FOAD Fest; 1-2.12.2017; Kraków, Klub Zet Pe Te

Dzień I: Oracle

Ja tam nie wiem, jak inni, ale ja czasem lubię pójść na taki koncert, co do którego wiem, że istnieje prawdopodobieństwo, że stosunek muzyka – znajomi będzie mniej więcej w proporcjach pół na pół lub zbliżonych. Bywa to trudne, szczególnie gdy zespoły występujące na scenie cechuje wysoka klasa, ale i trochu łatwiejsze, gdy zespoły to koledzy i można powiedzieć, że nie widziałeś np. muzyka z zespołu XYZ na scenie, ale odstawił wspaniałą sztukę przy barze (nazwisko i pseudonim do wiadomości redakcji).

Ale do rzeczy. A rzecz miała miejsce w grodzie Kraka, do którego to udałem się w pierwszy dzień grudnia roku bastardziego 2017. O równej 15 godzinie z drżeniem serca ucałowałem ziemię krakowską i w wybornym towarzystwie udałem się złożyć hołd pod pomnikiem papieskim (mam dowody!) oraz na zajebiste frytki (mam świadków). Następnie przebijając się wiecznie zatłoczonymi uliczkami dotarłem do Klubu Zet Pe te, gdzie całe FOAD Fest miało miejsce. Przyznam, że spodziewałem się większej ilości ludzi na początku, a tu dopiero wszyscy się rozkładali. Przywitałem się grzecznie z artystami z Mord’A’Stigmata, z przedsiębiorcą Mythronem (baaardzo ładny stragan!), z artystami z Cień, zaś wokalista zespołu Ulcer przywitał się ze mną tak, jak witają się kowboje ze Śląska („Hałdy!” jakby ktoś nie wiedział… musiałem się tym podzielić, przepraszam, jeśli ktoś musi popić). A potem to już tylko piwko i oczekiwanie.

Chyba przy okazji gigu Immolation pisałem, jak fajnym miejscem jest Klub Zet Pe Te i zdania nie zmieniłem. Podczas FOAD było jeszcze fajniej, bo np. można było z wysokości baru oglądać za sprawą telebimu to, co działo się na scenie. W taki sposób też obejrzałem występ zespołu co zwie się Spatial. To co widziałem nie zachęciło mnie do wchodzenia na salę, ale może w normalnych warunkach było lepiej, więc się nie wypowiem. Po prostu przedłożyłem piwko i kolesiostwo nad ten występ.

W przysłowiowym międzyczasie do klubu wbił Bart, który zrelacjonuje Wam kolejny dzień, koleżanka została skomplementowana przez barmankę i nawzajem (ach, te fanki komiksów…), przybitych zostało kilka piąteczek, zrobiłem zakupy płytowe (nie dla siebie niestety), zrobiliśmy jeszcze piweczko albo dwa, a na scenie zainstalował się Deivos. Zanim zdecydowaliśmy się zobaczyć tenże kapel to jeszcze chwila minęła, flaszka orzechówki nawet pękła, ale ostatecznie dołączyliśmy do osób oglądających Lublinian… z uprzednio przyjętej pozycji, na telebimie, z piwkiem w ręku, „jak starzy ludzie”. Ja lubię chłopaków, Deivos też czasem mogę posłuchać, ale zdecydowanie bardziej jara mnie szwedzka odmiana metalu, jakiej słuchałem kilkadziesiąt minut później. Z tego co jednak widziałem to pod sceną trochę zgęstniało, nie mogło być więc źle.

Jak jednak zaznaczyłem, to Ulcer jest kapelą, którą darzę większą atencją. Bo naprawdę lubię ich szwedzko – zgniłe napierdalanie. Może nieco chwiejnym krokiem, ale zawsze, udałem się więc pod scenę w celu poruszania głową w przód w tył i na boki. I takowoż robiłem wznosząc też okrzyki, głównie mające na celu sławić zespół i nazwę jego. Bo mi się podobało, naprawdę. Kapela rzeźbiła ten chropowaty death metal bardzo zgrzebnie, a Angelfuck uniósł obowiązek bycia jedynym gardłem kapeli na żywca (choć nie powiem, żeby nie brakowało mi tu Jego duetu z Pawłem). Nie byłem co prawda już pierwszej świeżości, ale odnotowałem, że główne strzały pochodziły z „Heading Below”, jednak coś tam z „Grant Us Death” też się znalazło. Ogólnie, że tak nawiążę do anturażu gardłowego, Ulcer zaserwował nam odpowiednio zatęchły oddech wymarłych skandynawskich światów. I widział Pan, że było to dobre. Bardzo.

Po lubelskich death metalowcach deski Klubu Zet Pe Te przejęła formacja Mord’A’Stigmata. Co prawda widziałem ich nie tak dawno temu, bo we wrześniu, ale kurwa… oni mają specjalne miejsce w moim serduszku i na mojej półce. Stawiłem się więc na ich koncercie, bo oglądać ten zespół w akcji to sama przyjemność. Ileż ja już razy o nich pisałem… Kurwa, palców na prawej dłoni mi na pewno braknie, a wkrótce pewnie i na lewej. Ileż można pisać superlatywów na ich temat? Życie pokazuje że bez liku. Oczywiście niniejsza relacja została spisana na długo przed tym jak w ogole dojechałem do Krakowa na koncert, ale takie już mamy układy ze Staticiem, heh… A na serio – ja z płyty na płytę jestem tym zespołem coraz bardziej oczarowany. Zespół skupił się na „Hope” a to jest geniusz- album. A co najważniejsze – odegrany na żywo nie traci nic ze swojej mocy. Przeciwnie. Dużo zyskuje. Mord’A’Stigmata w wersji koncertowej to już jest poziom światowy, a kolesiostwo nie ma tu nic do rzeczy.

Po Mord’A’Stigmata kolejna kapela, którą bardzo bardzo lubię. Ich ostatnimi czasy było zdecydowanie trudniej spotkać na polskich scenach, a i wydawniczo zrobili sobie przerwę trwającą pół dekady (brzmi poważnie, prawda?). Medico Peste, jedna z najlepszych kapel black metalowych w tym smutnym kraju. Ostrzyłem sobie na nich zęby, oj ostrzyłem. I – po raz kolejny tego wieczoru – nie rozczarowałem się ni krzty. Pierwsze co zauważyłem to lekka zmiana scenicznego wyglądu, zniknęły corpse painty, zniknął mnisi strój Silencera, pozostał jednak nastrój i atmosfera grozy. Akurat w trakcie ich występu część znajomych musiała się ewakuować w podróż do domu, więc nie byłem niestety świadkiem całości (trzeba było się pożegnać, a wiadomo, że po pijaku to i w przedpokoju można się żegnać dwie godziny i zrobić przysłowiowego litra), ale szczęśliwie zarejestrowałem w pamięci większość koncertu. Motywem przewodnim była doskonała „Herzogian Darkness”, Epka cholernie klimatyczna, nie mogło być więc inaczej podczas ich koncertu, ale o ile kojarzę to z „א: Tremendum et Fascinatio” usłyszeliśmy numer (lub dwa). I szkoda tylko że kapela nie mogła zaprezentować w tle pełni klipów, bo ponoć jest na co popatrzeć.

Piweczko po koncercie Medico Peste było nieodzowne, zresztą niedługo po występie udałem się z członkami występujących kapel oraz innych uznanych w podziemnym światku na… no dotlenić się. I zeszło nam trochę, po powrocie Cień kończył już powoli swój set. Tak naprawdę zdążyłem na dwa – trzy numery. Lubię ich muzykę. Nie jest to nic odkrywczego, ale panowie potrafią nieźle zagrać. Do tego co zapadło mi w pamięć – strasznie dobrą robotę zrobiły stroboskopy… a może to fakt, że miałem już ogólnie dobrze? Ale jak już powiedziałem – obejrzałem zbut krótki fragment tego występu by ostatecznie zawyrokować jak było. Opierając się na tym co zobaczyłem – było bardzo nieźle.

I na tym kończy się mój udział w FOAD Fest, który osobiście oceniam bardzo wysoko. Początkowo sceptycznie podchodziłem do zrobienia z niego dwudniowego eventu, ale to co widziałem było naprawdę OK. Niniejszym oddaję głos Bartowi, który opowie jak było podczas drugiego dnia.

Dzień II: Bart

Po dość intensywnym pierwszy dniu tego zacnego festu, kol. Oracle ewakuował się odpocząć jak Pan Buk przykazał, zaś na mnie spadł obowiązek przybliżenia czytelnikom Kejosa drugiego dnia imprezy.

Wpuszczanie do środka rozpoczynało się dopiero od godziny 17.30, było więc dość czasu, by dojść do siebie po dniu poprzednim, zjeść co i poszwendać się po grodzie Kraka rozkoszując się unikalnym, krakowskim mikroklimatem. Wraz z nadejściem godziny wjazdu udałem się pod Zet Pe Te. Tam szybki ćmik i powitanie z bdb znajomymi od serca, po czym można było wbijać do klubu. Wewnątrz pusto, więc człowiek miał jeszcze chwilę, by pogadać nieco, wypić co oraz rzucić okiem na merch i zapłakać rzewnymi łzami, bo dóbr wszelakich było wiele, a stan portfela skutecznie powstrzymywał przed zakupem, ot choćby czegoś z dyskografii Arkony po śmiesznie niskich cenach, czy zacnych koszulek ze standu Mythrone Promotion. Z pogaduszek wyrwały mnie dźwięki otwieracza, za który robiło znane i lubiane Hate Them All.

Wiele sobie po nich obiecywałem. Ci katowiccy rozpierdalacze, odziani w gustowne kominiarki zafundowali publice dokładnie to, czego oczekiwałem czyli brutalną muzyczną chłostę oraz rzęsisty deszcz razów na pysk. Ich obskurny, bezlitosny black łoił niemiłosiernie już od otwierającego występ „Śmierć”. Rzecz jasna szybko uformował się młyn, w którym także wziąłem udział. No bo jak tu stać, gdy takie zacne strzały lecą? Wśród nich wyłowiłem także „Fuckin Whore”, „Krew”, „Open Graves”, „Strach” czy kapitalny cover Impaled Nazarene „Total War-Winter War”. Zauważyć należy znaczną poprawę w wokalu, który nijak ma się obecnie do tego, co możecie usłyszeć na płytach. Jest bardziej profesjonalnie przy jednoczesnym zachowaniu idealnej dawki brudu i nienawiści. W tym miejscu pochwalić także trzeba organizatorów za świetne nagłośnienie w klubie. Choć jak zerkałem na początku, sala była pusta, to w trakcie ładnie się wypełniło publiką, co nie dziwi, bo komando z ziemi śląskiej jest zbyt dobre, by sobie ich odpuścić.

mde

Po zakończeniu pląsów przyszło lizać rany przy piwku, ćmiku oraz rozmowach na tematy wszelakie, by wrócić prosto na wieluńskie Hellspawn. Słyszałem ich już kiedyś, jak grali we Wrocławiu i od tego czasu nic się nie zmieniło, co uznaję za plus. Piekielny Pomiot wciąż depcze świętości i miażdży swoim ciężkim, jak nagrobna płyta, oraz czarnym, jak smoła, death metalem w stylu Morbid Angel czy Deicide. Z bluźnierstw wyrzygiwanych na publikę można było wyłapać „Diabolic”, „Heralded by Prophets”, „ There Has Never Been a Son Of Me” czy „Santa Sindone”. Nadto według zapowiedzi Mariusza zebrani zostali także uraczeni kawałkiem z nadchodzącej płyty, a tym był „The Human Conglomerate”. Kapela sprawiła także swoistą niespodziankę słuchaczom pozwalając, by jeden z ich utworów odśpiewał… Ben z Ciemnej Strony Miasta. Nie powiem, niezgorzej to brzmiało. Trochę praktyki i będzie gruz w wokalu jak znalazł. Ogólnie wybornie mi robił ten śmierć metal serwowany przez Hellspawn. Ciężko, brutalnie i bezwzględnie, czyli tak jak powinno być!

Chwilka na szybkiego ćmika i powrót pod scenę, gdzie ustawiało się sprawnie Offence. Przyznaję się bez bicia, wcześniej jakoś umknął mi kontakt z nimi. Wiem, że byli i sporo osób zachwalało, ale cóż… mój błąd, który tego wieczoru odrobiłem z nawiązką. Ich obskurny, piwniczny death pięknie wysmagał słuchaczy zmuszając zebranych do młyna. O dziwo, setlista była dość krótka, ale bytomianie podzielili się takim niedobrem, jak „Holy Vermin”, „Sadisticlover Rituals”, „Hang Him!”, „Adoration of Black Kingdom” czy świetnym, ze wszechmiar odrażającym i odpowiadającym na wszelkie zagadnienia tego świata „Alcoholic Solution”, które kończyło ich występ. Szybciutko to minęło, aż zdziwieni wszyscy byli, ale najważniejsze jednak, że przez ten krótki czas dane mi było poznać, iż Offence w pełni zasługuje na uwagę, jaką mu się poświęca.

Chwila oddechu i można było zbierać na Pandemonium. Ciekaw byłem, co też ci starzy wyjadacze zaprezentują. Ich tegoroczny album można określić, jako poprawny, ale w mojej opinii zdecydowanie nie jest on słaby. Łodzianie do swojej roboty przyłożyli się fachowo i nabita po brzegi sala entuzjastycznie reagowała na lecące ze sceny kawałki, przy czym za wielki plus policzyć trzeba fakt zafundowania przekroju po całej dyskografii kapeli, co pozwoliło zadać ciężkie obrażenia w postaci „Winter”, „Devilri”, „Frost”, „Memories” czy zamykającym seta „Unholy Existence”. Z najnowszej płytki poleciało „Przyjdź Królestwo Twoje”, tu odegrane wespół z gitarnikiem z Hellspawn. Zacne to było i to bardzo, szczególnie stare kawałki, które dobitnym ciosem w pysk udowadniały, że Pandemonium wciąż solidnie niszczy i nie bierze jeńców.

Uderzenie z Łodzi było solidne, ale po wszystkim nie zamierzałem nigdzie się ruszać tylko zaklepać dobre miejsce przy barierkach, bo oto na scenie sprawnie lokowała się czarna gwiazda tego wieczoru, Arkona. Krótko przed początkiem młócki sala była nabita po brzegi, zaś w powietrzu czuć było napięcie. I weszli, bez wstępów, bez zbędnego pierdolenia przyładowali prosto w publikę, by rozpętać istne piekło! Jeśli mam porównywać reakcję tłumu, to było to coś podobnego do tego, co miało miejsce na ostatnim gigu Arcykozy i Bolzer we Wrocławiu. Niemal nieludzkie napierdalanie oraz powszechne zamieszki w moshpicie połączone z chóralnym odśpiewywaniem każdej linijki tekstu. Wszystko w tym występie było dopięte na ostatni guzik, świetna praca perki, smagające riffami gitary oraz kapitalny wokal. Jak poleciało „Nie dla mnie litość” to mogłem już umierać, albowiem poziom zajebistości przekroczył wszelkie limity. Ale nie było tak dobrze, bo w arsenale zawarta była też „Ziemia”, „Lunaris”, „Śmierć i Odrodzenie”, „Przyszły zdrajca chrześcijańskiej masy”, a przy „Zasypiając w strachu” ekstaza publiki osiągnęła apogeum niemal roznosząc Zet Pe Te w drobny mak. Po odegraniu ostatnich riffów kapela zmyła się ze sceny bez słowa pozostawiając FOAD Fest w kawałkach. Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam… cios to był przeokrutny i warto było wyczekiwać ich występu.

Generalnie po Arkonie mógłbym już się zmyć, bo zamykającego fest Embrional zwyczajnie nie trawię. Nie podeszło mi nigdy i raczej to się nie zmieni ale gnany ciekawością, jak to będzie brzmieć w nowym składzie skompletowanym przez Skullrippera, w tym z samym Armagogiem na basie i Młodym za perką, zostałem w klubie. Ich występ osobiście mogę określić jako prawidłowy. Fanem nie będę, ale trzeba przyznać, że riffy dorzynały tych, co nie wyszli po Arkonie, całkiem sprawnie, wespół z elegancką pracą perki, zaś Skullripper i Armagog raz po raz zachęcali do wykrzesania pod barierkami entuzjazmu. Wśród tych połamanych, szalonych dźwięków wyłowiłem „Behind the Mask of Sanity”, „Hellfuck”, czy zagrane za zakończenie i w sumie najlepsze „Death & Destruction”. Możecie rzucać we mnie kamieniami, ale fanem tego hordu z Gliwic raczej nie będę, choć podkreślam – sprawnie i profesjonalnie przeprowadzona rzeź wieńcząca dwudniowy armagedon.

Po wszystkim pozostało tylko pożegnać się z bdb znajomymi i udać się na spoczynek, bo z rańca czerwony autobus z bocianem wiózł mnie w rodzinne rejony. Osobiście oceniam FOAD FEST jako imprezę na kapitalnym poziomie. Wszystko dopięte na ostatni guzik, nagłośnienie świetne, dobór kapel doskonały i rozpasany merch. Jedyny minus to skurwysyńsko drogie piwo w klubie, ale co szkodzi przejść się kawałeczek dalej po Soplicę Orzechową, heheh. Warto było tłuc się taki kawał, bo to, co zaoferowano wynagradzało wszelkie trudy z nawiązką, zaś tych, którzy nie byli w tym roku zachęcam, by ruszyć dupska i wbić na kolejną edycję tej zacnej imprezy jeśli ona się odbędzie!

 

PS. Zdjęcia z dnia pierwszego wykonane zostały ręką Justyny, pięknie dziękujemy, będzie odwdzięczane. 😉 Drugi dzień – Bart.

1 komentarz

  • Na koncercie Hellspawn, Benek nie śpiewał do ich kawałka, ale był to „Down of the Angry” Morbid Angel.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *