Killer On The Loose Tour 2007; Rzeszów, Hala Walter, 11.2007

Ucieszyła mi się facjata, gdy dotarła do mnie wiadomość, że ziemię rzeszowską nawiedzi poznański Acid Drinkers. Cholera, w końcu zacząłem ich słuchać w trzeciej klasie podstawówki, kiedy to wpadła mi w łapska świeżo wówczas wydana kasetka (dla młodszych – taki kompakt, ale prostokątny i z taśmą w środku) wydana przez Loud Out Records, ze żrącymi się w dupska końmi na okładce. A i tak pikuś jestem, bo w chwili kiedy to Titus z Litzą spotkali się przed koncertem Iron Maiden w Wielkopolsce, to wielu z Was jeszcze na świecie nie było…

Sam koncert odbył się w dość egzotycznym miejscu, bo w Hali Walter, która mieści się na terenie jednostki wojskowej. No i któż był ochroną na koncercie? Pewnie, że wojacy. I tu pierwszy minus – tak niekompetentnej zgrai już dawno nie widziałem. Za byle gówno wywlekali każdego w niezbyt dżentelmeński sposób. Cóż, podobno wojsko robi z dzieci mężczyzn, szkoda tylko, że rozumu nie dodaje. Kolejnym minusem, było, że w Walterze nie było w ogóle piwa – jasne, był bufet, w którym zaopatrzyć można się było w chupa – chupsy, łakotki, coca – colę, ale nie w złoty napój. No i trzeci minus – publika. Mała frekwencja, średnia wieku 17,5 roku. I to takie ewenementy jak np. koleś w koszulce Burzum i arafatce na szyi, punki w koszulkach Włochatego, kilku skejtów jakby tyle co wyrwanych z pod bloku, armia młodych metalofcuf, nawalonych przy tym jak stodoły i plączących się pod glanami. Aż miło było wejść w młyn, hehe…

Jako suport wystąpił rzeszowski Demeter. Powiem tak: zagrali niezły koncert, tylko że publiczność czuła się chyba jak emeryci, więc tłumnie zasiedli w ławach (Walter to typowa hala sportowa, z trybunami). Chłopcy pograli niecałe pół godziny, racząc zgromadzonych melodyjnym black/death metalem. Z drugiej strony, nie mogę mieć pretensji do cherlawej publiki, jeśli sam band też stał jak zaczarowany, bez żadnego ruchu. Rozumiem, granie przed Acidami może przyprawić o tremę, zwłaszcza dla młodego zespołu, ale bez przesady. Wiadomo przecież, że ruch to zdrowie, więc te kilka machnięć głową kolegów by chyba nie zabiło. No ale ogólnie to kawałki były odegrane poprawnie, okraszono je do tego niezłym brzmieniem. Mi brakowało tylko tego scenicznego ruchu, ale mam nadzieję, że na następnym koncercie kapela się poprawi pod tym względem.

Po Demeter zaskoczyłem się lekko, bo myślałem, że to już pora Acidów, ale na scenę weszło czterech bodajże kolesi i zaczęło grać jakieś smęty, które skutecznie wykurzyły mnie spod sceny na szybkie piwo do knajpy za rogiem. Gdy wracałem, to goście akurat finiszowali grając cover Illusion – „Nóż”. Nawet nazwy kapeli nie znam, bo niegdzie na plakatach nie podano.

Ok, odczekałem chwilkę i przy dobrze znanym intro – „Zabójcza niespodzianka”, na scenę weszły cztery dobrze znane postacie. Titus, ubrany w gustowną czerwoną ramoneskę, rzucił kpiąco okiem na wspomnianych już trepów i krzyknął do mikrofonu „Barmy Army!!!”. No i publika, której zebrało się już trochę pod sceną, ruszyła w młyn. Świetna atmosfera, buchająca z desek udzieliła się ludziom, którzy ochoczo wyśpiewywali kolejne linijki tekstu. Następne w szeregu poleciało bodaj coś z płyty, z której dowiedzieliśmy się, co kryje Statua Wolności, hehe. Titus rzucił ramonę i zachęcał ludzi do zabawy na swój sposób („Graliśmy już kiedyś na Walterze. Ale większość z Was nie może tego pamiętać, hehe…”). jasne, bo owa większość interesowała się wtedy klockami lego, a nie kwasożłopami. Dalej poleciały jeszcze takie killery, jak „Poplin Twist”, rzadko grany „Backyard Bandit”, „Anybody Home”. Po tych sztukach usłyszeliśmy raczej nudnawe kawałki z „Broken Head” czy „Acidofilii”, które mnie w ogóle nie porwały. Lepiej zrobiło się, gdy pan Pukacki zapowiedział piosenkę Popcorn’a, czyli „Pump The Plastic Heart”. Młyn znów się rozkręcił, a największej mocy nabierał podczas kawałków z szóstego krążka, czyli Piekielnego Pokrewieństwa. No i trzeba było koniecznie zobaczyć jakie łamańce odstawiał Ślimak na swojej perkusji, ustawionej bokiem do publiki, szok w trampkach, jak to mówi młodzież, hehe. Chwila pogawędki ze sceny i znów dalej jazda – here comes „Pizza Driver”. Swoją drogą, to Walter ma świetne brzmienie i bardzo dobrą akustykę, więc wszystkie numery były bardzo dobrze słyszane, selektywny sound sprawiał, że wszystko kipiało czystą rock and rollową energią. Po kawałkach autorskich nastał czas coverów, miło przyjętych przez słuchaczy. I tak, Acidzi serwowali nam takie klasyki jak „Children Of The Grave”, „Another Brick In The Wall”, “Smoke On The Water”. Na scenie cały czas ruch, Titi uśmiecha się szelmowsko i pyta „Życzą sobie państwo kolejnego strzała, hm? To dobrze, bo ja owszem!”, kwituje głaszcząc się po przegubie. Kurwa, najbardziej rock’n’rollowa postać na polskiej scenie! Co chwila zmienia się na wokalu z Olasem i gdy nie śpiewa, to chodzi sobie radośnie z gitarą po deskach, podobnież drugi wiosłowy Popcorn. Widać, że granie sprawia im nadal wielką przyjemność. Jeszcze kilka numerów i zeszli ze sceny, ale nie na długo, bo publika szybko wywołała ich z powrotem. No to wtedy pan Oracle musiał dać upust energii, drąc ryja „I Fuck The Violence”. No i ku mojemu miłemu zaskoczeniu Titus wskazał na mnie i rzekł, że teraz zagrają to co krzyczy ten tutaj, co nie powiem, mile mnie połechtało po mym ego, hehe. No i zagrali tenże szlagier, by płynnie przejść w ostatni numer wieczoru – cover Rolling Stones, czyli „(I Can’t Get No) Satisfaction”. No i kurwa nie osiągnąłem stuprocentowej satysfakcji, bo w dyskografii mają jeszcze kupę kawałków, które chciałbym usłyszeć na żywo. Ale i tak warto było zapłacić te parę złotych i wybrać się na tak zajebiste metalowo rock and rollowe show. Acid Drinkers pokazało klasę i młodzieńczą werwę. Naprawdę nie widać, że zespół, patrząc na jego metrykę (rocznik 1986, hehe) w USA mógłby już kupić sobie piwo (o ile nie zabrałyby go gliny, hehe) i pójść do knajpy na legalu (może być ze striptizem). Chodzą już słuchy, że kapela zabrała się za jakieś nowe numery.

Mam nadzieję, że widząc, jak publika reagowała na kawałki z wczesnego okresu działalności, Titus rzuci w cholerę grania a’la „Acidofilia” i powróci do dobrego, kopiącego jajka metalu. Za rok życzę sobie tak samo dobrego koncertu. Oby promował najnowsze dzieło Kwasożłopów. A Wy pamiętajcie: rock and roll to nie rurki z kremem!!!

Autor

10093 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *