Po letniej posusze w koncertach jesienna ofensywna ruszyła z pełną mocą. Zatrzęsienie koncertów jest potężne, ale niestety nie da się pójść na wszystko… ale jak się da to niech to będzie coś mocarnego, tak jak gig z Immolation, którego już pierwsze ogłoszenie kilka miesięcy temu niemal krzyczało „Musisz tu, kurwa być!”. Posłuszny temu nakazowi, poszedłem.

W dzień koncertu zabraliśmy do Wrocka z bdb kolegą i jego piękną połowicą, prosto po robocie. Podróż, z drobnym przystankiem na kolejnego znajomka, minęła całkiem sprawnie i na miejsce dotarliśmy pół godziny przed otwarciem bram. Tam poczekałem jeszcze na ekipę, by następnie ulżyć spragnionemu gardłu i uderzyć do Piotra i Pawła po drugiej stronie ulicy po jakieś trunki. Akurat, gdy wypilim co, zapalilim co, a następnie poprzybijało się jeszcze piątki z kilkoma bdb znajomymi, to już można było lokować się w klubie. Na bramce rzecz jasna Wielki Organizator, Mintaj we własnej osobie, zaś w środku drobne zaskoczenie. Klub pamiętam z drugiego dnia Into The Abyss Fest, gdzie działy się rzeczy nieludzkie (także pod względem konsumpcji alkoholu). Tym razem bar i sala znane z poprzedniej wizyty stały zamknięte, zaś mijając stoisko z alkoholem, którego to jakoś niezwłocznie przetestowaliśmy, przechodziło się do sali sąsiadujących Zaklętych Rewirów. Wnętrze dość obszerne, spory bar – niezgorzej.

Zaraz przeto poleciałem obczajać merch. Koszulki Melechesh, Immolation w cenach nawet dobrych ale jakoś szału z wzorami nie było. Azarath albo się wtedy jeszcze nie rozstawili albo jakimś cudem przeoczyłem. Uwagę mą za to przykuł stojący smutno z merchem ITE sam Cyprian. Po krótkim powitaniu i pogratulowaniu wydania bdb krążka tegorocznego mój portfel zbiedniał o 30 złociszy, sam zaś wzbogaciłem się o album „Vanitas”.

Z fajka i pogaduszek o życiu wyrwały nas dźwięki pierwszej kapeli. Oto na scenie lokowało się rumuńskie Sincarnate. Band dotychczas mi nieznany, choć jedna bdb koleżanka zachwalała, to wypadało choćby z szacunku do niewiasty posłuchać. Samo Sincarnate źle nie grało. Przyjemny, ciężki jak nagrobna płyta, death z melodycznymi elementami, aczkolwiek na otwieracz lepiej by się sprawdziło coś z większym kopem. Niemniej szło pokiwać główką, więc słabizny nie było.

Potem chwila na spłukanie gardła, rozmów i na fajek, by wrócić prosto na In Twilight’s Embrace. Ostatnio widziałem ich na Metal Mine i choć musiałem się wtedy na chwilę urwać z festu, to wystarczyło, by mną pozamiatali. A teraz… cóż, nie wiem czy to wina zmęczenia może po robocie, czy może piwko lekko uderzyło ale jakoś tak zbyt spokojnie było. Na Metal Mine każdy kawałek był strzałem w pysk tutaj zaś brakowało mi czegoś. Trochę szkoda, aczkolwiek złego słowa tak naprawdę powiedzieć się nie da, bo nie było słabo. To nie ta liga, by wiało chujem ze sceny na koncertach, jednakże pewien niedosyt człowiek odczuwał.

Jako, że natura nie znosi próżni zapełniliśmy ją w te pędy złocistym dobrem, potem pospieszny fajek i pod scenę, gdzie oczekiwaliśmy na gości z Ziemi Świętej, Melechesh. Tych wymiataków pierwszy raz usłyszałem na Brutal Assault i roznieśli mnie na kawałki, więc teraz również oczekiwałem nieludzkiej chłosty z elementami orientu w muzie. I to dostałem. Ledwo jak zaczęli grać, to nie szło ustać w miejscu więc z bdb kolegą polecieliśmy w tany. Muza wchodziła gładko w uszęta niczym zimna wódeczka w spragnione gardło, dlatego tany były nieprzerwane niemal cały występ ale mimo to odnotowałem, iż publikę uraczono pradawnymi inkantacjami oznaczonymi jako „Grand Gathas of Baal Sin”, „Defeating the Giants”, „Traingular Tattvic Fire” zaś na koniec poleciał strzał ostateczny w postaci „Rebirth of Nemesis”. Piękne to było. O takie napierdalanie walczyłem.

Jako, że człowiek strudzon był, i wytrzeźwieć przez tańce zdążył, to stosownym było się orzeźwić, wypić co, a następnie czekać na następny band. Pod scenę wróciliśmy dosłownie na chwilę przed rozpoczęciem bluźnierstwa szerzonego przez…

Azarath! Trochę się obawiałem jak to będzie brzmieć na żywo po odejściu Necrosodoma, ale na szczęście płonne to było. Bo jak już zaczęli, jak przypierdolili na wjazd tym „Slain God” to pod sceną rozpętała się wojna. Gdy już podeptano zaplute, boskie ścierwo, można było przejść do dalszej szerzenia nienawiści, bo oto leciało „Christscum”, a następnie plugawiono publikę poprzez „Baptized in Sperm of the Antichrist”. Później już było tylko lepiej, nieustającą przemoc i ciężkie rany z radością można było sobie zadawać przy „At the Gates of Understanding”, „For Satan My Blood”, „Annihilation”, „Doombringer”, „Devil’s Stigmata”, „Let My Blood Become His Flesh” zaś litanię piekieł zakończyło „Destroy Yourslef”. Czy było to dobre? NIE! Zajebiste? TEŻ NIE! To był absolutny, depczący wszystko, co święte wykurw. Skullripper z Embrional na wokalu sprawdzał się kapitalnie, zaś Inferno dosłownie masakrował za perkusją. Aż by się chciało jeszcze więcej, jeszcze dłużej ale niestety nie ma zmiłuj.

Wyczołgawszy się ledwie żywi ze stosu pomordowanych udaliśmy się na fajek, by tam chwilę pogadać z napotkanymi muzykami z Melechesh, po czym podreptaliśmy na ostatni występ tego wieczoru.

Pamiętam pierwsze moje spotkanie z Immolation na żywo. Łoili wtedy numery z „Majesty and Decay”, zaś ich muza przemieliła mnie na krwawą miazgę, a że tegoroczne „Atonement” to destrukcja najwyższej klasy, spodziewałem się nie wrócić żywy. I zaczęło się, ten charakterystyczny riff mógł zwiastować oczywisty wstęp w postaci „The Distorting Light”, by rozpętać kruszące mury piekło. Nawałnica szła piękna, podkreślana idealnie ciężkim, grobowym growlem Rossa, jasna cholera jak to kurewsko dobrze brzmiało! Trochę materiału poleciało z nowego albumu, więc poza otwieraczem wyłapałem jeszcze „Rise the Heretics”, „Destructive Currents”, „Fostering the Divide”, a także „When The Jackals Come”. Repertuar zniszczenia dopełniały także „Kingdom of Conspiracy”, „Nailed to Gold”, zaś całość wieńczyło przepyszne „Burial Ground”. Zajebiście, że tłukąc materiał z nowej płyty pokusili się o granie też wałków z pierwszego długograja. To granie dewastowało, tańce pod sceną szły srogie, więc nie można mówić tym razem, by Wrocław miał kije w dupie. Immolation zmiażdżyli Wrocław i starli w pył, nie można mówić o choćby najmniejszym spadku formy.

Gdy ucichła muzyka pozostało już tylko zebrać się do domu z przeświadczeniem, że warto było tłuc dupsko w środku tygodnia do stolicy Dolnego Śląska. Ten wieczór definitywnie należał do Melechesh i Azarath bo to, co się działo zaprzeczało wszelkim, zdrowym zmysłom. Immo to klasa sama w sobie, ale przy tym, co odstawiły kapele grające przed nimi brzmieli aż spokojnie (sic!). Więcej takich gigów, więcej mocarnego wpierdolu ku hołdzie rogatego. Jak ktoś nie był, niech żałuje. Stracił kawał zajebistej muzy.