intotheabyssfest2_plakat

Pierwsza edycja festiwalu Into The Abyss, mimo średniej frekwencji zyskała niezwykle pozytywny odbiór, dlatego było raczej pewne, że będzie i druga, której wyczekiwałem z zainteresowaniem. Jak się okazało organizator stanął na wysokości zadania sprowadzając takie tuzy, że szczęka opadała, a stawiennictwo robiło się obowiązkiem.

Onego dnia, gdym spoczynku zażywał, zagorzał krzak ogniem i głos z niego popłynął… a nie, wróć, to był inna impreza. Niedługo przed festiwalem Wielki Chaos Vault skontaktował się ze mną, bym opisał dzień pierwszy imprezy. Czułem się wielce zobowiązany, jako że w ten dzień grały trzy przepotężne petardy: Absu, Possessed i Belphegor. Owa nieświęta trójca szerzyła bluźnierstwa generalnie pod szyldem trasy „Evil Over Europe”, więc fakt, że organizatorom udało się ich zaprosić do nas, uważam za mega wielki plus.

Do Wrocławia przyjechaliśmy z bdb znajomymi, przy czym, jak to we Wrocławiu, zawsze, kurwa, musi coś być nie tak. Tym razem były to okrutne korki przy wjeździe do miasta, więc gdyby nie spory zapas czasowy, to byłoby kiepsko. Szczęśliwie do Alibi, ukrytego w okolicy wrocławskich „Kredek” dotarliśmy około 18.15. Sam klub jest dość spory, przez co sprawnie radził sobie z pomieszczeniem licznej metalowej gawiedzi. Jeszcze tylko odbiór opaski oraz cieszącej oko miłym wzorem koszulki festiwalowej i można było witać się z ekipą.

Dobór trunków w lokalu był niezgorszy, ale jednak lana tam Fortuna (śliwkowa bodajże) smakowała najlepiej, przez co z powodzeniem rozpoczęliśmy nią wieczór. W międzyczasie na scenie zaczęło panoszyć się włoskie Cold Raven. Nie brzmiało to specjalnie źle, ale nie na tyle dobrze też zwrócić szczególną uwagę. Poprawny i przyjemny do piwka black metal. Publikę mieli mizerną ale nie ma w tym nic dziwnego, bo większość osób albo była zainteresowana więziami towarzyskimi przy odrobinie procentów, albo i też dopiero przybywała (zaznaczę tu, że zaszczytnym wyjątkiem okazał się być w drugi dzień Brüdny Skürwiel, który zgromadził spory tłum).

Po Cold Raven przyszedł czas na From Hell, gdzie uwagę przykuwał wokalista przypominający wielkiego hamburgera, opiętego ciuchami i ozdobionego falami długich, blond włosów, co tworzyło dość groteskowy obraz. Jako, że jednak muzycznie okazali się naprawdę fatalni, wróciłem do rozmów z bdb znajomymi oraz wesołego piwkowania.

Śmiechy śmiechami, ale gdy Big Mac i przyjaciele zakończyli popisy trzeba było się szykować do bitwy. Przestrzeń pod sceną zaczęła się szybka zapełniać, zaś w powietrzu, oprócz alkoholu i sporadycznie fajki, czuć było napięcie, bo oto z epoki zamierzchłych bogów wyłaniali się oni, piewcy hymnów do pradawnych pod wodzą samego Proscriptora McGoverna, Absu.

I zaczęło się! Potężny piorun black/thrashu uderzył w publikę z niesłychaną furią zostawiając po sobie jedynie stosy pomordowanych, ci zaś, którzy przeżyli wpadli w rytualne tany. Sam dałem się porwać pląsom, bo nie szło ustać w miejscu, gdy tuż na wyciągnięcie ręki odbywała się taka wyborna, muzyczna chłosta. Proscriptora w bluźnierstwach dzielnie wspomagał wokalnie Ezezu, ale zaskoczył mnie fakt, gdy w trakcie występu McGovern oddał perkusję zmiennikowi, a sam zajął się tylko wokalem. Efekt był doprawdy świetny, bo ociekający jego ociekający jadem głos połączony z niezwykle żywą gestykulacją hipontyzował słuchaczy zmuszając do nieustannego zadawania sobie ciężkich obrażeń. Wśród repertuaru udało mi się wyłapać zagrane „A Shield with an Iron Face”, „Highland Tyrant Attack”, „The Cognate House of Courtly Witches Lies West of County Meath”.

absu

Gdy Absu zakończyło swe hymny pełen wigoru szybko uzupełniłem stracony płyny i wymieniłem wrażenia z bdb znajomymi (ale takimi od serca). Czasu było niewiele, bo oto na scenie lokowała się legenda, niszczyciel i kult jak sam skurwysyn: Possessed. Dla nich to głównie pojawiłem się w Alibi dlatego przebierałem nogami w ekscytacji.

To nie był występ ani koncert. To był totalny, absolutny Armagedon w najczystszej i nieskrępowanej niczym formie death thrashu, która spuszczała ze sceny tak nieludzki wpierdol, że niebiosa winny płakać ognistymi łzami. Całą uwagę na sobie skupiał definitywnie Jeff, który świetnie się bawił wraz z publiką, co nie przeszkadzało mu zdzierać gardła do mikrofonu. A publika szalała. O ile na Absu było dziko, tak tutaj pod sceną trwały regularne zamieszki, w których uczestniczył i sam piszący, często, a gęsto wspomagane też przez crowdsurfing. Amerykanie pokazali, że miano legendy nie jest tylko na pokaz, co było podparte żelaznymi argumentami w postaci otwierającego set „The Exorcist”, „Pentagram”, jak również „Storm in my mind”, „Fallen Angel”, „Tribulation”, czy zapowiedziane jako nowy utwór z nadchodzącej płyty „Abandon”. Całość zamykał przepotężny strzał dobijający rannych w postaci „Death Metal”. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, był to dla mnie występ wieczoru warty wydanych złociszy.

possessed

Po tej orgii muzycznej destrukcji należała się chwila upojenia, którą znalazłem przy kufelku piwka. Jako headliner mieli zagrać krzewiciele zła z Belphegor, jako że jednak byłem kapkę zmęczony ulokowałem się wygodnie z tyłu mając jednak dobry widok na całość sceny. Nie ukrywam, że dokonania Helumtha i spółki średnio mi podchodzą, jednakże szanuję ich, więc nie wypadało sobie olać kapeli takiego formatu. Podkreślić tu trzeba, że krajanie pewnego wąsatego malarza mieli cieszącą oko scenografię w postaci zacnych stojaków z czaszek, zwieńczonych rogami, oraz głębiej w scenie, czaszek przyobleczonych w czarne całuny, więc wpadał plus na wjazd. Belphegor zaczął solidnie bo od „Feast Upon The Dead”, by przejść w „Bleeding Salvation”, „Gasmask Terror”. Poleciały też szlagiery pokroju „Bondage Goat Zombie”, „Conjuring the Dead”, czy „Stigma Diabolicum”. Przyznać muszę, że o ile na płytach brzmi to dla mnie znośnie, o tyle na żywo było naprawdę zacnie.

I gdy Belphegor zakończył podrygi sceniczne przyszło zbierać się do domu i ładować baterie na kolejny dzień, który jak się okazało zniszczył chyba każdego, hehe.

Całość pierwszego dnia oceniam jako absolutny wykurw muzyczny. Lokowanie imprezy w Alibi, mimo narzekań malkontentów, nie uważam za wielki minus, wprost przeciwnie – miejsca starczyło chyba dla każdego, zaś opisana przeze mnie trójca dokonała istnej dewastacji. Druga edycja Into The Abyss zaprezentowała niezwykle wysoki poziom i mam nadzieję, że nie opadnie on przy kolejnych edycjach. Jeśli więc będziecie mieli okazję wbijać na 2017r. – to stawiennictwo obowiązkowe!