Dawno już nie byłem na tak piekielnie dobrym koncercie. Konkretne zespoły, konkretna publika, konkretna organizacja. Zwłaszcza, że po letniej przerwie (ja z tych co na open airy nie jeżdżą), byłem wyposzczony jak dziwkarz po obrzezaniu. A że o Grim Harvest Festiwal wiedziałem już od dłuższego czasu, to ze zniecierpliwieniem odliczałem dni do tej piekielnej ejakulacji siarki i smoły.

Rzecz działa się w rzeszowskim Klubie Pod Palmą, gdzie zjawiłem się na kwadrans przed setem pierwszej kapeli. Przed bramami nie wyłapałem żadnych metaluszków w koszulkach krejdlów, raczej sama mocarna, undergroundowa publika, hehe. W środku przeglądnąłem świetny stolik z marchendisem (zo znaczy stół jak stół – cztery nogi i blat), zaopatrzyłem się w festiwalową koszulkę i udałem się pod scenę, by w towarzystwie nadobnej reprezentantki Krakowa oglądnąć koncert rzeszowskiego Excidium. I to co teraz napiszę na temat tych młodych duchem i wiekiem thrashersów nie jest podyktowane moją znajomością z częścią z nich. Excidium rozjebało. Świetny, krótki i treściwy set, w czasie którego zaprezentowali kawałki z debiutanckiego demo „Inferna Oath”, plus cover Venom. Dla maniaka staroświeckiego blackującego thrash metalu był synonimem orgazmu (ha! To już wiem skąd te plamy na spodniach, hehe). Kapela zabrzmiała dobrze, choć wokale (bo dwóch ich było) trochę były zagłuszone przez gitary. Ponadto nieczęsto zdarza się, iż na open’erze bawi się więcej osób niż na headlinerze (Impiety) czy przedostatnim, Spearhead… A jeden znajomy to nie chciał mi uwierzyć, że to co widzi, to pierwszy występ zespołu na żywo. Zwróćcie na nich uwagę, nie zawiedziecie się (Macie chłopaki reklamę od ChV.com, a co!)

W przerwie oczywiście alko i wódeczka, ale że organizacja przebiegała bez zarzutu to już po chwili scenę przejął stołeczny Bloodwritten. Nie znam ich najnowszego „Iniquity Intensity Insanity”, jedynie ich zabójcze demo „Reborn”. Koncert wypadł chłopakom równie dobrze, co ich poprzednikom, mimo, że muzyka z lekka inna, bo Bloodwritten napieprzał siarczysty black/death metal z dużą domieszką thrashu, który cechował się w ich wykonaniu sceniczną agresją i żywiołowością, głównie za sprawą Bastarda – gardłowego zespołu. Należy też podkreślić, iż ich kompozycje są dość różnorodne, nie jest to typowa sieczka dla Szatana, wyprana z emocji i bez polotu. Koncert opierał się w olbrzymiej mierze na utworach z drugiej płyty Warszawiaków, zakończyli zaś wykrzyczanym przeze mnie „Moon Speaks My Name” (bez niego relacja nie byłaby tak pozytywna, hehe, niech mnie więc szuka teraz CBA). Nie no, żartuje oczywiście, Bloodwritten wypadł naprawdę zacnie, sam koncert zalicza się do tych udanych. Mimo, że z publiką było trochu gorzej niż przy Rzeszowiakach…

Trzeci w kolejce do prania po mordzie chamskiej publiki byli Mielczanie z Deception. Panowie wciąż ogrywają na koncertach swój trzeci krążek, „Nails Sticking Offensive”, więc i tym razem nie było inaczej. W czasie ich występu dałem odetchnąć kościom, dlatego występ Deception oglądałem w doborowym towarzystwie, w wygodnej pozycji w loży. A Deception, jak to Deception – pozamiatał publikę, niczym dobrze naoliwiona maszyna do zabijania. Ot, taki death metalowy Terminator. A publika dała również pod sceną ognia, dobrze zaznajomiona z twórczością tria, gdyż zespół dość regularnie w Rzeszowie daje swoje recitale. Pół godziny gruchoczącej kości death’owej napierdalanki.

Deception zeszło ze sceny, by ustąpić miejsca swoim, że tak po hiphopowemu powiem, ziomkom – Stillborn. Panowie klasycznie w stułach czy jak się tam te klesze szaliki nazywają (swoją drogą naprawdę słodko wyglądaliby w komeszkach, dwóch niech rzuca na początku setu kwiatkami z koszyczka, a dwóch dzwoni na dzwoneczkach, hehehe – daję pod rozwagę), klasycznie nie pierdolili się tylko zgotowali pożogę, sodomę i gomorę, po kątach zaś było słychać płacz i zgrzytanie zębów. Koncerty Killera i jego ministrantów zawsze cechują się olbrzymią dawką agresji, bluźnierstwa i oldskulowego feelingu. Nie wiem, czy to własnie nie Stillborn zgromadził pod sceną Palmy największą publikę tego wieczoru. A było czego słuchać, bo napieprzali utwory z jedynki, dwójki, a także najnowszej „Esta Rebelión Es Eterna”, której niestety jeszcze nie słyszałem, ale myślę iż wkrótce się to zmieni. Na scenie fajer, pod sceną fajer, zwłaszcza trzeba było zobaczyć apogeum tegoż przy wykonywaniu „Holymother fucker” – amok! Ciekawym momentem też było zaintonowanie przez Killera powszechni znanej i lubianej pieśni „Któryś za nas cierpiał rany…” (a może było to „Wisi na krzyżu” – nie rozponałem, bom dawno na nieszporach nie był), a po nim na finisz, jak to w zwyczaju Stillborn ma – „Nightmare”. I tym razem chyba naprawdę wszyscy poznali, bo drzewiej to różnie z tym bywało, hehe…Stillborn pokazał klasę – i co się Dziwisz? Hehe…

Ostatnią polską hordą tej wrześniowej niedzieli było Infernal War. Planowo miało ich nie być. Ale bardzo dobrze, że się zjawili. No chyba, że ktoś wolał zobaczyć na deskach Pod Palmą Glorior Belli, w których to zastępstwie zagrali Infernale, to wówczas mógł być rozczarowany. Ja nie byłem i chyba tak właściwie mało kto był. Bo Infernal War zyskuje sobie już naprawdę dużą popularność w światowym undergroundzie. Ale jakże mogłoby być inaczej, po tak zajebistym kawałku muzyki, jaki znalazł się na „Redesekration”? Właśnie. Infernal War weszło na scenę, i nie odstawało w ogóle od reszty towarzystwa. Podczas ich gigu już nie mogłem wysiedzieć na dupie, ruszyłem w naprawdę mocny młyn – muzyka Częstochowian naprawdę wyzwala ogromne pokłady agresji i kto widział moje lewe oko, ten o tym się mógł przekonać. Rzeź! „Genocide Command”, „Crush The Tribe Of Jesus Christ”, „Dechristianized By Parabellum” czy “Shatterer Of Liberty” to były między innymi ciosy, jakie zadali nam prosto na korpus panowie. Kapela zagrała z Warcrimerem i miałem zagwozdkę straszliwą – czy wrócił na łono kapeli, czy może po prostu nigdy jej nie opuścił i były to jedynie plotki. Infernal War rozpierdolił wszystko, a Pod Palmą po ich koncercie wyglądało jak Drezno po bombardowaniu. Na koniec publika wywołała Infernali z powrotem na scenę. Bisowali „Blokiem 11”. Zabili. Tyle.

Po Infernal War przyszła kolej na pierwszy zagraniczny zespół (choć swoją drogą, czy Anglię można jeszcze nazwać zagranicą, hehe?) – Spearhead. W ogóle mi dotąd nie znany. I chyba nie tylko mnie, bo ludzie również tłumnie udali się do baru, na stronę z sympatią, do klopa (może być również z sympatią, haha), czy gdzie tam chcieli. Ja na przykład spotkałem imć Hellstorma, który dobył w końcu na miejsce z Krakowa (spóźnialska gapa zeń!). No ale chwilkę występ Brytyjczyków pooglądałem i cóż mogę powiedzieć? Death/black metal w szybszych i średnich tempach, porządnego sortu, ale panowie byli chyba lekko zniesmaczeni małą frekwencją, przez co i na scenie też jakichś przesadnych wygibasów nie wychwyciłem. Ale nie będę oceniał akurat w tym przypadku, bo widziałem jedynie fragmenty występy Spearhead, jednakże to, co widziałem, a tym bardziej usłyszałem, przypadło mi do gustu.

No i gdy już księżyc pojawił się na niebie, a promile we krwi, na scenie pojawiło się singapurskie komando – Impiety! No i powiem Wam, że co tu dużo mówić – grupa Shyaithana zasłużenie zamykała całość imprezy. Choć nie mogę się pochwalić, iż w mojej dyskografii znajduje się wszystko co Impiety dotychczas nagrało, to niemniej jednak ich muzyka wchodzi mi bez popitki. Formacja zagrała coś około 50 minut i cały ten czas serwowała nam diabelską mieszankę death/black metalu, lecz w zupełnie innej konwencji, niż ich poprzednicy na scenicznych deskach. Nieokiełznana agresja ich występu udzieliła się uczestnikom, a że na moment w młyn wszedł również dość pokaźnych gabarytów gitarzysta Infernal War, można rzec, iż pod sceną rozpętało się piekło, czego doświadczyłem na własnej skórze, lądując kilkakrotnie na ścianie, barierkach, bądź reszcie publiki. Aua. Ale wracając do muzyki, Shyaithan wraz z pozostałymi trzema muzykami, to istne koncertowe zwierzaki. Ze sceny, wraz z brutalnymi dźwiękami emanowała olbrzymia pasja – nie wątpię, że koncerty kapeli sprawiają jej członkom sadystyczną radość, hehe. W ogóle nie zwalniali, od pierwszych taktów szli po trupach maniaków machających łbami pod sceną. Nie pamiętam co grali, bom szalał z Mr. Hellstormem i innymi pod sceną, coś mi się zdaje, że było „Reign The Vulture”, „Sunrise Defloration”… co jeszcze? Drzyjcie ze mnie pasy, nie pomnę sobie przypomnieć. Ważne, że zeszli w glorii i chwale zwycięzców. Makabrycznie świetny koncert, wycisnął ze mnie sześćset sześćdziesiąte szóste poty, obrażenia dopiero mi schodzą (a to już dwa tygodnie minęło, hehe). Muzycznie rozpieprzają, na scenie takoż samo. Doskonałe zakończenie całej imprezy.

Grim Harvest Festival zachowa się w moich wspomnieniach na długo. Świetne zespoły, genialna atmosfera, wybitnie dobre towarzystwo, które zjechało do Rzeszowa na ten koncert z Krakowa (i to zarówno płeć piękna, jak i ta ździebko brzydsza), jak i miejscowi maniax, profesjonalna organizacja. Daaawno nie byłem na tak dobrym koncercie! Mam nadzieję, że będę mógł liczyć na kolejne edycje.