Furia, Licho; Rzeszów, Klub Vinyl; 20.09.2019

Żeby dotrzeć tego dnia do Vinyla, musiałem nieco skrócić wyjazd urlopowy. Praktycznie prosto z drogi, niewyspany, ruszyłem zobaczyć Furię i Licho, bo obie kapele lubię i z miłą chęcią zawsze na żywo zobaczę. Do knajpy wbiłem koło 20.30.

Ludzi sporo, ale jakoś bez przesady. Spodziewałem się większych tłumów. Wiadomo: Furia przyciąga publikę z różnych środowisk, niekoniecznie metalowych, więc frekwencja powinna być wysoka. Zamówiłem sobie piwko, ścisku wielkiego nie było przy barze. Okazało się, że znajomych też nie tak wielu, jakby się można było spodziewać. Powiem nawet więcej: większości ludzi zupełnie nie kojarzyłem. Powtórzę po raz kolejny: taka specyfika Furii…

Chwilę pogadałem w korytarzu i trzeba było ruszać pod scenę, bo punktualnie o 20.45 wyszli na nią panowie w białych koszulach. Ciekaw byłem tego, co się u nich zmieniło. Ostatnio, gdy ich widziałem, też grali z Furią na trasie „Za Ćmą w Dym”, tylko tam towarzyszyły im jeszcze zespoły Thaw i Sacrilegium. Koncert wtedy zagrali interesujący. Jak było tym razem w Rzeszowie?

No cóż. Po pierwsze brakło chyba chłopakom trochę miejsca na scenie. Wokalista robił co mógł, żeby powiększyć sobie nieco pole ekspresji, niestety na scenie tłok, a pod sceną pijana młodzież. W Krakowie ten koncert wizualnie był naprawdę bardzo ciekawy, tu natomiast czegoś brakowało. Co do samej muzyki? Na tym koncercie zrozumiałem, że ja to raczej wolę ich z płyt. Mam wrażnie, że na żywo tego wieczoru coś nie do końca trybiło w tym zespole. Brzmienie było dość przyzwoite, jeśli chodzi o Vinyl. Nawet bas było fajnie słychać. Wokalnie jednak było dość słabo. I nie mówię tu o nagłośnieniu. Trochę gość nie wyrabiał. Na płytach te śpiewy i wrzaski wychodzą całkiem fajnie. Tu trochę chyba brakowało skali.

A może to jakaś niedyspozycja… Z tego, co pamiętam z Krakowa, to nie miałem pod tym adresem większych zarzutów. Jeśli chodzi o setlistę… Tak jak i poprzednio, było to promowanie „Podnoszenia Czarów” i to z tej płyty poleciała większość numerów. Wyłapałem też najprawdopodobniej dwa kawałki z „Pogrzebu w Karczmie”, co było nowością, bo ile mnie pamięć nie myli w Krakowie, grali tylko cała ostatnią płytę. Koncert skończył się po jakiś 45 minutach. Nie byłem zachwycony, ale też nie uważałem, że ten koncert był jakiś wybitnie słaby. Co innego znajomi… Dominowała opinia, że „było to liche…”.

Szybki kibelek, kolejne piwko, skromne zakupy w obwoźnym sklepie. Co tam za cuda? Prawie sama Furia. Większość materiałów na CD i płytach winylowych, sporo szmatek. Plus coś od Licha. Co do frekwencji: zwiększyła się, ale i tak miałem ważnie, że do nabicia knajpy po korek, to jeszcze sporo brakuje. Bywały koncerty, na których Vinyl był dużo bardziej nabity… Jak już wspominałem, ludzi też przekrój rozmaity. Poczynając od, wydawałoby się przypadkowych osób, przez typowe fanki Furii, po gościa w corpse paincie. Była też grupa młodzieży, która chyba dość niedawno zakupiła pakiet startowy metala w rock metal shopie. Starych dziadów też nie zabrakło hehe. Tak że przekrojowo.

Furia wychodzi na scenę punkt 22.00. Zaczynają od „Zabieraj łapska”. Nie było to jakieś wielkie pierdolnięcie, ale ja ten numer bardzo lubię. Potem już żwawiej się zrobiło, bo poleciał „Opętaniec”. Na koncercie Furii, to raczej próżno szukać jakichkolwiek większych zaskoczeń. Nihil, jaki jest, każdy wie i zapewne widział. Specyficzny typ grający koncerty w specyficznym stylu. W tym przypadku najwięcej utworów pochodziło z ostatniej płyty. One nie do końca pasują stylistycznie do reszty twórczości zespołu. Można by rzec, że są to mało „metalowe” utwory.

Publika chciała pobrykać, a tu jednak nie było za bardzo jak. Tak wyglądał środek tego koncertu. Rozruszało się dopiero pod koniec na „Są to koła”, a finał przyszedł za sprawą „Zwykłe czary wieją”. I tyle. Nie mierzyłem czasu dokładnie, ale było to jakaś godzina. Miałem spory niedosyt. Lubię te numery z „Księżyc…”, ale są one mało koncertowe. Jakby jeszcze na koniec zagrali np. „Krew w kolorze bursztynu”, „Idze zima”, cokolwiek z „Płoń!”, że o kawałkach z demówek nie wspomnę, to wyszedłbym z lokalu w znacznie lepszym nastroju. A tak to zobaczyłem przyzwoity koncert, bez większych uniesień i zachwytów. Pożegnałem się i zawinąłem do domu z przeświadczeniem, że była jedyna ze słabszych sztuk Furii, jakie widziałem…

Zdjęcia dzięki uprzejmości Justyny. Pięknie dziękujemy <całus – całus>.

Autor

774 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *