Grave Pleasures, Mons; Warszawa, Klub Pogłos; 12.08.2018

Wakacje w tym roku to nie tylko sezon festiwali. Zadziwia mnie naprawdę spora ilość koncertów klubowych. Ja na festiwale się nie wybieram, bo nie lubię. Koncerty klubowe jednak kuszą i przyciągają. Korzystając z kilkudniowego wolnego oraz pięknej pogody postanowiłem ruszyć do Warszawy i zobaczyć dwie znakomite sztuki. Rozrywkę w pierwszy wieczór zapewniał Grave Pleasures i Mons.

Do klubu „Pogłos” wbiłem nico przed czasem, więc mogłem rozejrzeć się i zbadać teren. W klubie byłem pierwszy raz. Mieści się on trochę na uboczu centrum, ale dojazd zewsząd jest bardzo łatwy. Dodatkowo hostel miałem zaraz obok, więc logistyka nie nastręczała trudności. Sam klub ma fajny klimat. Można się na zewnątrz napić piwka, ceny oczywiście dość wysokie, ale to stolica… Knajpa przypomina skłot. Ale zadbany hehe. Na dole, pod dachem, na świeżym powietrzu konsumpcja piwka, a na górze, po schodach, sala koncertowa i drugi bar. Trochę to małe… Od razu rozmiar sali wywołał moje obawy co do brzmienia, ale niesłusznie, bo było bardzo przyzwoicie. Ale nie uprzedzajmy faktów. Gorąco było jak na pustyni, więc błyskawicznie zaopatrzyłem się w idealnie schłodzoną czeską Holbę, spaliłem ćmika i punktualnie o 19.30 pomaszerowałem na salę koncertową.

Tam jak w zegarku, na scenę wyszedł Mons. Nie miałem pojęcia co to za kapela. Nic przed przyjazdem nie posłuchałem. Może i dobrze… Zacznę może tak: nie podobało mi się. Muzycznie ok. Mają goście pomysły na riffy. W warstwie muzycznej sporo słyszałem przestrzenno – kosmicznego klimatu znanego z Tides From Nebula. Tides From Nebula na tę zaletę, że brak u nich wokalu. I w przypadku Mons koncert byłby znacznie lepszy, gdyby było podobnie. Nie podobała mi się maniera wokalisty, nie podobały mi się teksty. Ten element był dla mnie mocno na „nie”, przez co i cały koncert był na „nie”. Postałem może z 3 kawałki, poszedłem na fajkę, poszedłem do kibla, wróciłem na dwa numery i koniec. Mons mnie nie kupili, ale żeby tak nie jebać z góry na dół, to powtórzę: muzycznie naprawdę spoko i Pan Kompozytor powinien być z siebie dumny. W trakcie występu Mons zerknąłem też na sklepik: koszulki Grave Pleasures całkiem fajne, ale wyboru nie było. Płyty CD za 65, LP za 80. To LP kusiło, ale nie miałbym się jak z nim zabrać…

Poszedłem ochłodzić się na zewnątrz. Pecik, piwko i wbijam na salę koncertową zaklepać sobie dobre miejsce pod sceną. O ile na początku frekwencja nie powalała, tak teraz sala koncertowa wypchana po brzegi. Niech was to jednak nie zwiedzie… Klub malutki, trudno ocenić frekwencję, ale może było ze 150 osób. Niby niewiele, ale w tak małej sali, temperatura sięgała pewnie 50 stopni, a ustawione nad sceną wiatraki w zasadzie nic nie dawały. Zająłem miejsce zaraz pod sceną obok głośnika. Chwila oczekiwania i są! Zaczyna się. „Infatuation Overkill” jest to strzał numer jeden tego wieczora. Mam zajebiste miejsce, ale zaraz koło ucha stoi głośnik, więc po jednym numerze wycofuje się do tyłu. Tam mogę cieszyć się dobrym (naprawdę dobrym) brzmieniem i obserwować sztukę wizualnie. Zapytacie, co grali? Najwięcej oczywiście z „Motherblood”. Poleciały między innymi: „Doomsday Rainbows”, „Laughing Abyss”, „Atomic Christ”, „Haunted Afterlife”, „Be My Hiroshima”, „Joy Through Death”. Szczególnie trzy ostatnie (kolejność z relacji, nie z gigu) wywołały mój wielki uśmiech na ryju, bo uwielbiam te kawałki. Największy aplauz wywołał oczywiście „Joy Through Death”, który został odśpiewany przez publikę wespół z wokalistą. Co do dalszej setlisty, to wymienię: „Deadenders” EP-ki „Funeral Party”(i w sumie z ostatniej płyty też). Twórczość pod szyldem Beastmilk znakomicie reprezentowały: „You Are Now Under Our Control” (szał na sali), „Genocidal Crush” (jeszcze większy szał na sali), „Fear Your Mind” i zagrany na bis „Love In a Cold World”. O ile mnie pamięć nie myli, to z „Dreamcrash” nie było ani jednego kawałka. I koniec tej wyliczanki, czas na emocje i wrażenia. Koncert absolutnie doskonały. Wydawać by się mogło, że to twórczość Beastmilk wywoła większe emocje, ale nie. Gdy grali numery z „Climax”, cała sala śpiewała. Dosłownie każdy. Gdy grali numery z „Motherblood”, każdy się ruszał. Tekstów jeszcze się wszyscy nie nauczyli hehe. Tak że zabawa była przednia, dawno nie byłem na koncercie, na którym była tak doskonała relacja publika – zespół. Widać było, że i kapela była poruszona tak znakomitym przyjęciem. Banan z ryja nie schodził nikomu z zespołu i było widać, że emocje wzajemnie się udzielają. Rewelacja. Dla mnie setlista też świetna. Na ten moment równanie z dyskografią Finów wygląda tak: „Climax” = „Motherblood” > „Dreamcrash”, więc jak nietrudno zgadnąć, byłem zachwycony. Jakbym miał jakikolwiek wpływ na dobór setlisty, to dodałbym „Nuclear Winter” i „Strange Attractors” no i coś z EP-ki „Use Your Deluge” np. „Children Of The Atom Bomb” albo „Void Mother”. Te lekkie braki nie zmienią faktu, że koncert doskonały.

Mały klub, mało ludzi, sami fani. Szkoda, że całość skończyła się po upływie jakiś 65 minut. Wyszedłem z klubu o 21:55. Chyba nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, żebym wyszedł o tej porze z koncertu, po obejrzeniu ostatniej kapeli. Nucąc sobie pod nosem tekst do „Joy Through Death”, udałem się na spoczynek. Chyba sztuka wyszła im lepiej niż parę lat temu we Wrocławiu, jeszcze pod innym szyldem…

Autor

694 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *