Kult Mogił, Planet Hell, Angrrsth; Krosno, Rock Klub Iron; 1.12.2018

Jako że ostatni raz wspólnie z Pathologistem wybraliśmy się na koncert w chuj dawno, stwierdziliśmy żę należy temu zaradzić. Do wyboru był pierwszy dzień FOAD Festu lub trochę mniejszy, ale też kuszący, spęd w Krośnie. Życie samo za nas wybrało i ostatecznie w sobotę zjawiliśmy się w Krośnie.

Krosno od Rzeszowa leży nie daleko, ot pół litra drogi. A że Pathologist był ostatnio na wycieczce w Rosji, to podróż umilała nam najprawdziwsza ruska wódeczka, a także kierowca, który stopniowo podgrzewał temperaturę w busie. Jebany doszedł do trzydziestu stopni Celsjusza. Na szczęście nie wiemy, czy poszło dalej, bo wysiedliśmy w strategicznym momencie. Szybki kebsik po drodze na wzmocnienie i w sile czterech chłopa (bo poza nami byli jeszcze panowie muzycy z Epitome) dotarliśmy pod klub.

Jak poznać Iron Klub w Krośnie? Po tym, że ma jebitny neon z logówką Saxon. Dla mnie bomba, strasznie podoba mi się to miejsce i zastanawiam się, dlaczego w Rzeszowie nie ma takiego miejsca do organizowania koncertów. W środku plakaty, zarówno imprez organizowanych w Klubie, jak i stare archiwalne postery np. z koncertu Sodom z początku lat dziewięćdziesiątych czy z klasycznych Metalmanii. Do tego piweczko produkowane specjalnie dla klubu i ich wódeczka o mocy 60%. Zdecydowanie polecam to miejsce. Powoli też klub zaczął się zapełniać, z Pathologistem uskuteczniliśmy zakupy u pana Grega i zaopatrzeni w piweczko udaliśmy się pod scenę, bo właśnie wskoczył na nią Angrrsth.

Za chuj nie mogłem sobie na początku przypomnieć jak oni się nazywają, kojarzyłem tylko że to było coś jak onomatopeja krztuszenia członkiem dziewoi. Angrrsth. No ale jak już wyszli na scenę to nie było ważne. I cóż Wam powiem – fajne to granie, szczególnie jeśli lubi się polską scenę black metalową. Wizualnie goście trochę podchodzili pod Svartidaudi, z tymi chustami na twarzy jak bandyci z kreskówek o Lucky Luke’u, hehe… Muzycznie zaś chwilami kojarzyło mi się to z Furią (jeden numer to w ogóle nie wiem czy nie był coverem i miałem zagwozdkę na dalszą część wieczora) na ten przykład. Dobre, wpadające w ucho granie – usłyszeliśmy chyba całą EPkę „Znikąd” oraz nowy numer z nadchodzącego materiału – „Nie ma się czego bać” czy jakoś tak. Ano nie ma, ten cały Angrrsth całkiem w porządku jest i polecam się zapoznać.

Po Angrrsth regeneracja piweczkiem, pogaduchy tu i tam i po chwili znów pod scenę, bo na deskach wylądowała misja Planet Hell. Kurwa, strasznie niedoceniony to zespół, a to poważny błąd. Ekipa dowodzona przez Przemysława, to znaczy Astrogatora, naprawdę zajebiście potrafi namieszać w death metalowym tyglu. Może niektórych śmieszą ich mundurki, ale chuj z tym – ważne że muzyka się broni. Inspirowana późnym Death, Morbid Angel czy Nocturnus ze sporą domieszką progresji – teoretycznie powinno mnie to odrzucać, a w przypadku Planet Hell jest zgoła inaczej. To naprawdę utalentowani muzycy a sam koncept oparcia liryków na twórczości Lema uważam za trafiony. Natomiast Pathologist się ucieszył przy tej okazji, jakby dostał na własność czołg co najmniej hehe! Szczególnie, gdy się dowiedział że nowy album będzie w całości oparty na „Solaris”. Wracając jednak do koncertu, Planet Hell naprawdę rozdało – to był mój trzeci raz, gdy ich widziałem na żywca i za każdym razem jestem pełen uznania dla tej kapeli.

Kolejna przerwa, kolejne piweczko i banieczka i można śmigać pod scenę, bo oto i gospodarze z Kult Mogił stawili się nań. Na Metalmanii niespecjalnie mnie porwali, ale to może przez to, że mała scena tam to jest kurwa dla mnie zawsze dramat. Tutaj, na deskach Iron Klubu sprawy miały się inaczej. No i chyba set był dłuższy. W Krośnie panowie zaprezentowali, o ile się nie mylę, całą ostatnią EPkę (która sama w sobie trwa niemal dwadzieścia minut) a także kawałki z debiutu. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy poszło coś z demówki, bo aż tak nie jestem obcykany z ich twórczością, pomimo że znam i lubię. Na scenie panowie radzą sobie naprawdę dobrze, ale czego się spodziewać po ludziach, z których każdy ma po dwadzieścia lat doświadczenia przynajmniej. Ten ich smolisty, ciężki death metal na pewno nie jest łatwy do odegrania na żywca (choć ze mnie żaden muzyk, ale tak mi się wydaje, heh), a w Krośnie wszystko ładnie poszło. No i Levi ze swoją barwą głosu nieźle się wpisuje w koncepcję Kultu Mogił. Ogólnie bardzo dobry występ, aż chłopaki musieli wrócić na odegranie jeszcze jednego numeru na sam koniec.

Jako że Krosno to nie Kraków i połączeń do Rzeszowa z niego nie ma jakoś wiele, to niestety musieliśmy się zbierać dość szybko z klubu, ażeby zdążyć na dyliżans powrotny. Pożegnawszy się więc z obecnymi udaliśmy się na dworzec, zahaczając o kebsika na zbicie fazy, żeby jako tako wyglądać wbijając się w busa. Podróż do domu minęła szybko i bezpiecznie, nie ma więc na co narzekać. Oby więcej takich wypraw!

Autorem zdjęć jest Adam Moskal, wielkie dzięki za możliwość udostępnienia. 

Autor

10190 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *