Kat & Roman Kostrzewski, Shame Yourself, Excidium; Zamość, 20.10.2011

Szczerze? Ostatni raz twór o nazwie Kat & Roman Kostrzewski miałem okazję oglądać na żywo podczas ich trasy pożegnalnej (chyba nawet drugiej). Od tego czasu miałem możliwość kilkukrotnego uczestnictwa w koncercie tych muzyków, jednak jakoś niezbyt mnie to interesowało. Pewnie i tym razem nie wybrałbym się na ten koncert i to aż do Zamościa, gdyby nie fakt, że całość miało otwierać Excidium, których to miałem przyjemność zawozić na miejsce, hehe.

Pogoda była z dupy i przez całą podróż zastanawialiśmy się, ile osób pofatyguje się w czwartek na koncert. Na miejsce dojechaliśmy około dwóch – trzech godzin przed czasem. Koncert miał miejsce w kazamatach (dosłownie) jakiegoś zamku w centrum Zamościa. Zimno tam było jak skurwysyn, para z gęby leciała i tak dalej. A tu, jako kierowca, nawet nie mialem się jak rozgrzać, hehe. Z czasem ludzi zaczęło się zbierać i zbierać i od razu powiem, uprzedzając – myślę, że z trzysta osób jednak ruszyło dupy, by oglądnąć występ Romana oraz supportów. Z jednej strony, niby magia nazwy Kat działa, z drugiej, wiele miast mogłoby sobie pomarzyć o takiej frekwencji w środku tygodnia.

Dobra, może ruszmy się już z tymi konkretami. Excidium zaczynało cały koncert. Cóż można by rzec po ich występie. No nie dali dupy, a nawet zagrali lepiej niż przy ostatniej okazji, gdy było mi dane ich zobaczyć. Zostali dobrze nagłośnieni, do dyspozycji dostali coś ponad trzydzieści minut i spożytkowali je w porządny sposób. Co prawda nie zdołali rozruszać nastoletniej publiki, która przeważała tego wieczoru, no ale szczerze mówiąc, w większości to były naprawdę podlotki, które niekoniecznie musiały lubić thrash metal o blackowym zabarwieniu. Mnie tam się w każdym razie podobało i nie mówię tego ze strachu, że już nie będą mnie chcieli zabierać na koncerty, hehe. W zasadzie ich tracklist chyba się nie zmienił przez ostatnie kilka koncertów, ale z drugiej strony Rzeszowiacy nie mają dyskografii Sabbat, żeby mogli sobie przebierać w kawałkach jak w ulęgałkach. Szkoda tylko, że zagrali z jednym mikrofonem, bo wsparcie Cuntreapera przez chłopaków jednak sporo dobrego robi.

Po Excidium miał wystąpić Halucynogen, ale coś tam nie wyszło i koniec końców nie zagrali. Dlatego też kapelą, która wkroczyła na deski, był biłgorajski Shame Yourself. Pamiętam, że kiedyś pojechałem po tej kapeli, przy okazji ich występu u boku Christ Agony chyba. Teraz z kolei przyznam, że nie miałem nawet sposobności, by ich pochwalić czy zmieszać z fekaliami, bo widziałem może z trzy ostatnie utwory kapeli. Cóż, nie jest to może moja muzyka – przecięcie death metalu (dość melodyjnego) z lekkim rock and rollowym sznytem, ale widziałem, że ludziom się podobało, nawet młodzieńcy w koszulkach Sodom, którzy na Excidium podpierali ściany przy dźwiękach Shame Yourself ruszyli w tany.Ale i zespół chyba nie oszczędzał się podczas tego koncertu, zwłaszcza wokalista miał bardzo fajny kontakt z publicznością. Okej, jeden numer, który kapela zapowiedziała jako najnowszy i premierowy naprawdę mi się spodobał. Ale jak już wspomniałem – muzyka taka mi po prostu nie leży, co nie znaczy, że muzycy tejże grupy to jakieś ciule – wręcz przeciwnie, bardzo fajowe z nich chłopaki.

Okej, gwiazda wieczoru to Kat. przyjmijmy to umownie, bo dla mnie osobiście Kat ostatni krążek wydał w 2004 roku. Trzymajmy się więc terminologii Kat & Roman Kostrzewski. Na scenę wyszli przy akompaniamecie wrzasków publiczności muzycy, na samym końcu zaś Roman. No i się zaczęło. Nie pamiętam co poszło na początek, na pewno zagrali „666”, poszły też „Noce Szatana” no i z debiutu nie mogło zabraknąć „Wyroczni” (hail!) i „Diabelskiego Domu (III)” na koniec. Ku mojej i starszych fanów uciesze odegrali prawie cały „Oddech Wymarłych Światów”, a z „Bastard” – „W Bezkształtnej Bryle Uwięziony” oraz oczywiście „Łza Dla Cieniów Minionych”. Podczas ostatniego kawałka wyliczyłem dziewięć tulących się par, ale najbardziej gejowskim widowiskiem było ośmiu metaluszków, którzy złapali się za biodra (każdy za biodra kolegi) i bujali się do smutnego tekstu Romana. Kurwa, pedalstwo i gejostwo sięgnęło zenitu, hehe. Kat & Roman Kostrzewski odegrali też kilka numerów ze swojej debiutanckiej płyty „Biało – Czarnej” i powiem Wam, że zachęcili mnie do zakupienia tego krążka przy możliwie najbliższej okazji. Z nowego krążka poszło „Maryja Omen”, „Milczy Trup”, „Bieluń”, „Wolni od klęczenia” i „Kapucyn Zamknął Drzwi”. Plus na pewno jeszcze jakieś numery się znajdą, których nie wymieniłem. Dobra, zakończyliśmy kronikarstwo, zacznijmy publicystykę. Na moje oko Kat & Roman Kostrzewski może i odczuwa jakąś przyjemność z występowania, ale nie widziałem tegoż za sceną czy po koncercie, ot panowie przyszli do pracy, tak jak większość z nas wstaje co rano. Na scenie niestety Roman przy starszych kawałkach po prostu nie wyrabiał, ale może ocenię go, gdy sam będę w jego wieku. Dla mnie jednak niezaprzeczalnie o wiele bardziej autentycznie wypadał w kawałkach z ostatniej „Biało – Czarnej”, czy ostatnich kawałkach Kata („Łoże Wspólne Lecz Przytulne”), bo już jednak pierwsze speed metalowe numery wymagają od zespołu jakiejś ekspresji scenicznej, machania bańkami, biegania po scenie – tak mi się przynajmniej wydaje, takiego Kata pamiętam z materiałów archiwalnych. I tego mi brakowało. Ponadto spora część starszych utworów była odegrana wolniej w stosunku do oryginały, zwłaszcza „Wyrocznia” nad czym ubolewałem. Jednak spora liczba osób bawiła się zajebiście przez cały koncert, odnosiłem jednak wrażenie, że część z nich to ludzie, którzy kiedyś tam liznęli metalu, a teraz po prostu chodzą na koncerty z nudów, z jakiejś tęsknoty za technikum czy podstawówką naście lat temu i z równym powodzeniem co podczas występu Kata z Romanem będą się w weekend bawili na dyskotece w pobliskim klubie. Ale rozumiem, że taki urok koncertów w małych miejscowościach, gdzie ludzie po prostu mają głód muzyki, nudę i tak dalej. Przynajmniej nie żałowali trzech dych i się stawili. A wracając do tematu koncertu dodam jeszcze, że naprawdę fajnie to wszystko brzmiało, również wizualnie niezgorzej – nie często bywam na koncertach w dwustuletniej kazamacie, hehe.

Po koncercie Kata z Romanem wpieprzyliśmy co mieliśmy do wpieprzenia, wypili co mieli do wypicia i zabrali dupy w troki. Podróż obfitowała w różne przygody, o któych nie powiem, żeby mnie członkowie kółka łowieckiego po sądach nie ciągali, a nad ranem zawitaliśmy do Rzeszowa.

Podsumowując, koncert był udany, choć nie mogę powiedzieć, by Kat & Roman Kostrzewski mnie porwali, niestety. Fajny, naprawdę fajny koncert zagrało Excidium, nieźle też oglądało się wyczyny Shame Yourself (a przynajmniej te kilkanaście minut, hehe). I szczerze mówiąc, chętnie zobaczyłbym w Zamościu jakiś mocniejszy, bardziej undergroundowy zestaw i skonfrontował z tym koncertem.

Autor

9916 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *