Immolation, Azarath, Melechesh, In Twilight’s Embrace, Sincarnate; Kraków, Klub Zet Pe Te; 26.09.2017

26 września roku 2017 oficjalnie rozpoczęła się jedna z najlepszych koncertowych jesieni od wielu, wielu lat… Nie ma sposobu na obejrzenie wszystkich koncertów, chyba że ktoś oleje robotę i wygra w lotto. Albo odwrotnie. W każdym razie ja zdaję siebie sprawę z faktu, że lista koncertów, na których chciałbym być, jest dużo dłuższa niż tych, na których się faktycznie pojawię, ale tego wtorkowego wieczoru zostać w domu po prostu nie wypadało…

Późnym popołudniem wyjeżdżamy z Rzeszowa, wprowadzamy się w dobry nastrój za pomocą rozsądnej ilości napojów wyskokowych i zaraz przed 19:00 wbijamy na miejsce. Chwilę to trwało, zanim znaleźliśmy lokal. Wbijamy do środka, piwerko i pod scenę, bo już rumuński Sincarnate rozpoczyna swój występ. Nie śledziłem wcześniej Internetu zbyt wytrwale, więc to, że dołączyli do składu, jakoś mi umknęło. Postanowiłem zobaczyć jednak kilka minut ich występu. Dokładniej rzecz ujmując: dwa numery. Było to całkiem znośne granie pod znakiem amerykańskiej szkoły śmierć metalu. Nie porwali mnie jednak, więc postanowiłem udać się na papieroska. Sincarnate nie będzie zapamiętany z tego wieczoru na długo.

Warto w tym miejscu wspomnieć nieco o klubie, bo Zet Pe Te to nowy (przynajmniej dla mnie) punkt na koncertowej mapie Krakowa. I mi się bardzo podoba. Zajebisty wygląd sali koncertowej przypominający halę produkcyjną albo stary dworzec kolejowy. Przestrzeń przed barem bardzo przestronna, dużo miejsc siedzących. Kible też do zaakceptowania. Wkurwiać może jedynie skandaliczna cena piwa. Jeszcze jakbym płacił 9 zł za „kufel” czegoś w miarę porządnego… Trzeba przeżyć. Albo nachlać się wcześniej hehe. Chwila na dymka, piwo, kolejne znajome mordeczki wbijają do klubu. To mi się podoba!

Pogaduszki czas jednak kończyć, bo zza ściany dobiegają już pierwsze dźwięki generowane przez In Twilight’s Embrace. Ich występ mogę zamknąć w kilku słowach: bardzo dobrze, bardzo intensywnie, bardzo krótko. Chłopaki skupili się na numerach z wydajnej na dniach płyty „Vanitas”, którą jeszcze znam pobieżnie, ale wiem, że kopie dupsko niemiłosiernie. Lepiej niż poprzednia. Cyprian dwoił się i troił, żeby zapewnić dobry show. Szkoda, że ledwo zaczął, a już musiał kończyć. Nie wiem czy chłopaki dostali chociaż 30 minut. Bardzo w to wątpię, bo numerów odegrali dosłownie kilka. Nie przeszkadzało mi jednak to w uznaniu tego czasu za bardzo dobrze spędzony. Dobry koncert, choć bez pełnego setu pozostaje gigantyczny niedosyt, tym bardzo, że bardzo lubię twórczość chłopaków.

Po występie In Twilight’s Embrace przyszedł czas na dłuższą przerwę, bo akurat Melechesh jest kapelą, która nigdy mi nie podeszła. Mimo licznych porównań do lubianego przez mnie Nile nigdy ich granie mi nie zaskoczyło, a podchodziłem do nich już kilkakrotnie. Popatrzyłem jednak na scenę jednym okiem podczas kupowania piwa. Nie zostałem zachęcony do tanów. Tym bardziej że główne dania mięsne dopiero przed nami.

Pierwsze dźwięki generowane przez Azarath sprawiły, że rzuciłem fajką o ziemię, dopiłem piwo jednym łykiem i pobiegłem pod scenę. Bardzo dużo wody w Wiśle upłynęło od czasu, gdy wdziałem tę hordę live po raz ostatni. W międzyczasie zdarzyły się przetasowania w składzie i dwie nowe płyty. Tym razem postanowiłem udać się w tany. Jeśli ktoś zadawał sobie pytanie: jak na scenie poradzi sobie „nowy” Azarath, rozwiewam wątpliwości: to jest pierdolona bestia. Inferno za garami dodał tej bestii istnego galopu, a Marcin, jako frontman jedynie palił i pluł jadem. Ten skład sprawdza się znakomicie. Obawiałem się nieco o to, kto obstawi pozycję gitarzysty / wokalisty, bo poprzednik był naprawdę znakomitym wodzirejem zagłady, ale pełen szacun dla Marcina. Ma to, co w Azarath niezbędne: bezkompromisowość. Po prostu nie ma się do czego przyczepić w kontekście tego występu. Brzmienie jak na moje „po pięciu piwach” ucho było bardzo dobre. No i dobór numerów… Setlista nieomal idealna. Z nowej płyty naliczyłem jedynie dwa numery. Z poprzedniczki jeden, a reszta to same kurwa pierdolone „przeboje”: „For Satan My Blood”, „Devil’s Stigmata”, „Whip The Whore”. Szaleństwo Panie i Panowie! Istne szaleństwo! Co ciekawe, nowe numery nie wypadły jakoś bardzo blado na tle tych starszych. To tyle. Byłem rozjebany na kawałki, połknąłem piwo razem z kuflem i usiadłem sobie w spokoju, trawiąc to, czego byłem świadkiem przed momentem. Doskonały występ. Nie chce pisać, że są w szczytowej formie, bo „za starych czasów” też było grubo… Niemniej jednak warto wybrać się i sprawdzić ich kondycje sceniczną samemu. Nie biorą jeńców, zostawiają jedno popiół i zgliszcza. Kolejne piwo i papieros upłynęły w podniosłej atmosferze ostatniego gigu, bo „For Satan my blond, For Satan my soul, For Satan!!!!!!!!!” wrzeszczałem nie tylko ja hehe.

I jak zwykle z „przedziału dla palących” wyrwały nas pierwsze dźwięki dania głównego. To już mój trzeci koncert Immolation, więc już wiedziałem czego się spodziewać. Zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Nie jestem jakimś zajebistym fanem śmierć metalu, ale Immolation uwielbiam za brzmienie, za geniusz kompozycyjny i za oryginalność. Szczególnie ta ostatnia cecha jest bardzo rzadko spotykana w świecie death metalu. Oni mają jednak je wszystkie skoncentrowane niejako w osobie Rossa Dolana. Osoby naprawdę wyjątkowej. Gość przechadzał się przed występem po knajpie, robił sobie selfi z fanami, pogadał, uśmiechał się od ucha do ucha zbijając „piąteczki” i „żółwiki”. A gdy wyszedł na scenę, nastąpiła transformacja, po której gość przeistoczył się w machinę do rozłupywania czaszek. Niewiarygodnie. Brzmienie takie, jak być powinno: gęste i selektywne. Numery wałkują czaszkę, a ze sceny bucha istny ogień. Tyle. Niby wszystko ok, ale był to jednak najsłabszy koncert Immolation, na jakim byłem. Sporo nowości. Ja jestem trochę w plecy z nowymi wydawnictwami, bo naturalnym jest, że zamiast sięgać po „Atonement” czy „Kingdom of Conspiracy” ręka sam zmierza po takie „Failures for Gods”. Proste. Dlatego mam zarzuty pod kontem setlisty. Jak kurwa mogło zabraknąć: „No Jesus,No Beast” czy „Father You’re Not A Father”? Miałem nadzieję, że może coś na bis zagrają, a oni zwinęli się i nie wyszli ponownie na scenę. Szkoda wielka. Była rekompensata w postaci „Close to a World Below” czy „Into Everlasting Fire”, ale „moich” (i myślę, że nie tylko moich) numerów nie zagrali. Długo bym mógł wymieniać, jakich numerów mi brakło. Pewnie każdy tak miał. Nie zmienia to faktu, że koncert znakomity, ale bez tego „wow!”. Ale metal to nie koncert życzeń. Podoba się, a jak nie to wypierdalaj. Podobało się. Ostatecznie jednak trzeba było wypierdalać z lokalu i udać się w drogę powrotną do stolicy Podkarpacia. Wyjazd uznaję za bardzo udany.

Autor

664 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *