Przy okazji relacji z zeszłorocznego koncertu w ramach Grimharvest Festival wyraziłem głęboką nadzieję na kontynuację tej zacnej imprezy. No i doczekałem się, bo oto i grudniowej nocy na Rzeszów ponownie najechały nie znające litości hordy z całego kraju, a nawet spoza jego granic. Na długo przed samym gigiem na kilku forach rozszalała się dyskusja, że fajnie, że stawi się z tysiąc osób, tylko szkoda, że to w Rzeszowie. I bardzo dobrze, że kurwa w Rzeszowie, bo po pierwsze mieszkam tu i mam blisko, hehe, a po drugie przecież nie można ograniczać koncertowej mapy Polski do Warszawy, Krakowa i Wrocławia. Dawniej ludzie jeździli przez całą Polskę na koncert i było okej, a dziś ludzie z założenia odpuszczają koncert w innej miejscowości, bo nie wiedzą nawet ile jest do niej kilometrów.

Oczywiście pomimo zobowiązań różnych forumowiczów na Podkarpacie zawitał jedynie promil z nich. Tradycyjnie już frekwencja nie powalała. Jak na takie zespoły liczba około 100 osób to zdecydowanie za mało. Z tym, że nie były to pierwsze lepsze znajdy, które przypadkowo zaplątały się na koncert metalowy pomiędzy dyskoteką a jasełkami. Tak więc zapowiadało się miło. Lecz na początku pierwszy zgrzyt – niemal półtoragodzinna obsuwa spowodowała, iż głodne bluźnierstwa metaluchy marzły na zewnątrz. W końcu jednak wrota się rozwarły i gawiedź wtłoczyła się do środka. Po wejściu rzut oka na merch, zaopatrzenie się w jakieś cedeki, żeby całej kasy nie przepić i znalezienie sobie wygodnej pozycji obserwacyjnej.

Pierwszą kapelą grudniowej nocy był katowicki Ulcer Uterus. Sześciu chłopa na scenie ledwo się tam pomieściło, zwłaszcza, że jeden z dwóch wokalistów – Ulcer do małych nie należy. Dwadzieścia minut jakimi dysponowali chłopcy ulcerowcy spożytkowali na zmasakrowanie nielicznej jeszcze publiki brutalnym death metalem z ich debiutanckiego krążka. Publika całkiem nieźle zareagowała na ich krótkie show, zaś tradycyjnie największy poklask zyskał sobie zagrany na koniec cover jednej znanej amerykańskiej kapeli.

W czasie przerwy nastąpiła zmiana wystroju, pojawiły się koźle czaszki i takie tam różności, bo oto na scenę wpadli wrocławscy black’owcy z Infidel. Czas przeznaczony na ich koncert również nie należał do najdłuższych, ot niewiele więcej niż trwa „Teleexpress”, hehe. Ale i w tak krótkim czasie da się zrobić spory metalowy rozgardiasz. Oględnie rzecz ujmując show Niewiernych rzeczywiście było jak ejakulacja chaosu (błyskotliwe porównanie zaczerpnąłem z tytułu debiutu kapeli) tak muzycznie – stary dobry black metalowy styl, jak i wizualnie. Image kapeli zbliżony do tego, co prezentują sobą powszechnie znane i lubiane Karpatki. Zwłaszcza jeden puszysty pan z odwróconym krzyżem nabazgranym na sporym bebechu kojarzył się z Norwegami, nie tylko zresztą mnie. Ale my tu nie o gołych facetach, lecz o muzyce. Infidel był zmuszony grać przy nienajlepszym brzmieniu, ale dali sobie radę, jakby był to ich chleb powszedni, hehe.

Trzecim zespołem piątkowej nocy byli Katowiczanie z zespołu Hetzer. Miło się złożyło, że również i oni są świeżo po wydaniu nowego krążka, promocja szła więc pełną parą, hehe. A jeszcze lepiej, że jakoś dwa razy już ominął mnie ich koncert, a znając muzykę z ich debiutu, byłem ciekaw co zaprezentują na scenie. I zaprezentowali się całkiem całkiem. Choć szczerze mówiąc, gig jakoś mnie nie porwał, to znaczy było w porządku, ale oni muszą mieć jednak trochę lepsze brzmienie, niż to, które zaserwowano im na tegorocznym Grim Harvest. Tak więc tym razem nie szalałem pod sceną, lecz z wygodnej odległości obserwowałem kapelę. Widać jednak u nich, że sztuki, które zdążyli zagrać procentują.

Ok., po Hetzer na scenę Palmy wkroczył dzielnie Hell United. Jako, że widziałem zespół całkiem niedawno w Rzeszowie, pozwoliłem udać się na rekonesans klubu, odwiedzając po kolei wszystkie ważne punkty Pod Palmą, to jest sklepik z merch’em, bar, toaletę, w różnorakich kombinacjach i w różnorodnym towarzystwie. Przepraszam więc, ale o gigu Tarnowian nie napiszę nic. W międzyczasie patrzyłem, jak co poniektórzy powiększali ilość promili w wydychanym powietrzu, przez co niekoniecznie wytrzymywali do końca. W sumie w pewnym momencie loże w klubie służyły bardziej jako tak zwana umieralnia, a słodkie obrazki typu dwóch panów w satanistycznych koszulkach śpiący w uścisku braterstwa i jedności w walce z chrześcijańską zarazą były na porządku wieczoru.

Dobra, z tego o kojarzę, wspomagając się rozpiszą koncertu, z pozycją piątą startował poznański Bloodthirst. Kapela o ugruntowanej renomie w polskim undergroundzie. Na ich koncert czekałem już od bardzo dawna i w końcu się doczekałem. „Sanctity Denied” jeszcze parzy w łapy, bo z tłoczni w świat kopie wyruszyły zaledwie kilka tygodni przed tym koncertem, więc i w ekipie Ramba adrenalina zapewne buzowała. A przynajmniej takie wrażenie mam po tym, co zobaczyłem na klubowych deskach. I to chyba dopiero na tym koncercie publiczność ruszyła się bardziej tłumnie pod scenę, zresztą co będę owijał w bawełnę, również i ja dopiero na gigu Bloodthirst zadebiutowałem. A było przy czym potańczyć, choć z tego co pamiętam, zespół skupił się raczej na kompozycjach nowszych, raczej pomijając kawałki z demówek. Ale było bardzo dobrze, zwłaszcza, że sound na ich gigu jakby się poprawił. Poznaniacy z bagażem koncertowych doświadczeń i dekadą scenicznego otrzaskania otrzaskali również i mordy rzeszowskiemu audytorium. Choć apogeum miało dopiero nadejść.

Rzeczonym apogeum był, jak dla mnie, gig Bestial Raids. Z rozmów towarzyskich przed klubem wynikało, iż dla sporej liczby maniax to właśnie ekipa Sadista mogłaby spokojnie być headlinerem całego festu. Po krótkim intro rozpoczęła się jebana rzeź. Trio na scenie, makijaże a’la Kanada, maski pegazki, odwrócone krzyże, łańcuchy i inne fetysze działające na metaluchową publikę. Pod sceną istna kotłowanina, kto był na tyle śmiały mógł poprzepychać się z Zyklonem i jego kolegami, z których każdy przypomina średnich rozmiarów czołg. Było więc wesoło. Bestial Raids dosłownie przemienił klub w pobojowisko – latające barierki, roztrzaskujące się butelki czy wycieranie butów o czyjeś zwłoki walające się co chwila po podłodze były na porządku tego gigu. Nie dziwi mnie, iż to, co gra Bestial Raids zowie się war black metalem w pewnych kręgach, bo istotnie, była wojna. W którymś momencie dostałem od kogoś w szczękę, tak że pisząc jeszcze te słowa po niespełna dziesięciu dniach od gigu nadal mam problem z jedzeniem lewą stroną, hehe. Jak wojna to wojna. Tak czy inaczej ekipa Sadista pokazała publice światową klasę, bezsprzecznie był to najlepszy gig wieczoru.

Szkoda, że tego samego nie mogę ponownie powiedzieć o kolejnej kapeli. Anima Damnata znów mnie nie porwała. Kurwa, jak tak dalej pójdzie, to mi w końcu goście wpierdolą za uciążliwe krytykowanie ich koncertów. Oby nie. Ale to nie moja wina, że mi się nie podobało – muzycznie naprawdę było okej, ale po prostu całość tradycyjnie wyszła dość statecznie. Trudno, myślałem, że sprawdzi się stare porzekadło, iż do trzech razy sztuka, bo to już chyba był właśnie mój trzeci kontakt na żywca z Anima Damnata. I dochodzę do wniosku, że tych panów to niestety mogę słuchać tylko w domu. Ale innym się podobało, bo tłumek pod sceną był tylko trochę mniejszy niż na wcześniejszym gigu Bestialsów.

Kolejna kapela nosiła nazwę Deception. Kolejna kapela, którą widziałem już po raz enty. I zawsze było tak samo. Czyli dobrze, morderczo sprawnie i tak dalej i tak dalej. Dlatego też tym razem podarowałem sobie gig mieleckiej brygady, by podtrzymywać różne znajomości przy barze, popijając raz piwo, raz kawę. W ogóle to zauważyłem, że ludzi strasznie dziwi gdy na koncercie ktoś zamiast alkoholu pije sobie kawę z filiżanki, hehe. A ja po prostu dbałem o bystrość umysłu, wszak jak się jest skrybą to wypada choć trochę kojarzyć koncert, który się potem zamierza opisać, hehe.

Deski po Deception objął Stillborn – kapela, z koncertów której zrobiłem już chyba relacji na najbliższe kilka lat, hehe. Mielczanie weszli na scenę Klubu Pod Palmą jakoś przed samą północą. Jako, że lubię muzykę tych kurwa szaleńców, a dodatkowo byłem pobudzony czwartą chyba kawą, ruszyłem w tany. Stillborn dupy nie daje, więc Ci maniacy, którzy mieli jeszcze siły rozkręcili całkiem niezły młyn pod sceną. A na scenie Kiler z wymazaną juchą twarzą, Ataman z nieładem na głowie, August napierdalający w perkusję, oraz nowy członek zespołu – Rzułty, który zastąpił Icaroza. No i jak zwykle był rozpierdol, jednak nie liczcie na konkrety, bo nie chcę się powtarzać i pisać o Stillborn wciąż to samo. Tradycyjnie kapela pokazała klasę, tradycyjnie uraczyła nas death metalem na najwyższym poziomie, tradycyjnie zakończyli coverem Sarcófago. Tradycyjnie jestem zadowolony.

No i czas najwyższy na headlinera całego festu – Mord. Przed gigiem słychać było głosy oburzenia kilku prawdziwków, którzy wytykali Nodrze (Nordrowi? Panu Nordru? Kurwa, jak to się w ogóle odmienia, hehe), że miał nigdy nie grać koncertów i że z gęby robi cholewę, bo jednak koncert zagra. Ja pierdolę, jakby ktoś nie mógł nagle zmienić poglądów, albo robić wyjątku od święta. Bo w końcu to był raczej pojedynczy przypadek, a nie wielka trasa u boku zespołu Feel. Ale widać niektórzy mają z tym problem. Nie ważne – wracając do koncertu Mord, to kapela zagrała już o rzeczywiście zabójczej dla co poniektórych porze, bo jakoś koło godziny pierwszej w nocy. Część musiała się zmyć na wszelkiego rodzaju pociągi i autobusy, część poległa, przegrywając z C2H5OH, ale spora grupka maniaków jednak dała radę. Ja przyznaję, nie miałem już siły na pójście w młyn, ale ustawiłem się tak, by wszystko było idealnie widoczne. Kurwa, opłacało się wytrzymać do tej pory, bo Mord naprawdę odjebał zajebistą sztukę. Gdybym nie wiedział, to w życiu bym nie przypuszczał, że to pierwszy koncert w ogóle, jaki zagrała ta horda, z niewiadomych mi przyczyn określana jako norweska. Zimny black metal lał się ze sceny przez niemalże godzinę, Nordra rządził na scenie – gość ma niesamowitą charyzmę, a do tego świetne warunki gardłowe. Osobne brawa dla Necrosodoma, który tego wieczoru zagrał trzy sety i zrobił to naprawdę profesjonalnie. Jak widać, nie trzeba zastrzegać (jak ponoć miało to miejsce w przypadku jednej kapeli na literę be), że muzycy nie mogą występować dwa razy jednego wieczoru. Tytułów też Wam tym razem nie wymienię, bo cyferki mi się mieszają, a i tak każdy jest opusem takim to a takim, hehe. Ale Szatana i mroku w muzyce Mord było nieprawdopodobnie wiele, zarazem od kapeli, a zwłaszcza Nordry, biła stuprocentowa autentyczność. Świetny koncert, maniacy jeszcze długo po zakończeniu setu nie chcieli puścić muzyków ze sceny. Niestety, wszystko ma swoje prawa i po skończony rytuale około godziny trzeciej trzeba było się ewakuować do domu. Ofiara spełniona.

Druga edycja Grim Harvest Festival zakończyła się sukcesem, kontynuując tym samym dobrą passę. Mimo, że frekwencja była mniejsza, nie oznacza to bynajmniej, że nie było tak dziko jak w zeszłym roku. Bezapelacyjnie najlepszym gigiem był występ Bestial Raids, ale i inne zespoły nie miału powodów do narzekań, przynajmniej patrząc na liczbę osób pod sceną. Ciekawy jestem, jaką kapelę organizator zaprosi za rok, bo druga edycja podniosła poprzeczkę zajebiście wysoko. Dobrze, że Rzeszów ma taki festiwal, dzięki temu przynajmniej muzycznie nie będzie zaliczany do Polski B.

Za zdjęcia tradycyjnie dziękuję Sylwii Musiał (mam nadzieję, że następnym razem nie będzie się bronić przed postawieniem sobie piwa, hehe), zaś te zdjęcia to jedynie mała część tego, co możecie znaleźć tutaj.