Into the Abyss Festival Dzień 2; Wrocław, Klub Firlej; 5.12.2015

itafKoniec roku obfituje w dużo ciekawych wydarzeń koncertowych. Klika niestety zmuszony byłem odpuścić, ale na Into the Abyss Festival musiałem się wybrać. Niestety tylko na dzień drugi, ale zawsze coś. Moją wyprawę do Wrocławia rozpocząłem wcześnie, byłem po nocnej zmianie, lekko nie było. Bus też miał delikatne spóźnienie, więc musiałem szybko zalogować się w hostelu i błyskawicznie udać się do knajpy. Mimo ekspresowego tempa wpadłem do Firleja jakoś po 18 skutkiem, czego ominąłem ciekawy wstęp do imprezy w postaci zespołu Bön. Szkoda, bo byłem ciekawy tego performansu artystycznego.

exit humanityJak wbiłem do knajpy Exit Humanity właśnie zbliżał się do końca swojego występu. Udało mi się załapać jednak na dwa kawałki i zrobić kilka zdjęć, więc występ tych Niemców uważam za zaliczony tak w 1/4. Na sali prawie nikogo nie było, niemniej jednak Exit Humanity fajnie sobie pogrywali. Goście mają na koncie jedno demo, ale ich wersja death metalu warta jest sprawdzenia. Dla mnie ich występ skończył się błyskawicznie. Szkoda. Ale nie ma, co płakać nad Exit Humanity, bo przede mną jeszcze kilka naprawdę mocnych występów tego wieczoru.

nhW czasie przerwy zaopatrzyłem się w piwko i ulokowałem się pod sceną, bo za chwile swój show mieli odstawić chłopaki z Nuclear Holocaust. Dokładnie miesiąc temu (plus, minus parę dni) widziałem ich na rzeszowskiej odsłonie trasy Antigamy i wypadli naprawdę dobrze. Na Into the Abyss Festival dostali mniej czasu niż w Rzeszowie, ale myślę, że nie przeszkodziło im to w odegraniu całego dema „Mutant Inferno”. A przynajmniej tak zakładam hehe. Nic wiele więcej nie mogę o tym występie napisać. Fajnie, że chłopaki się wyrabiają scenicznie, nie da się też nie zauważyć, że zaczynają dzielić scenę z coraz poważniejszymi kapelami. I bardzo dobrze. Mimo że ta muzyka to nic odkrywczego, to przyjemnie się ich słucha i jest, do czego nogą potupać. Szkoda, że na sali dalej były pustki i mimo szczerych zaproszeń do wspólnego tańca nikt się nie zdecydował na „good friendly violent fun” hehe. Wstęp dobiegł końca bardzo szybko, ja poszedłem na dymka i zapoznałem się z rozpiską godzinową.

iteWynikało z niej, że teraz na scenie zaprezentuje się In Twilight’s Embrace. Bardzo byłem ciekawy tego występu. Po pierwsze, dlatego że chłopaki nieczęsto prezentują swoją sztukę na żywo a po drugie, dlatego że „The Grim Muse” bardzo przypadł mi do gustu. Myślę, że to za sprawą faktu, iż In Twilight’s Embrace dokonał niemożliwego i odświeżył gatunek, na którym wielu (w tym i ja) postawiło krzyżyk. Melodyjny śmierć metal w ich wykonaniu jest naprawdę porywający i nie ma nic w wioski, którą teraz prezentują niegdysiejsze tuzy tego gatunku. Ot choćby taki At the Gates. Liczyłem, że ich nowa płyta odrodzi ten gatunek a jest ona zwyczajnie przeciętna, żeby nie napisać słaba. Ale to nie czas na recenzje tylko na sprawozdanie z koncertu. Goście wyszli na scenę zalaną mrokiem i dymem oświetloną jedynie światłem świec. Klimat jest. I się zaczęło. Początek tego koncertu dla mnie to robienie zdjęć, co było dość trudne ze względy na „mroczny” i „tajemniczy” charakter oświetlenia. Goście zaczęli na pełnej kurwie i faktycznie te numery z nowej płyty zabrzmiały porywająco.  Taki „No” czy kawałek tytułowy… Potężnie, szaleńczo, dziko. Moim zdaniem klimat z płyty został oddany w 100%. Widać, że nie tylko mnie „ruszyło”. Pod sceną zrobiło się zdecydowanie tłoczniej, a i paru bardziej krewkich imprezowiczów rozpoczęło swoje wesołe podrygi.  Goście faktycznie dali radę. Tak ja z płyty, tak i na żywo In Twilight’s Embrace pokazał klasę! Dobry występ.

Po skończonym misterium udałem się na fajkę i coś zjeść. Organizatorzy pomyśleli o tym, że człowiek głodny – człowiek wkurwiony, więc przed lokalem zainstalował się food truck, w którym można było zamówić potężnego burgera skutecznie dodającego sił przed kolejnymi sparingami pod sceną. Doskonały pomysł. Posilony udałem się znowu pod scenę, bo tam swój występ zaczynał już Embrional. Kiedyś byłem fanem tej kapeli, powiedzmy średnim a teraz zmieniło się to diametralnie za sprawą wydanego niedawno „The Devil Inside”. Moim skromnym zdaniem jest to płyta, która wywindowała ich z mocnej trzeciej ligi do pierwszej. Zupełnie nowa jakość w ich graniu. Dlatego też postąpiłem inaczej niż zwykle i zamiast pić piwo, palić peta i gadać ze znajomymi postanowiłem zostać pod sceną i popatrzeć, co też tam się wydarzy. Na początku oczywiście foty. Na start się wkurwiłem, bo na scenie ciemno jak w dupie i nic nie widać. Ale widocznie miał być mrok hehe. Co do samego występu to goście zabrzmieli naprawdę potężnie. Generalnie brzmienie na całej imprezie było bardzo dobre, choć miałem wrażenie, że pan od kręcenia gałkami miał tendencje do wysuwania do przodu perkusji i wokalu skutkiem, czego na takim „The Grim Muse” odegranym przed poprzedników czuć było drganie podłogi w rytm pracującej stopy. Ja porobiłem zdjęcia i udałem się do baru celem szybkiego zakupienia piwka i powrotu pod scenę. Niestety… Nie rozumiem akcji, w której w knajpie jest tyle ludzi, a za barem uwija się jeden typ. Nie, żebym coś miał do jego pracy, bo gość pocił się jak kasjerka w Lidlu na promocji crocsów, ale po piwo stałem naprawdę długo. Na domiar złego okazało się, że w barze skończyła się praktycznie każda piana oprócz lanego grolscha, lecha i pszenicznego książęcego. No bieda, tym bardziej że impreza ledwo minęła półmetek. Skutkiem czego pod scenę powróciłem, gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki „In Darkness”. Potężnie zabrzmiał ten numer. Z butów wyrywało. Potem poleciały jeszcze „(Behind) The Mask of Sanity”, „Madman’s Curse” z teledyskiem w tle i na koniec „Whores, Drugs and Brain Dead”. I tak oto zakończył się ten występ. Muszę przyznać, że mi się podobało. Zmiana jakościowa, która nastąpiła w tym zespole jest niewiarygodna. Oby tak dalej.

schirencW przerwie spokojnie dopijałem sobie piwko i zrobiłem niewielki zakupy na stoisku Dead Congregation. Zagadałem się trochę z chłopakami skutkiem czego uzyskałem informację, że niedługo „Promulgation of the Fall” pojawi się na taśmie. Myślę, że to BDB wiadomość dla wszystkich fanów tego nośnika i muzyki Greków. Ale wróćmy do sali koncertowej, bo zaraz na scenie Pan Schirenc grający utwory Pungent Stench. Muszę się przyznać, że fanem Pungent Stench nigdy nie byłem, więc nie czekałem jakoś specjalnie spocony na ten występ, niemniej jednak poszedłem sprawdzić, bo spodziewałem się fajnego show. I się nie pomyliłem. Faktycznie goście porwali publikę. Myślę, że na tym występie było największe szaleństwo pod sceną. Zdecydowanie ludzie potracili zdrowy rozsadek i oddali się w objęcia dźwięków Pungent Stench. Na scenie przykuwał uwagę basista wyglądający jak Elvis Presley z tym że w skórze i pasie z nabojami. Na scenie kompletny luz i fun z grania. Ja mam mieszane uczucia, co do takich inicjatyw. Zresztą to coś jak Death to All. No nie wiem… Ale ważne, że ludziom się podoba i się tym jarają jak pojebani. Ja w połowie występu poszedłem po piwo i znowu ta sama historia: ludzi w kolejce w chuj, więc stałem na bank z 10 minut żeby napić się złocistego napoju. Ja wszystko rozumiem, ale moim zdaniem podwojenie liczby barmanów znacznie zmniejszyłoby poziom agresji w kolejce hehe. Strach pomyśleć, co by było jakby knajpa była pełna…

A właśnie. Frekwencja. Przyznam szczerze, że byłem mocno rozczarowany. O tym spędzie było prawie codziennie spamowane na fejsie, dodatkowo weekendowy termin a ludzi naprawdę mało. Szczególnie było to widać ze schodów na końcu sali. Spokojnie by tam wlazło dwa razy tyle ludzi. Nie mam pojęcia, z czego wynikała taka kiepska frekwencja, ale jak człowiek nie czeka w kolejce do kibla to znaczy, że jest słabo…

dead congregation1Schirenc skończył swój show, ja polazłem na peta i z niecierpliwością czekałem na wysęp Greków. Co do ich dyskografii to debiut bardzo dobry, ale to „Promulgation of the Fall” uważam za ich najlepsze dzieło. Może jest ono bardzo przystępne, ale mi robi naprawdę dobrze. Ich zwolnienia wbijają w glebę i tego nie ma co ukrywać. I zaczęło się. Ja najbardziej czekałem na numer „Promulgation of the Fall”, bo przecież to zwolnienie miażdży moszny jak purchawki. No i się doczekałem, rozjebało mnie, zajebisty numer. Zresztą nieważne co by nie zagrali, to wbijało w glebę, bo czubek potylicy. „Only Ashes Remain” – cios, „Teeth into Red” – kopniak. No i tak można by jeszcze długo. Zajebisty koncert, niesamowicie gęste i ciężkie brzmienie. Wokal to kurwa nawet nie chce mi się pisać. Miazga. Byłem rozjebany tym występem na kawałki. Świetny koncert. Można sobie gadać, że to kolejna wersja Incantation, ale ja mam wyjebane. Dla mnie goście czują to, co grają. Robią to z pasją i przekonaniem. Dla mnie więcej nie trzeba.

Wyjazd do Wrocławia w tę grudniową sobotę zaliczam do bardzo udanych. Warto było się tłuc sześć godzin w jedną stronę, żeby uczestniczyć w tym przedsięwzięciu. Liczę tylko na to, że fest nie spali na panewce i będziemy mieli jeszcze sporo imprez pod szyldem Into the Abyss Festival. Oby z jeszcze mocniejszymi zespołami.

A tutaj link do pozostałych zdjęć. 

Autor

743 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *