtedy publika jadła jej z ręki. Tego wieczoru usłyszeliśmy między innymi „Soul Controller”, „Interior of Life” i inne kawałki, skutecznie porywające fanów do zabawy. Zespół zszedł po około czterdziestu minutach ze sceny z wyraźnie zadowolonymi minami.

Po Krakowianach na scenie Loch Ness zainstalowała się holenderska legenda death metalu, w jego klasycznej, jakże przeze mnie wielbionej, postaci. Sinister!!! Czekałem na ich koncert dość długo, bo mimo, że goszczą u nas często, to nie było mi dane zobaczyć ich wcześniej na żywca. Pamiętam jak zasłuchiwałem się w przegranej od kogoś trzeciej ich płycie – „Hate”, potem jakoś zdobyłem inne pełnowymiarowe albumy i tak ta moja platoniczna miłość do Sinister się rozwijała. Nagrywali płyty lepsze i gorsze, ale zawsze prezentowały się bardzo zacnie i nie schodzili poniżej pewnego poziomu, który dla wielu bandów jest nieosiągalny do dziś. Już dobrze po północy na deski klubu wszedł Aad i ekipa Holendrów, my z Chronzonem zajęliśmy wygodne miejsce przy barierce i sukcesywnie zdzieraliśmy gardła, skandując nazwę kapeli. Zaczęli od numeru z ostatniego albumu „Afterburner”, którą to płytę dość mocno promowali, co chwila uderzając z numerami z tego opusu. Zaczęli bodajże od „The Grey Massacre”, ale ja sparafrazowałbym ten tytuł i powiedział, że było to „great massacre”, bo pomimo długiego stażu (w końcu zaczynali gdy ja miałem dwa latka, hehe) Holendrzy dali ognia, którego nie powstydziłby się Smok Wawelski. Koncert zagrany został bardzo sprawnie, ale ja miałem pewien niedosyt. Oprócz Aada, żaden z pozostałych muzyków nie wykazywał większej aktywności i ograniczał się do perfekcyjnego odgrywania kawałków. Mi po prostu brakowało scenicznej dzikości, jaka powinna cechować zespół death metalowy, bo mimo, ze wszystko brzęczało i huczało świetnie, to trochę ruchu na deskach nie zaszkodziłoby – nie od dziś wiadomo przecież, że ruch to zdrowie. Co do repertuaru, jaki zaprezentowali tego wieczoru, sporo było nowości z „Afterburner”, ale i ja, oczekujący przede wszystkim na klasyczne pozycje, nie byłem zawiedziony. Przy kawałkach typu „Epoch Of Denial”, „Sadistic Intent”, „Cross The Styx” łeb skacze jak szalony, gardło samo się zdziera, a palce samoistnie układają się w diabełka. Szkoda, tylko, że nie cała krakowska publika doceniła kunszt Sinister, bo ich występ oglądało mniej osób niż Sceptic (!). Dla mnie niezrozumiałe. Moim subiektywnym zdaniem zabrakło tylko utworów z „Hate”. Z tej płyty zagrali jedynie „To Mega Therion”. Choronzon upierał się co prawda, że słyszał również „Bloodfeast”, ale ja tam tego nie wychwyciłem. Całość świetnie brzmiała, nagłośnienie było potężne, każde uderzenie perkusji było dobrze słyszalne, to samo z duetem Alex – Bas, którzy sprawnie jeździli paluchami po gryfach. Podsumowując, Holendrzy zagrali znakomity koncert, który byłby z pewnością najlepszym tego wieczoru, gdyby nie brak ruchu na deskach. Ten fakt przesądził o tym, że palmę pierwszeństwa w moim małym, osobistym podsumowaniu, przejęli reprezentanci wschodniej ściany IV RP – Parricide. W końcu Piotrek i Aad są w zbliżonym wieku, ale jeśli trzeba by było określić tenże pod względem zachowania scenicznego, można by stwierdzić, że Aad jest papciem Piotrusia, hehe.

Podsumowując cały festiwal zacznę od zgrzytów. W Krakowie niestety frekwencja nie powalała, ale też nie był pięciu osób. Zawsze jednak mogło być więcej. Sinister mógł zagrać bardziej żywiołowo. No i przede wszystkim, anonsowano, iż koncert poprzedzi prezentacja wzmacniaczy Laboga, a jej gwiazdą będzie nie kto inny jak Jeff Waters z Annihilator. Kurczę, nie wiem jak we Wrocławiu, ale w Krakowie nic takiego nie miało miejsca, ani przed, ani po całej sztuce. No ale z drugiej strony nie czarujmy się, miażdżąca większość przybyła do Loch Ness oglądnąć świetne kapele, a nie kawałek plastiku, więc nie słyszałem narzekań z powodu absencji wyżej wymienionego punktu programu. A na zestaw naprawdę nie można było psioczyć. Dodatkowo za fajną i budującą sprawę uważam fakt, iż stosunkowo mało znane kapele jak choćby Heatenic Noiz Architect mogły się zaprezentować przed gwiazdą formatu Sinister. Mi się podobało, Choronzon nie narzekał również, „cwaniak” co poniektórym dał się we znaki, ale w każdym razie będzie co opowiadać wnukom, hehe. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będę miał możliwość uczestnictwa w Laboga Metal Show II, zwłaszcza, że ze sprzętu tej firmy korzystają również takie uznane marki jak Annihilator, Behemoth czy Lost Soul. Będzie się działo.

Autor

9778 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *