Grave Desecrator, Devilpriest; Chorzów, Klub Red & Black; 29.08.2018

Jakoś ostatnio mało się ruszam z domu na koncerty. Trochę się rozleniwiłem, ale też niestety obowiązki zawodowe nie sprzyjają wyjazdom w tygodniu. Ale są pewne koncerty, których nie sposób odpuścić. Na przykład gdy do Polski po raz pierwszy przyjeżdża Grave Desecrator.

Wtedy to już nie ma bata. Kapela dla niektórych kultowa, no ale nie aż tak, żeby z Rzeszowa pojechało na nich więcej niż pięć osób. Spoko, za dwa tygodnie pójdą sobie na Metal Female Festiwal i będą się dobrze bawić, a nie na jakimś Grave Desecrator… Nieważne.

Urwawszy się chwilę wcześniej z pracy, wziąwszy pod pachę piersióweczkę z papieżem co małym dzieciom nie przepuszczał, ustawiłem się z Marianem, a po drodze zgarnęliśmy kolejnych wycieczkowiczów płci obojga. Jechaliśmy sobie jako wojewodowie do tego Chorzowa przy akompaniamencie Michaela Jacksona, robiąc postoje co jakiś czas, bo tego mieliśmy aż nadto. A że pogoda była zajebista to i nie było problemu stanąć na stacji i jebnąć browarka na świeżym powietrzu w przerwie. Mi połączenie żubrówki i piwka zrobiło już całkiem przyjemne samopoczucie. No ale w końcu trafiliśmy pod klub;). Ludzi tak jak się spodziewaliśmy, niewielu, za to sami maniacy – w zasadzie większość z nich znało się bądź to z imienia bądź to z ksywki. Dokupiwszy jeszcze jednego browarka czyniliśmy sobie wesołe wice i checheszki, oczekując na otwarcie bram.

Chorzowski klub Red & Black, bo to w nim miała miejsce cała impreza, wielkością może i nie powalał, ale na ten koncert był wystarczający. Nie wiem, ile było osób ostatecznie, na moje oko to mogło być z 70 głów. Trochę szkoda, że na ten wieczór poza Grave Desecrator przewidziany były tylko jeden support, w zasadzie jeszcze jakaś jedna kapela by się moim zdaniem przydała. No ale nieważne. Całość rozpoczął Devilpriest, gdzie 2/3 to muzycy Anima Damnata. Jakoś ich debiut omijał mój odtwarzacz i nie do końca wiedziałem czego się spodziewać. A jak wyszli na scenę to już w zasadzie od początku było wiadomo, kto jest ich największą inspiracją i dlaczego właśnie wczesny Morbid Angel. Nie, żeby kopia, ale wpływy słyszalne były aż nadto. Panowie na scenie wypadli nieźle – dobry, profesjonalny i śmiercionośny przekaz. Może i nie zdarło mi gaci z wrażenia, ale niesmaku nie było – coś około pół godziny cholernie porządnego death metalu, które jednak nie skłoniło chyba nikogo do napierdalania łbem pod sceną z jakimś większym zaangażowaniem.

Po Devilpriest przerwa na browarka i redakturskie rozmówki na tematy różne, a potem z powrotem na salę, bo powoli Grave Desecrator przygotowywało się do wejścia na scenę. No i w końcu są. Kurwa, czekałem na nich odkąd zakochałem się w „Sign of Doom”, czyli niemal dziesięciu lat. Czterech chłopa, po których od razu było widać, że będzie wpierdol. No i się zaczęło – death/thrash/black metalem rodem z Brazylii jak za najlepszych czasów Sarcófago, Mutilator czy Sepultury. Totalna dzicz. Butcherazor od razu załapał kontakt ze zgromadzonymi pod sceną, rozkręcił się nawet jakiś tam mosh. A ze sceny leciały kolejne killery. Nie poznałem wszystkiego, bo byłem zajęty napierdalaniem, ponadto „Dust to Lust” zakupiłem akurat po całej sztuce. No ale na pewno poleciało „Christ’s Blood”, „Holocaust” czy numer tytułowy z „Insult” – przy nim to już mnie kurwa opętało i jakby mi ktoś dał ostry przedmiot, to pochlastałbym się dla Szatana jak nic. Słychać od razu, że kapela ma ten cały pierdolony metal we krwi i nim żyje. I chyba byli zadowoleni z przyjęcia – maniaków może wielu nie było, ale wsparcie zespół otrzymał nad wyraz dobre. A i sami Brazylijczycy byli chyba w dobrych humorach, wystarczy wspomnieć, że jak zobaczyli dziary Mariana, to mu zagrali ze sceny fragment utworu Mercyful Fate. Tak że naprawdę w porządku. Po zakończeniu setu zresztą zostali, ku swojemu zdziwieniu, wywołani na bis. A że nie było w tym cienia fałszywej skromności musi świadczyć fakt, że basista musiał podpinać się na nowo – no i bardzo dobrze, chuj wie kiedy znów przyjadą, to niech sieją zniszczenie jak najdłużej.

Spoceni jak kurwa świnie, ale zadowoleni jak sam skurwysyn zaraz po koncercie ewakuowaliśmy się praktycznie do samochodu. Jeszcze tylko szybkie zakupy, bo merch był w całkiem niezłych cenach i w stronę Rzeszowa. Po drodze wiadomka, piwerko, hot dog i sianie zgorszenia na stacjach benzynowych. Standard. Jakoś koło pierwszej w nocy wbiłem na chatę z gracją tura. Kimnąwszy się pięć godzin wstałem do pracy, a w uszach jeszcze mnie pobrzmiewało „Hate – Rape – Crush – INSULT!!!”. Totalnie dojebany koncert – od maniaków dla maniaków.

Za fotki dziękuję Justynie ;*

Autor

9896 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *