Jak ktoś mnie zna, to zna i moją niezachwianą i ślepą miłość do jednej kapeli , dla wielu będącej synonimem kiczu, komercji i czego tam jeszcze. Ale mam to głęboko w dupie, bo od Guns N’ Roses wszystko się zaczęło – przynajmniej w moim przypadku.

Przyznam, że nie planowałem wyjazdu do Pragi, bo nastawiałem się raczej na koncert w Gdańsku. Szczęśliwym zrządzeniem losu jednak nie zdążyłem kupić biletu na Stadion Energa. Początkowo smutek opanował me serce, jednak powziąłem kroki i kupiłem bilety do Pragi dzięki jednemu konikowemu portalowi. Trochę się obawiałem czy to wypali, ale stwierdziłem, że kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. I chuj.

Odliczałem więc dni i godziny do daty lipcowej, a w międzyczasie wydarzył się jeszcze sławetny koncert w Gdańsku, gdzie Live Nation dało dupy po całości – aż dziw bierze, że nikt tam się kurwa nie zadeptał, bo by się Gdańsk 2017 kojarzył fanom Gunsów z Donnington 1988, bo ponoć organizacja była podobna (tylko nikt nie wpadł na zrobienie Golden Circle na 3/4 płyty, hehe)… Zasiało to jednak ziarno niepewności w moim sercu, ale myślę – raz się żyje. Nadszedł dzień wyjazdu do Pragi, spakowaliśmy się więc z kobitą i wyruszyli w podróż. Koncert wypadał w drugi dzień naszego pobytu i nie przesadzę jeśli powiem, że już od dnia poprzedzającego czuło się coś zajebistego w powietrzu – Praga, miasto olbrzymie, ale co rusz wpadaliśmy na grupę ludzi w koszulkach i bluzach GNR. Sam koncert miał miejsce we wtorek, na lotnisku Letnany – wybraliśmy się tam już mniej więcej w okolicach godziny 14:00 po pierwsze, żeby znaleźć w miarę przyzwoite miejsca, po drugie – przecież to Guns N’ Fuckin’ Roses, idoli moi od wieku pacholęcego! Gdy przybyliśmy na miejce przywitały nas fale ludzi nadciągających zewsząd, w obłokach zielonego i z pysznymi czeskimi piwami w dłoniach. Większość w koszulkach z ocenzurowanej „Appetite for Destruction” lub innych wzorów a’la H&M, dumny więc byłem że w tym dwudziesto czy trzydziestotysięcznym tłumie nie wypatrzyłem nikogo z t-shirtem takim jak mój (czyli pierwszą, najlepszą okładką „Appetite for Destruction” autorstwa Williamsa). Moje wątpliwości rozwiały też długaśne stoiska z kranami z piwskiem (Pilsner, mniam mniam), czyli znów Czechy – Polska 1:0. jeszcze chwila niepewności przy bramce – czy wejdę na tym bilecie, czy nie wejdę… Kurwa, wchodzimy!

Lotnisko Letnany olbrzymie jest, choć wielkiego porównania nie ma, hektary to hektary, a więc sobie sami wyobraźcie jak duże musi być coś, co pomieści kilkadziesięciu fanów, którzy przybyli obejrzeć Guns N’ Roses w hm… niemal oryginalnym składzie. Czy jeszcze podczas poprzedniego ich koncertu, jaki było mi dane widzieć w Rybniku, przypuszczałem że Slash i Axl pojawią się na jednej scenie? Ni chuja, lub jak kto woli – not in this lifetime! A jednak. Przyznaję, byłem podjarany jak ten dziesięcioletni Kubuś co biegał po pokoju oblepionym plakatami z „Bravo” i „Popcornu”. Ok, uderzyliśmy pod scenę, gdzie już około 17 było dość mocno zapełnione ludźmi – o dziwo Golden Circle było prawdziwym Golden Circle zajmującym może z 1/5 całości. Luba zajęła miejsce, ja skoczyłem po piwko, a jak wróciłem to akurat zaczęła grać pierwsza kapela. Nie znałem i nie wiedziałem wcześniej co to ma być ta cała Jesse Jo Stark. Okazało się, że dziewucha ma całkiem spoko głos i muzycznie to też nie była tragedia – coś jakby połączenie lepszych kawałków Lany Del Rey (wokalnie) z Lerą Lynn. Zagrała coś około pół godziny, i jak już powiedziałem – było to całkiem spoko granie, choć nie oszukujmy się – zdecydowanie wolałbym coś co znam i lubię. Nie wiem, Rose Tattoo może? Albo skoro przy Czechach jesteśmy to jakiś Pokolgep?

Ale i tak było o niebo lepiej niż przy kolejnej kapeli, która o dziwo Czechom się podobała – nazywali się Biffy Clyro i grali bezpłciowego rocka, coś jak Coldplay (jeden pomorski dzienikarz muzyczny pewnie by szczytował). No kurwa, straszne to było i wygoniło mnie po kolejne piwko. I pomyśleć, że w Polsce zamiast nich było Killing Joke (których fanem nie jestem, ale po tym koncercie fanem Biffy Clyro nie jestem bardziej).

Teoretycznie Guns N’ Roses mieli zacząć o godzinie dziewiętnastej. Z jednej strony dość wcześnie, z drugiej – człowiek zdąży na kwadrat wrócić, z trzeciej – wiadomo, jakie podejście ma Axl do punktualności. I tak, kilkanaście minut po 19:00 stwierdziłem „idę po piwo, kobieto” i mnij więcej gdy odszedłem kilkanaście metrów usłyszałem intro z „Looney Tunes”… Czyżby jednak? No raczej. Obrót o 180 stopni i biegusiem na swoje miejsce.

„Prague, you’re ready for a little Bohemian Tragedy?” Padło pytanie zza sceny. Bardzo kurwa jego mać chętnie! I pierwszy riff otwierający „It’s so Easy” i widzę jak na scenę wchodzą, jeden po drugim, a na koniec Duff, Slash i Axl. To się dzieje! Wszystko brzmi idealnie i nie dlatego, że jestem zapatrzony w ten zespół jak sroka w kość, po prostu dźwiękowcy w Pradze stanęli na wysokości zadania. Zaraz po „It’s So Easy” kolejny szlagier z debiutu – „Mr. Brownstone”. Kto zna tekst ten drze ryja, kto nie zna, robi karpika. Slash odgrywa wstęp bezbłędnie, a Axl nadąża w refrenie, więc jest idealnie. Zaraz po tym leci bodajże tytułowy z „Chinesse Democracy” – zastanawiałem się ile kawałków z tej płyty zagrają, okazuje się, że poza nim później usłyszymy jeszcze „Better” (choć zagrane lekko bez życia, pamiętam, że w Rybniku pięć lat temu miało większą moc) oraz „This I Love”, które wypadło bardzo dobrze. Obserwując scenę widać było, że to w stu procentach zespół rock’n’rollowy i mogą nie gadać ze sobą (zresztą taka prawda, że oni nie byli zespołem kolegów od 1992 czy 1993 roku), ale show nadal potrafią robić świetny. Jasne, widać było pewien dystans między Slashem a Axlem, próżno było szukać objęć i żartów, ale każdy trybik tej maszyny oddzielnie i tak działał idealnie. Ok, wracamy do koncertu – dostajemy kolejny strzał w postaci „Welcome to the Jungle” – cały stadion śpiewa z Axlem. Co zaś właśnie Axla się tyczy – nie było już takich wtop z głosem jak kilka lat temu, ale nie ma też już tych możliwości co trzydzieści lat temu niestety. Było dobrze, choć chwilami miałem wrażenie, że po prostu nie ma siły wyciągnąć wyżej… Chwilowy skok do numerów z „Use Your Illusion” – elektryzujący „Live and Let Die” i świetny, niedoceniony „Double Talkin’ Jive” – oba zagrane z werwą a co najlepsze – widać, że kapela świetnie się przy nich bawiła. Ba, bawiła się świetnie przez cały koncert. Na dokładkę „Estranged”, który dla mnie osobiście nosi znamiona geniuszu kompozycyjnego – świetnie, że zdecydowali się na zagrani tego dziewięciominutowego molocha, bo naprawdę było warto. Po nich lecimy z „Rocket Queen” – numer genialny, a do tego dość miło mi się kojarzący… i jedynie szkoda, że nie puszczono choćby z taśmy wiadomych odgłosów spółkowania, heh… Po nim znów lecimy z zestawem z krążków z 1991 roku – „Civil War”, niszczący „You Could Be Mine” (na tym etapie gardło miałem już zdarte, a to dopiero miała być połowa koncertu), „Coma”, a gdzieś tam pomiędzy oddano mikrofon Duffowi, który poczęstował nas medleyem „You Can’t Put Your Arms Around the Memory / Attitude”. No, Duff nadal ma jaja, mimo że ponoć został abstynentem, hehe! Oczywiście Axl zaliczył już którąś zmianę stroju, Duff też wzuł na siebie koszulkę z podobizną Lemmy’ego. Po tym przyszła kolej na Slasha – i choć pewien niedojebany redaktorek dziwił się, że w 2017 roku Slash nadal wycina solówki w dziwnych pozach, trzymając gitarę na kolanie – tego kurwa właśnie oczekiwałem! Motyw z „Ojca Chrzestnego” przeszedł gładko w otwarcie „Sweet Child O’ Mine” i całe lotnisko ogarnął amok – wiadomka, ten numer znają nawet Ci, co przyjechali na Guns N’ Roses, bo kojarzą zespół po logo z koszulek na instagramie. Ale nie przeczę, też go lubię. Potem pierwszy akcent z „GNR Lies” w postaci „Used to Love Her”, zapowiedziany przez Axla jako „utwór o związkach, relacjach i takim tam gównie” i „My Michelle”. Po nim Axl schodzi ze sceny, a pozostali muzycy intonują „Wish You Were Here” Pink Floyd. Po chwili na scenę wyjeżdża fortepian, do którego zasiada wokalista, który właśnie zjawił się na scenie. Ktoś przynosi mu browarka a ten żartuje, że w USA nie mówią na niego Budweiser, ale Chechovar. Widać, że w drugiej połowie Axl był już bardziej rozluźniony, a może przez to że mógł odegrać swój ukochany numer…? Po nim kolejny cover, tym razem „Black Hole Sun”, który wypadł naprawdę znośnie. I zanim usłyszę, że Gunsi jadą na śmierci Cornella i dlaczegóż mieliby grać grunge’owy numer – Soundgarden supportowało ich na trasie ćwierć wieku temu. Najpierw więc trochę historii, a potem narzekań. Po nim zaczynamy pukać… Myślałem, żę ten kawałek już mi się przejadł, ale nie w wersji live – wypada naprawdę niesamowicie. Chwila przerwy, coś jakby pierwsze zejście za kulisy, ale po chwili wracają i słyszymy wszyscy jak kapela intonuje „Nightrain”. W tym momencie mam kurwa orgazm – ten numer ma w sobie taki ładunek szaleństwa, że ja naprawdę wysiadam tego pociągu. Trochę szkoda, że po nim kapela uspokaja atmosferę grając „Patience” i „Sorry”. Zaraz po nich dostajemy cover AC/DC, odegrany na mistrzowskim poziomie – kurwa, wiele bym dał, żeby zobaczyć ich w akcji z tym coverem w 1985 roku! Po nim znów atmosfera się lekko uspokaja, bo grają numer, którego ponoć nie zagrali w Polsce – „Don’t Cry”. Kilku starszych fanów wyciąga w górę zapalniczki, ale szybko dają sobie spokój – powietrze rozjaśnia się od wyświetlaczy smartfonów, więc zapalniczki znów służyły tylko do odpalania blantów (zapach unosił się praktycznie przez cały czas). Po tym niezaprzeczalnym hicie moje wielkie zdziwienie, bo grają numer, którego nie rozpoznaję – dziś wiem, że to był cover The Who. No i przychodzi czas na wieli finał w postaci „Paradise City” – zagrany na olbrzym luzie, ale czuć ten szczególny dreszczyk – wszyscy wiedzą, że to koniec. Na finał numeru w powietrze strzela trójkolorowe konfetti w barwach czeskich, fajerwerki rozświetlają niebo nad lotniskiem Letnany a kapela w świetnym stylu zamyka całość występu. Na koniec tradycyjne ukłony, Axl rzuca mikrofon w publiczność, Slash częstuje zgromadzonych kostkami do gitary (którą notabene też zmieniał kilkakroć, ale co Les Paul to Les Paul), a Duff rzuca frotę rodzicom z kilkuletnim bajtlem w pierwszym rzędzie. Koniec. Zespół schodzi ze sceny a kilkadziesiąt tysięcy ludzi ma zapewne podobne wrażenie jak ja – że uczestniczyli prawdopodobnie jednym z lepszych koncertów w życiu.

Po skończonym występie fala ludzi wylała się z terenu lotniska w stron centrum i przejęła Pragę. Dla mnie osobiście ten koncert był doznaniem niemal mistycznym, ale kto nie wychował się na teledyskach Gunsów na MTV w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych tego po prostu kurwa nie zrozumie. Jestem naprawdę szczęśliwy, że mogłem uczestniczyć w tym koncercie – dla mnie nie miał on słabego punktu, wszystko było dograne od A do Z. Pod względem organizacyjnym (dziwne, że czeskie Live Nation potrafi, a polskie może im co najwyżej zrobić gałę i to jak ładnie poprosi), przez stronę artystyczną – wykonanie, dobór numerów (ok, zamiast coverów wolałbym na przykład „Reckless Life” czy „Out Ta Get Me” albo inne „Garden of Eden”, aż po ogólny luźny klimat koncertu i ludzi, którzy się na nim znaleźli. Niezapomniany wieczór.

Lepszych zdjęć nie miałem, więc możecie sobie zobaczyć jak piję piwo. ;]