Z wydawnictwem Van Records to jest tak, że cokolwiek by się tam nie ukazało, warte jest uwagi. Gdy tylko dowiedziałem się, że trasa kapel z tej stajni zahaczy o Polskę, bardzo się ucieszyłem. Jeszcze gig w Krakowie, dwie godziny jazdy busem od Rzeszowa… Po prostu nie mogło mnie tam zabraknąć.

Ruszyłem we wtorkowe popołudnie z Rzeszowa czerwonym busikiem. Tym razem sam, bo jakoś nikt nie mógł. Mnie też ten termin nie leżał, ale jakoś udało się wszystko ogarnąć tak, żeby zjawić się tego wieczora w ZetPeTe. Podróż jak, podróż. Nic się nie działo. Po przyjeździe do Krakowa miałem jeszcze około dwie godziny do gigu. Nie chciałem pić sam, więc uskuteczniłem sobie mały spacer po starym mieście. Jakoś po 19-tej zameldowałem się pod klubem, spaliłem ćmika i wbijam do środka. ZetPeTe miałem już dobrze rozpoznane po ostatnim koncercie Immolation. Wiedziałem gdzie kibel, gdzie sala do pląsów i że za piwo w plastiku będę musiał zapłacić 9 zł. Do razu wpadłem na merch. Ciekawy byłem, co też tam będzie. Udało mi się jednak dopchać jedynie do precjozów przywiezionych przez kapele prezentujące się na scenie. Faktycznie było sporo dobra. Płyty, winyle i bardzo ładne szmaty. Niestety dopadł mnie ostatnio lekki kryzys finansowy i nie mogłem poszaleć. Warto również dodać, że z okazji tej trasy wypuszczono specjalną edycję koszulek oraz kasetę. Kasetę z „największymi przebojami” występujących kapel. Tak mi się przynajmniej wydawało po trackliscie.

Chciałem jeszcze trochę poprzeglądać stoisko, ale zza ściany już wezwały mnie do działania pierwsze dźwięki generowane przez Włochów z Caronte. Przyznam szczerze: gdy dowiedziałem się, że to właśnie Włosi będą otwierać koncert w Krakowie, a nie bardzo lubiany przez mnie ( D O L C H ), to trochę się wkurwiłem. Do tego stopnia, że do ostatniej chwili ignorowałem obecność Caronte. Dosłownie kilka dni przed gigiem postanowiłem przesłuchać sobie ich najnowsze dzieło, czyli płytę „YONI” i mnie kurwa pierdolnęło od pierwszego odsłuchu. Ich okultystyczna wariancja na temat stonera weszła mi niemal natychmiast, a skojarzenia z nieśmiertelnym Electric Wizard jeszcze bardziej podnosiły mi ciśnienie przed ich występem. Początek spędziłem jednak na robieniu zdjęci, więc nie do końca mogłem skoncentrować się na muzyce. A ta zaczęła „drapać” w stonerowy sposób już od pierwszych sekund. Gdy skończyłem to, co do mnie należało, ulokowałem się pod sceną i już mogłem w spokoju degustować te wspaniałe dźwięki. Brzmienie mieli wykręcone tak, jak powinno być przy tego typu graniu. Szorstkie, agresywne, „drapiące”. Wokalista pan Dorian Bones dysponuje naprawdę znakomitym głosem i specom od kręcenia gałkami udało się to podkreślić. Generalnie, gość ma naprawdę fajną prezencję i sprawdzał się doskonale, jako frontman „czarując” publikę soją magią. Z numerów wyłapałem na pewno „Black Gold” z debiutu i „Shamanic Meditation of the Bright Star” z ostatniej płyty. Nie było to wszystko, co zagrali z „YONI”, bo to głównie na tej płycie opierał się gig. Nie będę jednak wymyślał tytułów zagranych numerów, bo płytę tę znam słabo. To się jednak na pewno zmieni. Gig trwał praktycznie równą godzinę i mnie zadowolił. Zajebiste granie, świetna atmosfera, bardzo dobre brzmienie. Wszystko to było. Caronte zaskoczył mnie bardzo pozytywnie i nie pozostaje mi nic innego jak polecić twórczość tych Włochów każdemu, nie tylko ortodoksyjnym fanom stonera. Gig minął mi błyskawicznie.

Szybkie piwko, szybki pecik i trzeba zapierdalać pod scenę, bo The Ruins Of Beverast to jednak był ten główny magnes, który przyciągnął mnie do stolicy małopolski. Goście rozkładali się chwilę, ale w końcu jest. Pierwsze dźwięki tytułowego numeru z ostatniej płyty wypełniają salę. Ja pobiegłem pod scenę robić zdjęcia, chciałem uwinąć się w miarę szybko, bo przecież koncert to nie bieganie z aparatem. Zeszło mi jakoś do połowy „Exuvia”. Uznałem, że robota została wykonana i już jako fan zameldowałem się po drugiej stronie barierek. Już, gdy robiłem zdjęcia, coś mi jednak nie brzmiało. Zrzuciłem jednak ten fakt na bliskość sceny. Jednak, gdy byłem pod drugiej stronie barierek, nadal coś było nie tak. Miałem wrażenie, że wokal jest za cicho. Albo, że wokal jest ok, tylko gitary są za głośno. Przeszedłem na drugą stronę sali, dalej mi coś nie pasuje. Dopiero gdy wycofałem się na sam koniec, za stanowisko speców od nagłośnienia, zaczęło to brzmieć lepiej. Brzmienie jednak różniło się od tego z płyt. Miałem wrażenie, że jest nieco przytłumione. Takie same wrażenie mieli znajomi, z którymi rozmawiałem później, więc nic mi się w głowie nie ujebało. Za połową koncertu nieco się poprawiło, ale dalej to nie było to. Moc z takiego „Mære (On a Stillbirth’s Tomb)” uleciała w przestrzeń. Z nowej płyty poleciało jeszcze „Surtur Barbaar Maritime”, czyli w sumie trzy najlepsze kawałki na tym znakomitym krążku. Ze starszych numerów to najprawdopodobniej zagrali „God’s Ensanguined Bestiaries” i „Between Bronze Walls”. Koncert skoczył się po około godzinie. Wyszedłem na fajkę, zastanawiając się, czemu nie zrobił on na mnie takiego wrażenia, jak myślałem, że zrobi. To dziwne brzmienie miało na to niebagatelny wpływ. Zastanawiałem się też nad jedną rzeczą. Trochę ten występ był za oszczędny w formie. Tu sam sobie w pewnie sposób zaprzeczę, bo nieraz powtarzałem, że tony gratów na scenie, to nie jest dobry pomysł i muzyka ma się bronić sama. W tym jednak przypadku czegoś mi brakowało, bo goście wychodzący grać takie rytualne dźwięki w zwykłych T-shirty zupełnie nie pasowali mi do muzyki. Nie ma jednak co narzekać. Koncert dobry, set lista znakomita.

Chwila konwersacji, dwie fajeczki, piwko i lecimy oglądać Króla Ziomeczka. Oczywiście najpierw sesja foto, a dopiero potem faktycznie mogłem cieszyć się koncertem. To już moje drugie spotkanie z tym artystą na żywo. Wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Gość jest naprawdę nieprawdopodobnie wyluzowanym kolesiem. Koncert na pełnym luzie, konwersacja z publiką, śmieszne historyjki. No i oczywiście znakomita muzyka. King Dude ma w swoim repertuarze nieprawdopodobną ilość przebojów. Poczynając od nowej płyty, z której poleciało świetne „I Wanna Die at 69”. I na pewno nie tylko ten numer, ale na występie Króla już sobie trochę krążyłem między barem, sklepikiem i strefą dla palących, skutkiem czego trochę koncertu mi umknęło. Na sali byłem, gdy leciały takie zajebiste numery jak „Fear Is All You Know” czy „Jesus In The Courtyard”. Przyszedłem też na sam koniec, gdy Król został na scenie sam i z papieroskiem wetkniętym w gitarowy gryf rozpoczął swoje solowe misterium czarnego bluesa. Pożegnał się z fanami chóralnie odśpiewanym „Lucifer’s the Light of the World”, po którym poleciało „River Of Gold” i to by było na tyle. Dziękujemy i do widzenia!

Mnie czekała jeszcze podłóż powrotna do Rzeszowa, ale trudy przemieszczania się złagodził fakt, że wieczór ten zaliczam do niezmiernie udanych.

Więcej zdjęć tutaj.