Jeszcze wódka z organizmu porządnie niewywietrzana, jeszcze łeb napierdala i oddech śmierdzi jak wyziew z fabryki sera pleśniowego, a relacja już na Chaosie hehe. Dzień 29 listopada zapamiętam na długo, podobnie jak nasza wesoła gromada, która udała się do Krakowa na gig, o którym mówiło się już dość długo. Na jednej scenie Kreator, Morbid Angel i Nile – nie mogło nas tam zabraknąć!

Doga z Rzeszowa jak zwykle minęła jak z bicza strzelił, również kolejne flaszki pękały w podobnym tempie wiec na miejsce dojechaliśmy w doskonałych nastrojach a byli i tacy, którym wybitnie humor dopisywał już w okolicach Dębicy hehe. Zajechaliśmy pod knajpę – zadupie na całego, ale klimat fajny. Jeszcze przed klubem dwa piwka się przechyliło i można wbijać do środka. Niestety tak z Oraclem pochłonęła nas rozmowa i konsumpcja, że trafiłem pod scenę, kiedy Fueled By Fire odgrywało ostatni numer. Zdążyłem jednak poprzepychać się pod sceną tą krótką chwilę i powiem szczerze: było mocno. Nie mam pojęcia, co Amerykanie zagrali, ale po minach widziałem, że się podobało. Mnie ten krótki fragment też się podobał, nic więcej nie mogę o tym secie napisać.

Koncert się skończył a ja wybrałem się na rekonesans po lokalu: zajebiste miejsce, faktycznie klimat fabryczny, dużo przestrzeni, dwa bary. Jak na taki potężny spęd to był dobry lokal. Ludzi od chuja, każdy chce się napić browara i ja też hehe. Rzuciłem też okiem na merch, ale nie było tam za wiele: parę fajnych koszulek kapel prezentujących się tego wieczoru w Krakowie, jakieś płyty i winyle i w zasadzie to by było na tyle. Ucieszyło mnie to bardzo, bo portfela nie musiałem za bardzo uszczuplać hehe.

Ale już dość tego zwiedzania: idę pod scenę, bo zaraz Nile. Nie wyobrażałem sobie żeby ominąć koncert wielbicieli starożytnego Egiptu, bo byłem ich wielkim fanem mniej więcej do płyty „Annihilation of the Wicked”a potem to wiadomo… Bywało różnie. Nie liczyłem na zbyt wiele, jeśli chodzi o starocie, bo niestety Nile jest na trasie promującej nowy materiał: „At the Gate of Sethu”, którego jeszcze nie słyszałem. Rozpoczęło się od solidnego przyjebania w postaci „Sacrifice Unto Sebek” a potem zdaje się było „Defiling the Gates of Ishtar”. Zagrali też już słynny „Kafir” albo, jak kto woli „kefir” hehe z przedostatniego materiału a potem to już nie za bardzo pamiętam, bo oddałem się błogiemu tańcowaniu w takt Egipskiego Death Metalu. Zabawa była przednia, sporo, luda kotłowało się pod sceną i na koniec absolutny kiler czyli „Black Seeds of Vengeance” który był skandowany w drodze po bursztynowy napój po skończonym gigu. Generalnie koncert zajebisty, na pewno za mało staroci, ale cóż zrobić. Generalnie wielki plus.

Po obaleniu piwka ponownie polazłem pod scenę przecież Morbid Angel to jedna z moich ulubionych kapel śmierć metalowych! Spodziewałem się miazgi i ją otrzymałem. Od pierwszych sekund rozpętało się piekło, trup się ścielił po podłodze, ciała fruwały w powietrzu. Vincent dyrygował tą apokalipsą ze sceny, a jego wierni żołnierze toczyli bój bardzo zawzięty. Setlista wymożona. W chuj klasyków i nawet z ostatniej płyty poleciały według mnie najlepsze numery. Nie będę się tu dokładnie rozpisywał, co po czym, a co przed czym, bo setlisty nietrudno znaleźć, jak ktoś będzie dociekliwy. Napiszę tylko że przy takich numerach jak „Where the Slime Live”, „God of Emptiness “(bezapelacyjne mój ulubiony numer Morbidów) czy “World of Shit (The Promised Land)” nie sposób nie zamachać dynią. Zdecydowanie pierwsza klasa metalu śmierci, absolutnie rewelacyjny koncert i do niczego nie można się przyczepić.

Ten gig wyssał ze mnie ostatki sił, ledwo dotoczyłem się do baru, po czym pierdolnąłem browara dosłownie w dwa łyki. Dla takich chwil warto żyć! Rewelacyjny koncert! Ale to oczywiście jeszcze nie koniec, bo przed nami danie główne, czyli Kreator!! Widziałem ich raz z okazji ich występu na Przystanku Woodstock. To była prawdopodobnie moja jedyna wizyta na tym spędzie hipisów, ale zdecydowanie Niemcy wtedy zabili. Liczyłem na jeszcze większy rozpierdol pod dachem knajpy tym bardziej, że na takich koncertach nie ma przypadkowych ludzi, a na brudstoku… Wiadomo hehe. Trochę zeszła instalacja kapeli na scenie, bo klamotów mieli sporo, ale w końcu, jest! Zaczęło się! Petrozza ze swoją ekipą na scenie i wszystko inne traci na znaczeniu. Na początek poleciały dwa numery z ostatniego materiału „Phantom Antichrist”. Płyta jest świetna i na żywo te numery tez wypadają rewelacyjnie. Doskonale się ich słuchało. Właśnie słuchało, bo już wyprawę pod scenę sobie darowałem. Źle rozłożyłem siły, mogłem sobie obijanie pod sceną na Nile odpuścić. Starość nie radość hehe. Ale z tego, co wdziałem to Kreator miał przyjecie rewelacyjne, głośne skandowanie miedzy kawałkami, intensywne kotłowanie praktycznie cały czas. Aż miło było popatrzeć. Petrozza oczywiście dygował wszystkim, co raz to zarządzając obijanie się w kółeczku albo ścianę śmierci. Niemcy dobrali naprawdę zajebisty zestaw kawałków na ten gig. Nie zabrakło tego wszystkiego, co raduje młodszych i starszych kataniarzy hehe. “Enemy of God”, “Extreme Aggression”, “Pleasure to Kill”, “Violent Revolution” czy “Flag of Hate” to bezdyskusyjne killery, na żywo brzmiące jeszcze potężniej! Jak już wspomniałem utwory z nowej płyty też doskonale sprawdzają sie na żywo. Koncert – ideał! Nie żałuje ani sekundy, ani grosza. No może żałuje, że tyle wódki wypiłem hehe ale fason z grubsza udało mi się do końca zachować hehe. Jedyne, jakie mam zastrzeżenia to nagłośnienie: niby wszystko było w miarę ok, ale zdążały się momenty gdzie trochę nagłośnienie kulało, przez co można było usłyszeć miejscami pierdzenia i skrzypienia z głośników. Ale wraz ze wzrostem promili coraz mniej mnie to interesowało.

Koncert się skończył, zawinęliśmy się do busa i do domu. Impreza rewelacyjna zarówno pod względem muzycznym jak i rekreacyjno – towarzyskim hehe. Oby więcej takich spędów!