Genocide Operation II; Rzeszów, Klub Od Zmierzchu Do Świtu; 25.02.2012

Na początku były takie plany żeby udać się na ten koncert do Lublina, ale szczęśliwie się stało, że Iperyt, Blaze of Perdition i Voidhanger postanowili pod szyldem Genocide Operation II zagrać w Rzeszowie. Nie powiem, ucieszyłem się. Klub w samym centrum, nie trzeba tłuc się parę godzin przez polskie drogi no i nie trzeba pić od południa hehe.

W sobotni wieczór dziarskim krokiem pomaszerowałem do klubu „Od Zmierzchu do Świtu”, po drodze jeszcze piwko przedkoncertowe i wbijam do środka. Nie wiem, co mną kierowało, że postanowiłem tym razem zjawić się na miejscu zgodnie z rozpiską godzinową… W swej naiwności wierzyłem, że ten koncert zacznie się po 19tej. Nie mogłem się bardziej mylić… Fajeczka przed wejściem i wbijam do środka a tam cisza jak w muzeum, drzwi na sale koncertową zamknięte, ludzi raczej garstka… Ale znaleźli się kumple, znalazło się piwko i można było się oddać pijaństwu. Historia z tą obsuwa była ponoć dość złożona, kolega Marian miał mi ja przedyktować, ale w końcu jakoś się nie złożyło. W każdym razie fakt był taki, że zabrakło pewnego istotnego elementu nagłośnienia i chwile zeszło zanim udało się go załatwić, jeszcze chwile zeszło zanim udało się go podpiąć a potem jeszcze chwile zeszło zanim kapele sobie trochę popróbowały. Ja tam się już przestałem irytować, piwko jedno, drugie a może i trzecie i coś tam w końcu zaczęło się tłuc za ścianą. Dla niewtajemniczonych napisze, że klub składa się z dwóch części: w jednaj jest sala przeznaczona do alkoholizacji a w drugiej do alkoholizacji przy muzyce na żywo. Ja miło spędzałem czas w tej pierwszej a tylko jakieś pojedyncze dźwięki dochodziły mnie z pod sceny. Jak poszedłem się odlać to coś tam posłuchałem, ale nie specjalnie mnie ta muzyka ujęła wiec postanowiłem wrócić do syto zastawionego stołu i przeczekać Pyrophobia, bo ani mnie ona ziębi ani grzeje. Potem zrobiłem mały sondaż na temat tego koncertu i słyszałem, że komuś tam się podobało, ale i pojawiły się głosy, że to „gówno”. Ja tam nie wnikam, nie będę się wypowiadał, bo to, co słyszałem trwało niecałą minutę, wydobywało się prawdopodobnie z wnętrza sedesu, wiec i jakość nie bardzo i wizji nie ma…

Jeszcze podczas trwania koncertu Pyrophobii zdążyłem obrócić na kebaba, wypić piwko no i w końcu na scenie pojawił Voidhanger. Sporo osób czekało na występ tej ekipy, bo, mimo że twarze muzyków są dość znane to jeszcze ta kapela na rzeszowskiej ziemi nie występowała. I ja ruszyłem pod scenę, ale ulokowałem się w większej odległości, bo piwko jeszcze niedopite a szkoda uronić kroplę, hehe. Pierwsze dźwięki, Voidhanger wystartował numerem tytułowym i rozpoczęło się piekło. Publika w amoku, wyglądało to prawie jak zamieszki. W pewnym momencie w górę poszybowała barierka i z jej pomocą lub precyzyjniej: przy jej użyciu, zaczęły się przepychanki. Dopiero interwencja ekipy barmańskiej oraz dwóch typów z ochrony zatrzymała to dość niebezpieczne przedsięwzięcie. Na szczęście obyło się bez ofiar z ludzi… Choć nie winm czy „na szczęście” bo był moment kiedy ten koncert mógł stać się naprawdę kultowy hehe. Młyn nie ustawał ani na moment a ochrona postanowiła jednak zostać na wypadek gdyby sytuacja się powtórzyła. Szczególnie jeden z pilnujących ładu i porządku jegomości postanowił pacyfikować kotłujących się pod scena wzrokiem i miną człowieka, który naprawdę wie, co to nienawiść. Ale wróćmy jednak do tego, co na scenie. Voidhanger miał naprawdę kapitalne przyjęcie, ludzie bawili się doskonale, krew się lała, kudły latały w powietrzu a napierdalanka nie ustawała ani na moment. Zajebiste jest to thrash metalowe oblicze Infernal War, świetnie ta muzyka wypada na żywo. Zajebisty koncert, ale dość szybko się skończył… Trudno, trzeba było się udać po kolejny browarek i czekać na następną ekipę tego wieczoru, czyli Blaze of Perdition. Nie wiem ile czasu minęło zanim wyszli na scenę, ale miałem wrażenie, że cała operacja odbyła się bardzo sprawiane. W między czasie zaglądnąłem jeszcze na kramik z wszelkim dobrem, które przywiozły ze sobą kapele. Nie było tego wiele i nieco zmartwiło mnie to, że nie było debiutu Voidhanger… Dodam jeszcze, że na stoisku można było dostać chaosowego paierzaka niestety ani jedna sztuka się nie sprzedała… Mógłby ktoś cos kupić, bo Kuba będzie smutny. Kuba smutny – Kuba zły, Kuba zły – Kuba jebie płyty w recenzjach hehehe.

Ale wróćmy do tego, co na scenie. Na początek napiszę, że Blaze of Perdition lubię
bardzo, głownie z płyt, ale jak już grają to, czemu chwile nie zerknąć? Tak też zrobiłem wcześniej zaopatrując się w złocisty napoju żeby w razie słabszego występu czas mi również miło upływał. Chłopaki jakoś pomieścili się na tej scenie wielkości przedpokoju w bloku mieszkalnym i koncert się rozpoczął. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to zmiana wizerunku scenicznego… Jak miał bym to określić żeby ani nie nudzić, ale nie wydziwiać? Odebrałem w głowie skojarzenia, które przepływały przez moją świadomość i postaram się kilka z nich tu wymienić: „Kult Blasphemy, Slipknot, ciężka szychta w kopalni, kat (nie zespół, ale zawód)”. Nie opatrzę tego jednak żadnym komentarzem idźcie sobie na ich koncert i oceńcie sami czy jest to wystarczająco „true” czy nie. W każdym razie koncert całkiem dobry, choć w porównaniu z gigiem Voidhanger to pod sceną wiało nudą. Można by sobie rozłożyć leżak, zamówić drinka z parasolką i przypuszczam, że człowiek niczym nie niepokojony mógłby calutki występ ekipy z Lublina obejrzeć. Nie chce nikogo usprawiedliwiać, ale może to za sprawą solidnej obsuwy i już dość późnej godziny. Już przed występem Voidhanger miałem wrażenie, że spora cześć ludzi, która była w klubie poruszała się po swoich własnych orbitach a z upływem kolejnych godzin liczba ich rosła wprost proporcjonalnie do czasu całego wydarzenia. W każdym razie ja występ Blaze of Perdition obejrzałem, bo chłopaki naprawdę czują to, co grają, robią to wiarygodnie i wkładają w to całe, oblepione smoła i siarką, serca. Poza tym numery z nowej płyty wypadają na żywo całkiem dobrze, ale żebym już tak nie słodził to napisze, nieco odbiegając od tematu, że mogli by mieć więcej numerów po polsku… Ale „Królestwo Twoje” poleciało to już się nie będę tak czepiał, hehe. Lublinianie zeszli ze sceny po około 45 minutach a ja udałem się po kolejne piwko alby dodać sobie nieco więcej animuszu przed głównym daniem (albo raczej późną kolacją) tego sobotniego koncertu.

Iperyt w Rzeszowie to grał chyba jeszcze za czasów legendarnego w pewnych kręgach klubu „Rejs”, co było już dobrych 6 lat temu wiec miałem wielki apetyt na ich występ. Jak zobaczyłem, że już kominiarki maja na ryje założone, piwo dokończyłem jednym łykiem i poszedłem pod scenę. Ku mojej (i nie tylko) wielkiej uciesze Iperyt zagrał całą EP „Particular Hatred”. Piszę to specjalnie po to żeby wkurwić tych, co nie byli hehe. Dla mnie jest to materiał absolutnie genialny, niosący w sobie taką dawkę energii, rozpierdolu, nienawiści i bluźnierstwa, że mózg może się rozjebać. I tak też było: publika wpadła w amok i ja tez. Wszyscy darli ryja chyba wiadomo, przy jakim numerze hehehe: „Die bitch! Die motherfucker! Die dirty cunt! Die Die Die!” No zajebiście! Jeszcze leciały numery z jedynki i dwójki nie wiem dokładnie, co bo te odhumanizowane i siejące pożogę dźwięki ciężko jest nagłośnić. Na pewno wyłapałem „Abuse You” ze względu na bardzo charakterystyczny sampel. Co jeszcze było …? A kurwa trzeba było ruszyć dupę, hehe. Ja tam byłem zajęty machaniem banią, a nie zastanawianiem się, co to akurat jest za kawałek. „Particular Hatred” poleciało – zostałem rozjebany i chuj! No i jeszcze jak to na koncertach tej kapeli bywa – krew musiała się polać. Całego zajścia nie widziałem dokładnie, ale udało mi się dostrzec jak ochroniarz wybiegał zza sceny (ten, co zabijał wzrokiem i miną) i jak się obróciłem żeby zobaczyć, co się dzieje to ujrzałem jednego typa okładającego drugiego oraz pokaźną grupkę osobników próbujących ich rozdzielić. Niespecjalnie mnie to jednak zainteresowało więc mój wzrok i ponownie udał się na scenę. Mam tylko nadzieje ze afterparty na izbie przyjęć było też zajebiste. Ale dość już tego dobrego, koncert musiał się kiedyś skończyć… Trochę za krótko, ale mega intensywnie. Nuklearny holokaust się odbył a na zgliszczach, które zostały Shocker odjebał swój własny one man show! Gość jest przechujem – tyle napiszę! Kto nie wiedział ten jest życiowo uboższym człowiekiem, hehehe.

Trochę ta cała impreza trwała, ale na pewno warto było tą sobotnią noc poświecić na to żeby się trochę napocić, popić piwka i zobaczyć na scenie parę naprawdę zajebistych ekip…

Autor

695 tekstów dla Chaos Vault

2 komentarze

  • Możliwe. Moje zainteresowanie tym koncertem rozpoczęło się w chwili jak Voidhanger wszedł na scenę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *