Killfest Tour 2011; Warszawa, Klub Stodoła; 13.03.2011

Wspólna trasa tych kapel nie mogła nie zainteresować fanów thrash metalu. I tych starych, którzy to Overkill pamiętają jeszcze z czasów, gdy w Konstytucji Polski zapisana była dozgonna przyjaźń ze Związkiem Radzieckim, jak i tych młodszych, którzy nie widzieli na oczy magnetofonu. Zebrało się więc w całym dwustutysięcznym Rzeszowie dziewięciu thrashersów i pojechało jednym busem na podbój stolicy.

 

Podróż upływała miło, a było coraz milej z każdą następną kolejką Gorzkiej Żołądkowej. Przezorne z nas chłopaki, wyjechaliśmy więc zawczasu, mając w Warszawie trzygodzninny zapas udałem się z kolegą Piotrem na zwiedzanie miasta. Krzyża nie stwierdzono – gdzie do chuja jest krzyż? Ale rychło wybiła godzina zero i poczęto wpuszczać do środka Stodoły. I tu jeden wielki wkurw, może więc zaburzę lekko chronologię wydarzeń, ale kutasom z ochrony podarować tego nie zamierzam. Do Stodoły otóż nie wpuszczono jednego z naszych rzeszowskich kolegów, bo ochrona stwierdziła, iż czuć od niego alkohol… A od kogo kurwa nie czuć alkoholu na metalowej imprezie. Jako, że istniała groźba, iż kolego Groszek w ogóle nie zobaczy koncertu, poczęliśmy interweniować i przekonywać ochronę i typa odpowiedzialnego za organizację, iż kolega Groszek wcale nie wypił więcej niż ktokolwiek inny, zwłaszcza, że do Stodoły wpuszczano ludzi w stanie niemal agonalnym. Kurwa skandal i obciach, bo na kolegę Groszka padło chyba z przypadku na zasadzie „O, a tego nie wpuścimy bo mi wczoraj stara dupy nie dała”. Po moich i kolegi Tolka namowach i przekonywaniach typa odpowiedzialnego za organizację, kolega Groszek wszedł do środka w połowie imprezy. A ja nie widziałem przez to koncertu Heathen. Pierdolę Was ochrono Stodoły z tego dnia!

 

Napisałem, co uważałem, teraz przejdźmy do muzyki. Całość otwierała niemiecka heavy/thrash metalowa grupa After All. W Polsce są raczej mało znani, ja zresztą również słyszałem jedynie ich ostatni duży krążek, co w zasadzie dziwne, bo kapela zaczynała jeszcze w latach osiemdziesiątych. Zagrali fajny show, w zasadzie klasyczny show openera – przyjemnie oglądało się i słuchało ich muzyki, ale żeby porwali większą liczbę maniaków pod sceną to raczej bym nie powiedział. Widać jednak było, że After All nie należą do tych przestraszonych zespołów, co to stoją i niemrawo się prezentują – wokalista szalał po scenie, zresztą chłopina ma naprawdę niezły głos. Co do setlisty nie rzucę Wam tytułami, bo jak już nadmieniłem, mówiąc, że znam ich chociażby pobieżnie, byłoby już przesadą. Ale mi się podobało.

 

Kolejna kapela i już legenda. Jednak jeśli chcecie poczytać sobie o koncercie Heathen poszukajcie relacji kogoś, kto nie musiał kurwa perswadować idiotom z ochrony, żeby przestała zgrywać ważniaków. Ale ponoć rozjebali. Heathen, nie ochrona.

 

Dobra, szczęśliwie kolega Groszek wszedł już w przerwie między Heathen a Destruction, więc Niemców widziałem od początku do końca. Germańców dane mi było już raz oglądać i szczerze mówiąc, nie wiem, który występ był lepszy. Zgasło światło, poszły dymy, wkroczyło trio i zaczęło się piekło! Ludzie pod sceną z marszu zaczęli szaleć, podczas gdy Destruction poczęło odgrywać swoje thrash metalowe hymny. Choć z tymi hymnami to trochę przesada, bo ze staroci zagrali bodajże trzy utwory – „Curse The Gods”, „Mad Butcher” (a propos, na skormnym skądinąd stoisku z merchem można było zakupić fartuch wyżej wymienionego, hehe ale jakoś ponad dwieście złotych nie swędziało mnie na tyle, by się ich pozbyć w ten sposób) i oczywiście przeultragenialne „Bestial Invasion”. Z rzeczy po powrocie poszło na pewno „Nailed To The Cross” (z refrenem skandowanym przez absolutnie wszystkich pod sceną!), chyba „Thrash ’till Death” i piosenka o ponownym uderzeniu rzeźnika, a także numery z nowego, świetniego krążka. Schmier wyglądał na zadowolonego i miał do tego absolutne prawo, bo Warszawa (umówmy się, bo tak na prawdę zjechali się ludzie z całej Polski) przyjęła Destruction, że tylko pozazdrościć. Świetny koncert, pełna energia, choć Destruction nie szalało po scenie jak zespół, który miał po nich objąć deski Stodoły. Niemniej jednak mnie wgnietli w posadzkę!

 

Overkill. Kapela zawitała już po raz kolejny do Polski, ale dobrego nigdy za wiele. Nowojorczyków również miałem już przyjemność widzieć i wówczas zmiażdżyli mnie swoją witalnością. I wicie co? To było kilka lat temu, ale ci kolesie się kurwa nie starzeją. Blitz ma zdecydowanie zdiagnozowane ADHD, bo koleś przechodził samego siebie. Ponad godzinny set obfitował w same hity kapeli, których osobiście nie spamiętałem, ale od czego ma się kolegę Alcoholocausteda, któego pamięć jest młoda i nie zmęczona pierdołami, hehe. I tak, Overkill puścił nam serię genialnie przygotowanych ciosów we wszystkie najważniejsze organy, z jajami łącznie. Usłyszeliśmy praktycznie połowę numerów z ostatniego „Ironbound”, którego to akurat osobiście jeszcze nie słyszałem (wynik awersji do ściągania muzy z neta, hehe), a także starsze numery, najbardziej wyczekiwane przez zgromadzonych. „Wrecking Crew”, „Rotten to the Core”, „Deny The Cross” czy „Hello From The Gutter”, by wymieniać kilka. Blizt zapierdalał w tą stronę i w przeciwną, do góry i do dołu, jakby mógł pewnie lewitowałby nad zgromadzoną publiką. To samo tyczy się reszty, szczególnie D.D. Verniego, który wywijał instrumentem jak muszkieter szpadą, albo robotnik łopatą, hehe. Blitz zaś nie tylko ma zajebisty i charakterystyczny wokal, ale ten gość ma niemalże układ choreograficzny do każdego z numerów. Kurwa, to był chyba jeden z najlepszych koncertów jakie dane mi było widzieć w moim zafajdanym życiu, hehe! Zbliżając się do końca setu Blitz stwierdził, iż publika zgromadzona w Warszawce była świetna, ale nadal nie była najlepsza. Sytuację mógł zmienić jedynie ostatni numer. Jako, że Polak ma zawsze dwie odpowiedzi na tego typu zaczepki – „Ze mną się nie napijesz?!” oraz „Ja kurwa nie dam rady?!” cała Stodoła skandowała za kapelą „We don’t care what You say – FUUUUUUUUUUCK YOUUUUUUUU!!!!!!!”. I kto jest kurwa najlepszą publiką świata, hehe? Niestety, jako się rzekło, to był ostatni numer tej nocy. Przy burzliwych oklaskach Overkill opuścił deski.

 

Po koncercie wymęczeni, ale zadowoleni udaliśmy się w stronę busa, śpiewając ochoczo pod komisariatem policji refren ostatniego numeru, hehe. Genialny wyjazd, poza casusem kolegi Groszka, ale już chuj im tam w dupę. Overkill zabiło, Destruction pozamiatało, After All było okej, a Heathen nie widziałem.

Za zdjęcia serdeczne bóg zapłać i maryja zawsze dziewica dla Piotra Sz.

Autor

10189 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *