FOAD Fest vol. III; Kraków, Klub Zet Pe Te; 29-30.11.2019

DZIEŃ I

Tegoroczny FOAD FEST jawił się dla mnie, jako impreza obowiązkowa. Skład festu był przepotężny i nie pozostawiał żadnych wątpliwości, co do tego, że do Grodu Kraka trzeba się wybrać. Co prawda miałem pewne perturbacje, które postawiły wyjazd pod znakiem zapytania, ale ostatecznie 29 listopada wylądowałem na miejscu.

Czas trochę mnie gonił, więc zameldowawszy się szybko na spaniu udałem się do klubu. Po drodze natknąłem się na bdb znajomych od serca, a tych z czasem zaczęło znacznie przybywać (wtrącę tu, że towarzysko ta impreza okazała się jedną z najlepszych. Ekipa była przednia i wszyscy są zajebiści). Odebrawszy opaskę na bramce miałem jeszcze chwilę, by się rozejrzeć po klubie: na barze ceny standardowo wysokie, ale zrekompensowano to większą ilością ławeczek do usadzenia czterech liter. Do tego tradycyjnie już kramy kupieckie od Old Temple i Mythrone Promotion, jednakże w tym roku gościnnie wpadło też Malignant Voices (niestety nie dało płacić kartą, a szkoda), a jakość trunków ratowało stanowisko Rock Browaru Jarocin z ich miksturami, które okazały się naprawdę zajebiste. Szczególnie mający tego dnia premierę Porter Bałtycki – pyszny, delikatny w smaku, który skrywał w sobie mocny cios procentowy. Warto zaopatrzyć się, jak będziecie mieć okazję.

Po chwili alkoholizacji i konwenansów pod scenę wezwały dźwięki otwierającego fest Cancerfaust. Wielkopolski hord zalał publikę gęstą masą death metalu przywodzącego na myśl dokonania Deicide. I przyznaję, brodziło się w tym cuchnącym bagnie całkiem nieźle. Również spory tłumek pod sceną potwierdzał, że otwieracz imprezy sprawdzał się znakomicie. Osobiście postałem chwilę, posłuchałem gdzieś tak do połowy i wróciłem po kolejnego portera. Z jednej strony nie było to jakieś chuj wie objawienie i fajerwerki w kroczu, ale solidny wpierdol z mocnymi aspiracjami do naprawdę potężnej maszyny śmierci. Warto będzie śledzić ich dokonania.

Brudnego Skurwiela zna już chyba każdy, kto się, jako tako orientuje w rodzimej scenie muzycznej. Ten ich brudny, chamski, tonący w hektolitrach Żubra thrash, odgrywany jest naprawdę zajebiście, dzięki czemu zawsze chętnie oglądam ich na scenie. I tym razem nie zawiedli, bo już na wjazd przykurwili wściekłym „Satanic Metal Attack”. Pysznie, aż ciało rwało się do pląsów, bo ten kawałek to ich cała twórczość w pigułce, która pobudza mocniej niż amfetamina. Niestety, musiałem urwać się z występu celem poczynienia uprzednio ustalonych geszeftów, ale szpiedzy donieśli mi, że poziom utrzymywał się przez cały czas.

Organizator widać wystawiał kondycję publiki na próbę, bo nie było mowy o relaksie. Po Brudnym została jedynie chwila na ćmika i piwko, by powrócić prosto na Stillborn. Kristopano, to, co się tam wydarzyło, to była barbarzyńska dzicz i zezwierzęcenie totalne. Ja pierdolę, ten hord był niczym dzikie bestie, które w końcu wypuszczone z klatki rzuciły się na ludzi, by rozszarpywać ich na krwawe ochłapy. Także krąg tańczących wyraźnie się powiększył i brutalność urosła do potężnych rozmiarów. Dziwnym nie jest, bo przecież, kurwa stać się nie da spokojnie, jak ze sceny wjeżdża na pełnej „Ancykryst”, „Człowiekowstręt”, czy odśpiewana chórem przez zebranych „Odezwa”. A taki „Obłęd”? Słodki Jezu na kruchym spodzie z owocami upieczony, toż to jebana dewastacja. Te początkowe riffy były odegrane z taką dawką agresji i wkurwienia, że człowiek doznawał ciężkich obrażeń od samego słuchania, a i wewnątrz budziły się pierwotne instynkty. Na zakończenie odwołano się do pierwszego pełniaka, bo został odegrany „Holymother Fucker”. Piękny występ to był, aż żal, że tak szybko upłynął. Ale nie było, co lamentować, bo przy tym, co miało grać następne, jawił się jedynie dziarskim preludium.

Voidhanger. To jedno słowo wystarczy, by mięśnie napięły się w gotowości do walki o przeżycie, a umysł nawiedziły przyjemne wizje ludobójstwa. Nie było tu mowy o kiepskiej frekwencji. Sala była nabita po dach, a w powietrzu unosiła się agresja, która z pełną mocą uwolniła się już od pierwszych riffów. O ile Stillborn był barbarzyńską brutalnością, o tyle tutaj była zimna, skondensowana nienawiść, która dawała swój wyraz w tym kilkuosobowym obozie zagłady. Serio, Voidhanger wzniósł wszelkie negatywne uczucia na wyższy poziom, aż się z miejsca rzuciłem w tłum pląsających. Szczególnie, gdy ze sceny leci amunicja typu „Dark Days of The Soul”, „Death Wish”, „Working Class Misantorphy”, czy „Naprzód Donikąd”, który płynnie przeszło w pocisk burzący, jakim był koncertowy sztos, „High on Hate”. Tam już ginęli ludzie i wybuchały zamieszki. A było to dobre. Nie obyło się, rzecz jasna, bez kawałków niemal legendarnych, czyli odśpiewanych wraz z zebranymi hymnów do marności, pogardy życia ludzkiego i wszystkiego, co święte, „Dni Szarańczy” oraz „Dyskretnego Uroku Upadku”. Na sam koniec Voidhanger poczęstował publikę przepysznym „Warthprayer”. To był sztos. Śląskie kommando, będące w doskonałej kondycji, zaprezentowało jeden z najlepszych występów na tegorocznym FOAD. Nie było mowy o jakimkolwiek potknięciu, czy niedociągnięciu. Każdy element lśnił, niczym chirurgiczne narzędzia, co zdecydowanie było słychać i czuć.

Rolę gwiazdy wieczoru pełniło Deus Mortem. I to był chyba mój główny powód pielgrzymki do Krakowa. Nie będę ukrywał, że wielbię ten hord totalnie. To, co Necrosodom wraz z ekipą stworzyli, jest absolutną dewastacją przy zachowaniu perfekcyjnego balansu pomiędzy patosem, a wpierdolem, dlatego też miałem potężne nadzieje, co do tego występu. I zawiodłem się. Nie wiem, czy może to wina moich rozbuchanych oczekiwań, czy jakiegoś dziwnego nagłośnienia, które momentami szwankowało, ale ewidentnie byłem bardzo na „nie”. Szkoda w chuj, tym bardziej, że nie uratowały tego nawet odegrane „The Destroyer”, czy „Olam HaBeriah” (pisząc te słowa obadałem jeszcze nagrania live z koncertu i niestety, podtrzymuję swoją opinię). Nie oznacza to, że występ był słaby – pełna sala tańczących, śpiewających hymny wraz z Necrosodomem dowodzi raczej czemuś przeciwnemu, ale cóż, widać to jestem zjebany. Aczkolwiek, jeśli będzie okazja znów wbiję Deus Mortem, może mi się odmieni.

Pierwotnie rolę dobranocki miało pełnić Outre, co byłoby niezłym pomysłem na uspokojenie rozbuchanych emocji, ale z kapryśny los zadecydował inaczej i na miejsce Krakowian wskoczyło Temple Deseceration. Bo pierdolić spokój. Przyznaję, po całym, jakże intensywnym wieczorze, byłem już mocno zmęczony, ale Templi chciałem jeszcze zobaczyć. To potężny, bezlitosny walec, który miażdży słuchaczy i składa ich ciała w ofierze siłom nieczystym. Tak było i tego wieczoru. Gęsta, duszna mieszanka black/death metalu z jednej strony pozwalała nieco się rozluźnić, jednak nadal podtrzymywała negatywne emocje na najwyższym poziomie. Jeśli ktoś jakimś cudem sobie odpuścił ostatni występ, to ma, czego żałować, bo było wyjątkowo dobrze.

Po tym nadmiarze wrażeń pozostało tylko dopić piwo i ewakuować się do hostelu, by trochę zipnąć przed kolejnym dniem (szarańczy).

DZIEŃ II

Sen o świt roztrzaskał się w kiepski żart. Dosłownie, bo przebudzenie miałem ultrachujowe i to chyba nie była wina jedynie kaca. Ogarnąwszy się poszedłem się przejść się po mieście, by następnie uderzyć na jakąś szamę (poleca się lokal Poco Loco – nawpierdalacie się tak, że zapomnicie o podjadaniu do piwa) i można było wbijać do ZetPeTe.

W środku ludzi zauważalnie przybyło, co nie powinno dziwić. O ile pierwszy dzień był celebracją polskiej muzyki ludowej, o tyle drugi prezentował mocne pozycje światowego formatu. Ale po kolei.

Najpierw zimne, pieniste na orzeźwienie i można było lokować się pod sceną, gdzie za otwieracz miał robić tarnowski Lament. Nie znałem dotychczas tej kapeli, ale baner w tle z człowiekiem z bukszpanu robił nadzieję na coś ciekawego. Po chwili na scenie zainstalowało się kilku bardów i klub został uraczony mieszanką blacku i funeral doomu. Myślę, że najlepszym porównaniem będzie tutaj Cień. Atmosferę robią dość podobną. Przyznać muszę, że nie było to złe. Solidny średniak, który nawet nie nużył, a także, którego szło słuchać bez zgrzytania zębów. Pod koniec dopiero zacząłem nieco mieć dość i polazłem na ćmika, ale przez większość seta było naprawdę spoko.

Następne w kolejce miało być szwajcarskie Matterhorn. Nie dane mi było zapoznać się wcześniej z ich twórczością, jednakże mając na uwadze dzisiejszą rozpiskę, miałem niejasną obawę, czy nie zacznę już przysypiać. O dziwo, zostałem zaskoczony świetnym, energicznym miksem wczesnego Celtic Frost/Hellhammer z Coronerem. Chłopięta na scenie dokazywały dziarsko siekąc riffami publikę, jak batem i aż chciało się tego słuchać. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji obadać Matterhorn, to polecam. Nie będziecie raczej zawiedzeni.

Szwajcarzy wprawili mnie w dobry nastrój, co pomogło przetrwać grające następnie Blaze of Perdition. Mówiłem to wiele razy, powtórzę i teraz: nie moja bajka. W większości, bo „Conscious Darkness” siadło mi wybornie, ale pozostała część materiału już niezbyt. Na żywo już szczególnie, ale z redaktorskiego obowiązku wypadało zerknąć, tym bardziej, że hord miał nowego wokalistę. I przyznam, że z jednej strony ten dawał sobie naprawdę radę, choćby w „Ashes Remain”, z drugiej jednak brakowało w tym serca. No trudno, posłuchałem, zanotowałem w kajecie i polazłem po piwo.

Ten wieczór miał dwie gwiazdy i mający grać następnie, Bölzer, był zdecydowanie tą najjaśniejszą. Sala szybko się nabiła po brzegi, a w powietrzu czuć było nerwowe oczekiwanie, które znalazło upust w eksplozji radości, gdy poleciały pierwsze riffy. Choć fanem szwajcarów nie jestem i raczej już nie będę, to chciałem ich posłuchać, bo to kawał naprawdę solidnego pierdolnięcia. Do tego robiony raptem przez dwóch typów, którzy robią lepszą robotę niż niejeden hord w pełnym składzie. Ciekawy też byłem, jak sobie poradzi nagłośnieniowiec, bo przed występem słyszałem parę opinii, że jakość występu Bölzer zależy właśnie od niego. Jeden błąd i wszystko leży. Cóż, mogę powiedzieć, że tego wieczoru było wybornie. Każdy element współgrał tam idealnie, co zresztą przekładało się na niesłabnący entuzjazm tłumu pod sceną.

Kolejni mieli być Norwegowie z Dødheimsgard, jednakże występ stanął pod znakiem zapytania, gdy rozeszła się wieść, że Vicotnik przesadził z rock’n’rollem i od 8 godzin leży w szpitalu pod kroplówką. Na szczęście jednak polska służba zdrowia umie w opiekę medyczną, więc z lekkim opóźnieniem na scenie rozpoczęło się show. Tak, dosłownie show. Na banerze z tyłu wyświetlały się dziwaczne wizualizacje, które idealnie współgrały z połamaną, ryjącą beret muzyką, jaka płynęła tego wieczoru ze sceny. Wszystkim zaś dyrygował sam Vicotnik, które miotał się po scenie, wił, tańczył i chętnie schodził do publiki. Bawił się chyba równie dobrze, jeśli nie lepiej, od widzów. Osobiście oglądałem to widowisko raczej z ciekawości, ale to nie moje rejony odsłuchów. Niemniej publiczność była zachwycona.

Ciekawe. Niemal cały, drugi dzień festiwalu był dużo spokojniejszy od poprzedniego i można się było spodziewać, że również kapela zamykająca trzecią edycję FOAD ukoi tłum delikatnymi dźwiękami. Otóż, kurwa nie tym razem. Rola wisienki na torcie, ostatniego naboju oraz finału na twarz i klatę przypadła Animie Damnacie. Tu nie było już miejsca na grzanie dupska na ławeczce, czy kontemplacje przy piwku. Misterium gówna, seksu i Szatana wymagało obecności pod sceną, co całą ekipą uczyniliśmy, by móc chwilę później w pełni podziwiać męskie sylwetki członków zespołu. I gdy zaczęli w końcu grać, zaczynając od potężnego „Insulter of Heavenly Whore”, to ekstrementornado uderzyło z pełną mocą. Widziałem już Animę na żywo kilka razy i zawsze była to gwarancja wpierdolu, ale tego wieczoru osiągnęli chyba apogeum dotychczasowej formy. Dawka wkurwienia w muzyce była niewyobrażalna, zaś wokal Necrosodoma brzmiał tego dnia tak ciężko, jakby ktoś odsuwał ciężką płytę grobowca, by dokonać profanacji zwłok. Jeśli idzie o przekrój hymnów, to były to sprawdzone, koncertowe sztosy, czyli „I Hail His Name”, „Prometheus Coprophagus”, „Nuclear Lucifer”, a także „Numinous Ascension into a Black Hole” oraz legendarne klasyki w postaci „CPM” i wieńczącej seta „Celebracji Ascezy”. Podniósł się, po tej końcówce, tedy lament wielki, a spoglądający ze sceny aniołowie zmiłowali się nad trzódką i ująwszy, w swe delikatne dłonie, instrumenty dopierdolili dwoma dodatkowymi ciosami, w tym kapitalnym „Through Abomination ‚Till Ecstasy”, tak, że szło się obsrać na miętowo. Podkreślę: to było apogeum sonicznej destrukcji, który dawał kopa większego niż wódka popita Red Bullem. Oficjalnie stwierdzam, że tego wieczoru przebili nawet Voidhanger.

Po tym intensywnym wieczorze pozostało tylko udać się na spoczynek, bo z rana czekał mnie powrót. Jak zatem ocenić mam trzecią edycję FOAD? Było zajebiście. Skład przemocarny i znalazło się coś zarówno dla miłośników wpierdolu, jak i czegoś ambitniejszego. Cieszy mnie, że ta impreza nabiera coraz większego rozmachu trzymając jednocześnie bardzo wysoki poziom. Liczę, że kolejna edycja również rzuci na kolana i sponiewiera, a kto nie był na tegorocznej niech żałuje.

Autor

73 tekstów dla Chaos Vault

Przemądrzały, gruby chuj. Miłośnik żarcia, alkoholu i gór, któremu wydaje się, że umie pisać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *