intotheabyssfest2_plakat

Kiedy dowiadujesz się, że szykuje się zajebista impreza na której mają zagrać takie zespoły jak Possessed, Grave Miasma, Malokarpatan czy też Sadistic Intent wiesz już dobrze, jak zaplanujesz swój przyszły, choć bardzo odległy, weekend. Nie będzie się liczyć to, że będziesz musiał wstać o 4 rano, by brudnym i opóźnionym jak zwykle pociągiem dostać się do Wrocławia. Nie będziesz przejmował tym, że jesteś wymęczony podróżą i mocnym alkoholem. Wiedzieć będziesz jedno, że mimo iż ledwie doczołgasz się do klubu odżyjesz na nowo, by przeżyć najlepszą imprezę roku. W zajebistym towarzystwie dobrych znajomych i kapel, które zawsze chciałeś, by zagrały na koncercie, na którym będziesz. I to tyle tytułem wstępu. Przejdźmy więc do rzeczy.

Pierwsi na scenie pojawili się gliwiczanie z Brüdnego Skürwiela. W zasadzie to chyba po raz pierwszy widziałem ich set w miarę w całości. Zawsze coś stawało mi bowiem na przeszkodzie (tym razem była to droga do klubu od znajomych, która ciągnęła się w nieskończoność). Mniejsza o to, bo przecież muzyka jest tutaj najważniejsza. Na żywo Ci goście wypadają naprawdę dobrze. Ich porcja black’n’thrashu z mocno zakorzenionym punkowym szaleństwem stała się świetnym zapalnikiem do ruszenia się pod scenę i pomachania łbem. I choć co prawda publiki jakoś tam specjalnie nabitej w sali nie było, to zabawa dla zgromadzonych była zdecydowanie przednia. Nowy wokalista dał radę, ale osobiście sądzę, że Brüdny Skürwiel stracił co najmniej o połowę mocy przez rozstanie z Fapim, który moim zdaniem wokalnie ten zespół ciągnął. No ale kto co woli i kto co myśli.

Tuż po Brüdnym nastąpiła krótka przerwa na uzupełnienie płynów i pierwszą kolejeczkę czystej ze znajomymi. W ogóle lubię takie wypady, gdzie wszyscy znajomi się zbierają w jednym miejscu. Przynajmniej nie trzeba się tułać po całym kraju.

Drugi zespół tego wieczoru, czyli Morthus pojawił się na scenie niemal punktualnie. Piszę niemal, gdyż poczucie czasu dla mnie przestało istnieć wraz z pierwszą przerwą, po pierwszym koncercie. I nie muszę chyba pisać dlaczego he he… Wracając do zespołu. Morthus tego wieczoru jawił mi się jako zespół, który po prostu jest. Coś tam sobie ładnie gra, a publika z braku laku i w oczekiwaniu na większych, po prostu stoi i słucha. Niestety, ale ten zespół do mnie tego wieczoru nie kompletnie nie przemówił. Być może było to spowodowane stylem w jakim grał, albo po prostu ich muzyka nie jest tą, którą warto się zainteresować. Owszem, ten death/black metalowy cios oblany północnym brzmieniem u niektórych mógł wywołać dreszczyk emocji, ale wydaje mi się, że tego wieczoru ten zespół przeszedł jakby bokiem obok wszystkich. Początki bywają trudne, ale może z czasem ten zespół nabierze nieco więcej scenicznej werwy, a ich muzyka stanie się na tyle ciekawa, że warto będzie na dłużej przy niej przysiąść. O ile kiedykolwiek to nastąpi.

Kolejna przerwa i kolejne dwie kolejki. Piąteczki i pogaduchy z bdb znajomymi (nawet stara gwardia ChaosVault się zjawiła, pozdro Il Principe!). Tymi widzianymi raz na 2 lata (pozdro Sybir!) i tymi, których widuje się chyba na każdym ważniejszym koncercie musiały ustąpić kolejnej kapeli.

intotheabbys2016

Dokładniej belgijskiemu Dehuman. I było to nie tyle srogie rozczarowanie, ale błędna decyzja o opuszczeniu baru. Mimo to z uporem i nadzieją obejrzałem dwa utwory licząc na to, że jednak się coś rozkręci. Stałem, słuchałem i… No właśnie nic. Kompletnie nic mnie w tym zespole nie ruszyło. Zespół, który w zasadzie nie pokazał nic ciekawego, czym mógłby zainteresować słuchających. Ci co zostali na sali, albo tego wieczoru byli już zrobieni na maksa, albo byli masochistami muzycznymi.

Chyba 4 czy 5 kolejka została zrobiona przez nas w iście szybkim tempie. Znaczy, wydawało mi się, że tak właśnie było. Nie ważnie jednak! Szybko udałem się na salę, prosto na pierwszy ogień (czytaj: pod barierki), by tam chłodząc się napojem piwopodobnym oczekiwać na koncert Malokarpatan.

I nie będę ukrywał, że to był mój główny cel tego festu, a zarazem jeden z najlepszych koncertów jaki widziałem w tym roku. Gdyby spojrzeć na zespół ze strony przeciętnego słuchacza zobaczylibyśmy niepozornych gości o wyglądzie typowych Januszy z wąsem i stylówą a’la Ron Jeremy. Nie to jednak było najlepsze w tym wszystkim. Ci kolesie po prostu weszli na scenę, nastroili instrumenty i zaczęli grać. Grać na totalnym luzie, bez jakiejkolwiek spiny i robienia groźnych min. I tym zdecydowanie pokonali wszystkich, którzy tego wieczoru przed nimi (i po nich) zagrali. Po prostu było czuć, jak muzyka którą grają wychodzi od nich naturalnie, wręcz płynie strumieniem radości z grania, przez co jest w 100% szczera i pozbawiona jakiegokolwiek aktorstwa. Set oparty o niemal o cały, kapitalny album “Stridžie Dni” został zwieńczony nowym utworem zwiastującym nową płytę, która – jak zapewniają Słowacy – wyjdzie na przełomie marca i kwietnia przyszłego roku. Zajebisty występ, a jeśli zespół na każde “napierdalać” płynące z sali reaguje śmiechem, to wiedz, że Malokarpatan na Polskiej ziemi zagości jeszcze nie raz. Bomba!

malokarpatan

Zresztą nie jedyna bomba tego wieczoru. Przed nami były jeszcze przynajmniej 2 kapele, które tego wieczoru miały przynieść śmierć i zniszczenie.

Grave Miasma widziałem dokładnie 3 lata temu w Poznaniu (m.in. z Necros Christos) i byłem bardzo ciekawy, jaką tego wieczoru zespół zaprezentuje formę. I przyznaję, że nie zawiodłem się, bo to co pokazali brytole spełniło moje oczekiwania aż nadto. Co tutaj dużo pisać: po prostu zabili. Nowy materiał, na żywo po prostu miażdży, a utwory z “Odori Sepulcrorum” im starsze, tym lepiej brzmią na żywo. Zapach kadzidła. Efekty lekkiego pogłosu i przede wszystkim moc, jaką ten zespół tego wieczoru miał nie tylko w brzmieniu ale i w ogólnie w swoim występie to był cios niemal ostateczny. Niemal jakbyś dostał w zęby, miał zakrwawioną mordę ale i tak byś się cieszył, że ta muzyka sprawiła Ci tyle bólu i cierpienia, że aż chcesz go jeszcze więcej. Zaś zapach stęchlizny i chłód bijący niczym z podziemi krypt, są tym miejscem, w którym chciałbyś pozostać na zawsze. I to jest właśnie to. Widzieć ten zespół raz na 2 – 3 lata i nie czuć przesytu ich występami na żywo, a jednocześnie czekać na nie jak na pierwszą komunię. Miazga, zniszczenie, ostateczność.

gravemiasma

Tak, zniszczenie nie tylko muzycznie ale i fizyczne. Organizm po sporej już dawce alkoholu zaczął powoli odmawiać posłuszeństwa, ale wiedziałem, że muszę się utrzymać na nogach, bo jeszcze jeden ważny zespół tego wieczoru miał zniszczyć publikę.

Sadistic Intent było tym głównym gwoździem programu tak samo Possessed dzień wcześniej. Nie wiem co się działo w piątek, ale wiem, że sobota po prostu była jakoby dniem sądu ostatecznego. Sąd w którym rolę kata pełnił zespół, a skazanego publika. Czysty, pierdolony, oldschoolowy death metal, który rządził niepodzielnie na przełomie lat 80 i 90. Zagrany jakby przez ludzi, którzy jakby byli wyjęci żywcem z tamtej epoki. Czy czegoś tego wieczoru mogło jeszcze brakować? Zdecydowanie nie! Dostałem to, co chciałem. Cios za ciosem, prosto w zęby. Nie mogłem się pozbierać po takim uderzeniu. I nie była to wina alkoholu, tylko po prostu tak precyzyjnie i skutecznie rozjebał Sadistic Intent. Wszystko się zgadzało: riffy, odpowiednie nałożone blasty i wokale. Demoniczne, chropowate, po prostu rozpierdalające w drobny mak… nie ustałem już na nogach do końca, nie miałem po prostu siły…

Cios od amerykanów okazał się śmiertelny, przez co pozostałe dwa koncerty, tj. Kringa i Shodan, po prostu sobie odpuściliśmy. Sił po prostu było coraz mniej, stężenie alkoholu przekroczyło dozwoloną skalę, tak samo jak i porcja wrażeń słuchowych tego wieczoru. Udaliśmy się więc jeszcze do Ciemnej strony miasta, by tam odpocząć przy następnej kolejce alku i interpretacjach utworów Malokarpatan.

Ogólnie ten dzień wypadł znakomicie. Wszystko grało i zagrało jak należy: i to towarzystwo, i brzmienie, i w końcu sam klub (Pralnia), który do tego typu imprez nadaje się znakomicie (oby następne edycje również tam się odbyły). Cóż mogę więcej dodać? Oby do października (?) !!!