Into The Abyss Festival III; Klub Pralnia, Wrocław; 10 marca 2018

Drugą edycję festiwalu Into The Abyss zapamiętałem jako imprezę iście epicką, zarówno pod względem towarzyskim, jak i muzycznym, dlatego też wiele zadowolony byłem, gdy ogłoszono edycję trzecią, szczególnie, że organizatorzy postarali się, by skład był niczym pierdolnięcie solidnym, prawym prostym w twarz.

W sobotę, która to idealnym dniem na wszelkie imprezy jest, udałem się prosto do Pralni, gdzie odbywała się tegoroczna edycja ITA. Na sam wjazd frekwencja nie powalała jakoś szczególnie, ale byłem pewien, że to się zmieni. Już przy samych schodach, na pięterku, rozlokowały się stoiska z merchem Vallenfyre i Profanatici, przy czym szczególnie ta druga była oblegana. Prawdziwą gratką zaś były niezwykle rozpasane stoiska naszych Zacnych Polskich Wydawców, Godz ov War, samej Wszechpotężnej, a także Mad Lion i Mythrone Promotions, gdzie z przyjemnością dokonałem zubożenia mojego portfela (warto tu nadmienić, że można było premierowo nabyć u Grega świeżutkie Stillborn oraz Kingdom), a następnie skosztowałem czeskiego piwa serwowanego w klubie – nie powiem, zacne i przyjemnie orzeźwiało.

Łysy: Dorzucę swoje trzy grosze do tej zacnej relacji. O ile Bart wszystko miał pod nosem, tak ja musiałem zwlec swoje zwłoki o 3 nad ranem by wsiąść do pociągu i polskimi kolejami żelaznymi dotrzeć do Wrocławia. Droga to była długa i kręta, ale koniec końców nie spóźnieni dotarliśmy pod klub, gdzie parę piąteczek można było przybić i udać się na pierwsze występy tego festu.

Czasu jednak na delektowanie się nie było zbyt dużo, bo z niewielkim przesunięciem na scenie rozpoczął popisy zielonogórski Warfist, więc należało obadać jak będzie tym razem. Wojnopięść dane mi było już uprzednio oglądać w Ciemnej Stronie Miasta, gdzie przykurwili z taką siłą, że ginęli ludzie, dlatego też wiele sobie obiecywałem teraz po nich, szczególnie, że Młody odpadł ze składu i na scenie zacnie sprawiał się Nechrist, znany także z Arkony . I chciałbym tu teraz napisać jak było zajebiście, jak to dochodziło do brutalnych aktów przemocy… ale nie mogę, przy czym nie z winy kapeli a nagłośnienia, które sprawiło, iż wszystkie dźwięki zlały się w jedną ścianę. Stojąc przy barierkach, jeszcze szło odróżnić co i jak, ale i tak nie było szału, a szkoda bo kapela dawała z siebie max możliwości. W międzyczasie w klubie zainstalował się Łysy wraz pomorską drużyna wojów, to po występie można było się przywitać i wypić co. Z kawałków miotanych w publikę wyłapałem „Metal to The Bone”, „The Tomb of Desire” z ich zacnego, świeżutkiego z splitu z Excidium, „Tribe of Lebus”, zaś na koniec poleciało „Devil lives in Grunberg”. Szkoda, naprawdę szkoda, że nagłośnienie położyło ten występ, bo mogło być naprawdę dobrze.

Łysy: W końcu po latach udało mi się po raz kolejny obejrzeć Warfist na żywo i stwierdzam, że był to udany set. Nie mogę się doczekać aż w końcu wpadnie w moje łapska split z Excidium. Próbka pokazała, że ten materiał może zabić a i formy właśnie Excidium jestem ciekaw najbardziej. Co do Warfist. Lubię taki metal. Dla mnie nieco pijacki, rock’n’rollowy ale właśnie taki jaki lubię. Miejscami prosty, ale potrafiący zaskoczyć technicznym strzałem w ryj. 


Po tym wszystkim należało ukoić smutki zimnym, pienistym by powrócić prosto na kanadyjskie Auroch. Nagłośnienie było już nieco lepsze, jednakże ten ich smolisty death znużył mnie. Wiem, że było parę osób, które autentycznie się nimi jarały, ale do mnie zupełnie to nie trafiło. Chwilę postałem, posłuchałem jak to się produkują realizujący się także w Mitochondrion, basista i gitarnik, by skierować się ku barowi na testowanie z Łysym zimnej wódeczki (testy wypadły nadzwyczaj pozytywnie, zaznaczę), w efekcie czego uciekło mi grające następne Rites Of Thy Degringolade.

Łysy: No właśnie. Granie, które sprezentował Auroch nie koniecznie musiało się wszystkim podobać. Ba! Śmiem twierdzić, że fanów takiego death metalu była tego dnia garstka. Mniejsza o to. Auroch zniszczył. I o ile nagłośnienie nadal kulało, zdawało się, że z kawałka na kawałek było coraz lepsze, bądź ja po prostu wczułem się w występ Kanadyjczyków jeszcze bardziej. Uwielbiam takie granie i aż żal mi mordę ściska, że zamist Auroch nie zagrał Mitochondrion, który jakoś nie może do nas dotrzeć. To byłby dopiero strzał. Namiastka jednak była i występ Auroch właśnie, to jeden z najlepszych tego wieczoru jak dla mnie. Co do wódeczki, tej lało się tego wieczoru bardzo dużo i z każdą kolejną przerwą było mi coraz weselej… Pierwsze koty za płoty z Bartem jednak najlepsze…

Pokrzepieni i pełni sił udaliśmy się pod scenę, gdzie instalowało się zło pod postacią płockiego Kingdom. Przyznaję, czekałem z ciekawością na nich. Ich „Sepulchral Pslams…” mnie dosłownie wdeptało ziemię, a streamingi ich najświeższego długograja robiły smaka na wyborną dawkę ciężaru oraz bluźnierstwa, i przyznaję, nie zawiodłem się. Aż miało się wrażenie, że jest się wleczonym do zapomnianego, obskurnego grobowca, gdzie będzie się pobitym, zbrukanym i pogrzebanym pod stertą trupów, przy czym absolutnie tu nie przesadzam. Wybornie robi ta mieszanka black/death, przez co cały występ zleciał dosłownie momentalnie. Szkoda, bo bezczeszczenia świętości nigdy za wiele, a wśród tych, które sprezentowano zebranym można było usłyszeć „Black Light to the Rotten Wombs of Disgrace”, „Martwą Ziemię”, „Grobowiec Ludzkości”(jakie to, kurwa dobre było!), „Monolith of Death”, a także powodujący największą euforię publiki, „Kaplicę Ducha Zgniłego”.

Łysy: Tych panów byłem bardzo ciekaw. W końcu „Sepulchral Pslams…” było w mojej ścisłej czołówce w podsumowaniu 2016, a to postawiło ten zespół u mnie przed próbą, czy nowy materiał będzie równie dobry. I jest, śmiem twierdzić, że jest jeszcze lepszy. Krótki, intensywny wpierdol, który miażdży czaszki jak walec drogowy. Czekam na powtórkę z Grave Miasma.

Strawa dla ducha została przyjęta, więc wypadało przyjąć też jakąś strawę dla ciała, dlatego zeszliśmy na zlokalizowanego na parterze busa serwującego wyborne burgery. Dobre to posunięcie ze strony organizatorów, że postarali się o zacne jedzenia, bo po tak długim czasie człowiek potrzebuje uzupełnić nadwątlone siły. Pojedliwszy i pogadaliwszy na tematy wszelakie wróciliśmy jakoś w środku produkującego się akurat Hierophant. Przyznaję, fajnie to brzmiało, aż nóżka sama chodziła, a i główka się ruszało, przy czym dobiegły mnie pełne euforii opinie, iż całościowo występ urywał dupę wraz z nogami, więc uznać można, że Włosi się sprawili.

Niezależnie jednak od tego, jak dobrze łupał Hierofanta, następna kapela wieszczyła zło totalne. Profanatica. Ustawienie ich jako jednego z headliner’ów festu było ze wszechmiar doskonałym pomysłem, bo to, co Paul i spółka odstawili było wprost nieludzkie. Wcześniejsze heheszki zastąpiła powaga i atmosfera szatańskiego misterium, które to dokonało się na deskach Pralni. Poruszona była także publika, gdyż pod scenę napierdalano się srogo, szczególnie, że Amerykanie nie brali jeńców. Osobiście miałem szczękę przy samej ziemi, słuchając tego na żywo. Już odsłuchy płytowe dawały to wyborne poczucie zła i obecności czegoś niewypowiedzianie złowrogiego, ale dopiero możliwość oglądania Profanatici ze sceny pozwoliła w pełni cieszyć się tymi przymiotami. Przemoc, nienawiść agresja oraz pogarda dla religijnych fantasmagorii królowały tego wieczoru. Ostatni raz taki ładunek zła dane mi było odczuć przy Archgoat, przy czym nie przesadzę, że miało się poczucie, iż za każdym razem, gdy odgrywany był kolejny kawałek, gdzieś na świecie płonął jakiś kościół.

Łysy: Koncert Hierphant praktycznie przespałem. Zrzućmy to na karb trudów podróży he he… Profanatica jednak mocno postawiła mnie na nogi. Trudno się dziwić, mistrzowie pindol metalu zobowiązują w końcu. I nie ma co tutaj słodzić. Profanatica to Profanatica. Mistrzowie satanistycznego misterium jak to Bart napisał. Tak właśnie powinien wyglądać black metal. Bez kompromisów, bez pozowania, bez słodzenia. Tylko szatan, magia i pogarda dla wszystkiego co święte. Nie mam nic więcej do dodania, to trzeba było po prostu widzieć.

Targany burzą emocji udałem się do baru, gdzie w zacnym gronie wypito czystą, by następnie udać się na drugi headliner Into The Abyss, jakim było Vallenfyre. Ciekawy byłem, jak to imć Greg Mackintosh będzie brzmieć na żywo, bo dokonania płytowe mogę określić, jako co najmniej bardzo dobre. Chwila oczekiwania, Anglicy jeszcze robią ostatnie szlify w strojeniu… nagle na scenę wchodzi Greg i klub Pralnia zostaje zniszczony, nie! Rozjebany w drobny mak. Dawno nie oglądałem czegoś tak świetnego, widać było, że są to starzy wyjadacze, którzy jednak umieją się bawić wraz z publiką. Kawałki zadawały, co i rusz publice ciężkie obrażenia na przemian atakując szybkimi, śmiertelnymi ciosami, czy też wolnym, dusznym tempem. Świetny był także poziom interakcji z publiką, Greg chętnie rozmawiał z zebranymi pomiędzy poszczególnymi kawałkami, przy czym nie brakowało dawki swoistego humoru. Można było się dowiedzieć, że mało brakowało, a Vallenfyre nie dotarłoby do Wrocławia, z powodu jakichś utrudnień we Frankfurcie, oraz że jebać Niemców. Zaprawdę, zaprawdę powiadam czytelnikom Kejosa, kapitalny był to występ, zaś set pozwolił publice osiągnąć apogeum bestialstwa pod sceną (komuś chyba nawet rozjebano butem skroń, bo zwijał się na ziemi. Wiadomo, metal to nie rurki z kremem), które trwało nieprzerwanie od zagranego na wjazd „The Generation”, by płynnie przejść w „Scabs”, a następnie „Nihilist”, które wzbudziło najwięcej euforii wśród tańczących. Dalej leciały pociski w postaci „Cathedrals of Dread”, kapitalne „Kill All Your Masters”, „Mericless Tide”, „Desecration”, Savagers Arise” zaś jako wisienkę na torcie zgnilizny zagrano wyborne „Splinters”.

Było już nieco po północy bodajże, tłum w klubie się przerzedził, także za sprawą ochrony, która pomagała w ewakuacji tych bardziej najebanych (lub śpiących królewiczów). Kawy niestety w barze nie serwowano, ale chciałem zobaczyć jeszcze piewców zarazy znanych, jako Temple Desecration, szczególnie, że ich EPka „Communion Persihed” robiła mi wybitnie dobrze. Bluźniercy z Tych rozpoczęli granie dla dość okrojonej publiki, jednak wciąż mogącej dokazywać w tańcu (tym razem komuś rozwalono nos). Nie wiem, czy to była wina znużenia ale nie czułem jakoś specjalnego uniesienia, choć gdy poleciało znane intro wyjęte z „Matki Joanny od Aniołów” wiedziałem, że słabo nie będzie. Oba kawałki z „Communion Perished” siadły mi idealnie, zagrane z odpowiednią dawką diabła. Zmęczenie jednak i konieczność powrotu zmusiły mnie do ewakuacji do miejsca spoczynku.

Konkludując: tegoroczne Into The Abyss mogę uznać za imprezę wyjątkowo udaną, z kurewsko mocnym składem, który perfekcyjnie wywiązał się z zadania deprawowania dusz publiki. Liczne standy z bogatym merchem oraz bus z burgerami zaliczam na dodatkowy plus. Minus? Nagłośnienie, szczególnie na początku, co położyło Warfist. Na FOAD dało się ściągnąć zacnego speca, to i może tu następnym razem niechże się pojawi? Także minusem było nagłe odwołanie harców na drugiej scenie (choć to nie wina organizatorów ITA), i przez to przepadło obcowanie choćby z Kultem Mogił. Definitywnie jednak wbiję na następną edycję!

Łysy: no tak. Ostatnie dwie kapele, to dla mnie już zjazd. Za Vallenfyre nie przepadam, a Temple Desecration widziałem już na styk i chwilowa przerwa od oglądania ich na żywo na pewno zaowocuje głodem spotkania ich gdzieś w przyszłości. Na szczęście Bart stał na straży. Ogólnie rzecz biorąc III edycja ITA to udany festiwal mimo zjebanego brzmienia, z którym jak widać dźwiękowiec nie potrafił sobie poradzić (Auroch) i frekwencja. Jeden dzień, tyle kapel a publiki tak jakby mniej niż rok temu. Ja rozumiem, że Urn tego samego dnia na Śląsku pogrywał, ale żeby nie ruszyć dupska na Profanaticę… tego już nie kapuję. 

Autor

45 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *