Jako że mama pozwoliła mi nie iść do szkoły w piątek, udałem się w czwartkowy wieczór do Ucha, by zobaczyć występ Immolation i Azarath w ramach ich trasy po Polsce. Po przywitaniu się z kim trzeba i wypiciu z kim trzeba, ustawiłem swe dupsko przy scenie w celu zobaczenia suportów poprzedzających te dwa znakomite hordes.

Na pierwszy ogień wyszło rumuńskie Sincarnate. Była to moja pierwsza styczność z tym zespołem i przyznam, że była ona dość pozytywna. Klimat, w jakim się obracają jest mieszanką black i doom metalu. Z tego, co usłyszałem ze sceny, większość kawałków była serwowana z najnowszego ich albumu zatytułowanego „In Nomine Homini”. Szybkie agresywne partie gitarowe mieszały się z wolniejszymi, dając bardzo ciekawy efekt, a wszystko to spinały chórki w tle. Nie drogi czytelniku, nie były to chórki jak w zespole na B.


Chwilka przerwy na siusiu a tutaj już na scenie In Twilight’s Embrace wraz ze swoim najnowszym dziecię „Vanitas”, które zdążyło już mocno zamieszać na polskiej scenie. Poznaniacy na żywo nie zawodzą tak samo, jak na albumach, muzyka przez nich prezentowana to melodyjny death metal z wyśmienitą nutą black metalu. Osoby, które mieszkają pod kamieniem i nie miały jeszcze styczności z tym zespołem, niech jak najszybciej nadrobią zaległości, ponieważ jest to koncertowa petarda, która sama się broni pod względem muzycznym, jak i artystycznym. Nie znasz? Nie byłeś? Nadrób!

I teraz nastał czas na dłuższą przerwę i podpijanie piwa z kubeczka dziewczyny. Na deskach ucha wylądował właśnie pochodzący z Izraela Melechesh. Niektórzy mówią, że jest to takie Amon Amarth, tylko że w klimacie bliskiego wschodu. Nie mi to oceniać, bo muzyka prezentowana przez oba te zespoły średnio mi podchodzi, od taki black/death z folkowymi klimatami niewyróżniający się niczym szczególnym.


Hop siup, zmiana dup i mamy Azarath! Otworzył się kocioł, a ludzie wlatywali do niego niczym owieczki na rzeź, Ci bliżej sceny za to urywali swoje łby, kręcąc rytmicznie do ociekającego siarką, krwią death metalu. Ostateczne dzieło zniszczenia dopełnił Inferno który zasiadł za garami po raz pierwszy od ponad pięciu lat. Należy również wspomnieć o nowym wokaliście Marcinie, który na co dzień pogrywa i zrywa swoje gardło w Embrional. Wpasował się on idealnie do zespołu, a jego wokal odpowiednio pieścił uszy zgromadzonych. Do samej setlisty również nie ma co się przyczepić, zawierała ona prawie same szlagiery pomieszane z najnowszymi utworami z albumu ,,In Extermis’’ które powodowały, coraz to większy rozpierdol. „Baptized In Sperm Of Antichrist” czy „Whip The Whore” to tylko przykładowe rzygi, jakie się wtedy pojawiły.


Po otarciu potu z czółka nadszedł czas na crème de la crème, jakim jest nowojorskie Immolation. Gruz się sypał równo, a ludzie padali pod wpływem energii wylewającej się ze sceny. Amerykanie nie biorą jeńców, od samego początku do końca trzymają równy poziom, tak by każdy wyszedł usatysfakcjonowany z ich koncertu. Nie ma się tu czego dziwić, Immolation od lat jest w czołówce zespołów death metalowym, a na swym koncie nie mają ani jednego słabego wydawnictwa. Na żywo można było usłyszeć kawałki ze starych, jak i nowszych dokonań. Przemielony ich gitarami wpakowałem się w rydwan, który zawiózł mnie pod drzwi domu.
Koncert jak najbardziej udany i wart zobaczenia, dawno nie widziałem tylu dobrych hordes jednego wieczora.