ru-1-r-640,0-n-1021406x7qQ

Tym razem relacja jest mocno spóźniona, ale jest. Jak to mówią: nic w chaosie nie ginie hehe. Może nie będzie ona zbyt dokładna po jednak są to wspominki z koncertu, który już chwilę temu się odbył, ale że koncert to był zacny to trzeba o nim słów kilka napisać. Moja obecność na nim nie była pewna od samego początku, ale dodanie do rozpiski całej imprezy Slayer i Ghost przesądziło jednak sprawę i postanowiłem wybrać się do Poznania. Z Rzeszowa jest dość daleko wiec podczas podróży miałem mnóstwo czasu na muzykę i w zasadzie tylko na nią, bo jechałem sam. Po drodze przesiadka w Łodzi i jakoś po południu zajechałem do Poznania. A tam atmosfera iście piknikowa hehe. Mnóstwo ludzi w koszulkach Ironów przygotowywało się w okolicznych barach do koncertu wiec i ja po zalogowaniu w hostelu pomaszerowałem „w miasto”. Oczywiście zaraz znaleźli się ludzie, którzy byli twoimi kumplami po wypowiedzeniu magicznego zdania: „ja też na koncert”

hehe. Wypiłem dwa piwka z jedną ekipą i postanowiłem wybrać się pod stadion. Wesoła załoga, natomiast kontynuowała biesiadę, ponieważ mieli w dupie inne kapele i przyjechali tylko na Iron Maidem. Ja nie miałem w dupie wiec wbiłem się w ekstremalnie zatłoczony tramwaj i w towarzystwie samych fanów ruszyłem pod Inea Stadion. Na miejscu atmosfera jeszcze bardziej piknikowa, ale tego się spodziewałem. Wszedłem do środka, zamówiłem płyn o smaku piwo podobnym i czekałem na Ghost. Zaglądnąłem jeszcze na merch, ale to, co tam się działo przyprawiło mnie o skręt kiszki, bo ceny były absurdalnie wysokie. I te koszulki też, powiem szczerze, niespecjalne oprócz jednej z logiem piwa „The Trooper” (znakomitego Pale Ale jakby się kto pytał). Chwile postałem. Pogadałem. Piwko wypiłem i jak w zegarku na scenę wychodzą zamaskowani czarni kardynałowie a za nimi mój ulubiony papa hehe. Ghost to kapela, której jestem wielkim fanem, podoba mi się ten styl, ta muzyka i to, co robią jednak koncertem byłem rozczarowany. Już śpieszę wyjaśniać, dlaczego. Po pierwsze: ten zespół nie pasuje mi do dużych stadionów. Żałowałem, że niedane mi było ich zobaczyć na następny dzień w Warszawie, bo pod dachem ten show, moim zdaniem, wychodzi dużo lepiej. Po drugie: w świetle dziennym ta kapela wygląda dość kiepsko. Po trzecie: to koncert był bardzo krótki. Ghost ma sporo świetnych numerów i wiele z nich poleciało, ale jednak 35 minut to trochę za mało. Zaczęli na pewno do „Year Zero” a potem poleciały „Con Clavi Con Dio”, “Prime Mover”, “Stand by Him”, “If You Have Ghosts”, „Ritual” i na rozchodne “Monstrance Clock”. Jakoś mało. Miałem poważny niedosyt po tym koncercie, bo Ghost zupełnie mi nie pasuje do wielkich scen na jeszcze większych stadionach. Nie wiem, czemu maja takie ambicje. Jak następnym razem zagrają w knajpie to się jednak wybiorę. Koncert sie skończył a ja podjąłem próbę zakupu „piwa”. Przez przypadek stanąłem w złej kolejce i dzięki temu udało mi się wcisnąć szybko pod źródełko. Na szczęście nie wywołałem tym zamieszek i miałem „piwo” hehe. Oczywiście instalacja błyskawiczna. Na scenie zawisa baner „Slayer Nation” i panowie lekko posunięci wiekiem wychodzą na scenę. Slayer to kapela, o której ciężko coś napisać. To marka. To żywa legenda. Kto nie zna ten chuj. Ich numery bronią się same a na żywo kopią dupska niemiłosiernie. Raziły z tej sceny jednak dwie rzeczy: brak Hannemana oraz oczywiście Lombardo i fakt, że pozostała cześć oryginalnego składu już na młodzieniaszków nie wygląda hehe (oczywiste oczywistości). Fakt ten odbił się oczywiście na koncercie, bo w porównaniu z Ironami to ruchu scenicznego tam nie zauważyłem. Statycznie bardzo, ale ich muzyka broni się sama. Start od “World Painted Blood” już wprawiły w dobry nastrój a kolejne killery takie jak: „Mandatory Suicide”, “Disciple”, „Seasons in the Abyss” “Dead Skin Mask”, “Raining Blood” ,”South of Heaven” i “Angel of Death” (z hołdem dla Hannemana) to czysta wojna. Nie będę oryginalny i napisze, że mój ulubiony numer Zabójcy to “Raining Blood”, ponieważ zbierało się na burzę liczyłem na jego kultowe wykonanie. Niestety. Świeciło słońce. Polakowi nie dogodzisz hehe. Koncert się skończył, ja byłem zachwycony. Pozostała jedynie refleksja: jak oni długo jeszcze pociągną tą kapelę… Pora teraz uzbroić się w cierpliwość i czekać na Ironów. Widząc kolejkę za „piwem” pogodziłem się już z myślą, że resztę wieczoru spędzę w trzeźwości. Pokręciłem się trochę po płycie, spotkałem parę osób i oddaliłem się na z góry upatrzone pozycje celem celebracji mojej ulubionej kapeli z pod znaku heavy metal. Proceder instalacji był sprawny i koło 21.30 pojawili się na scenie… Tym razem w jej wyglądzie dominowały motywy zimowe i lodowe. Jak zwykle rewelacja hehe. Ciężko mi po tym czasie wymienić, co po czym grali ale dobór numerów świetny. Poprzedni mój koncert Ironów był po wydaniu „The Final Frontier” tak, że kilka numerów z tego niezłego albumu poleciało. Ale nie ma, co ukrywać: nikt raczej nie domaga się zagrania „El Dorado” czy „Coming Home” hehe. Ja byłem zadowolony, bo zagrali np. „Run to the Hills”, do którego mam ogromny sentyment a na Bemowie niedane mi było go usłyszeć. Oczywiście scena i to, co na niej zmieniało się cały czas. Kapitalna oprawa. Ognie, światła, gadżety. Rewelacja. Ciekawym momentem było też przypomnienie przez Bruca historii o pewnym nietypowym koncercie na weselu 30 lat temu i zadedykowanie już starej parze „Revelations” hehe. Jak ktoś uważał tą historię za urban legends no dostał niezbity dowód na jej prawdziwość hehe. Nie dało się ustać spokojnie na tym koncercie, nie dało się nie śpiewać do ochrypnięcia. Ta muzyka porywa jak górska rzeka. Ze sceny aż kipiała energia, aż nie do uwierzenia, że ci goście maja tyle lat, co mają. W porównaniu z nieco geriatrycznym wygładem Slayera, dało się odnieść wrażenie, że Ironi dopiero zaczynają karierę. Już kończę pisać tą relację, bo nie ma w niej żadnych konkretów tylko moje spusty hehe. Setliste sobie każdy gdzieś tam znajdzie ja napisze tylko, że wychodząc ze stadiony czułem euforie, radość i wiedziałem, że było warto. Na takie kapele zawsze warto.