Feed the Fire, Fan the Flame 2018: Blaze of Perdition, In Twilight’s Embrace, Dom Zły; Wrocław, Klub Liverpool; 15.02.2018

Ostatnią płytkę Blaze of Perdition uważam za jedną z mocniejszych pozycji płytowych minionego roku, dlatego też, gdy pojawiło się info, iż BoP rusza w trasę po kraju uderzyłem na jedno z misteriów, by obadać, czy także na żywo w końcu dam się do nich przekonać.

Tym razem gig wypadał w czwartek, więc na Wrocław uderzyłem niemal prosto po robocie. O dziwo obyło się bez przebojów z dojazdem. Pod Liverpool stawiłem nieco przed dziewiętnastą, a że nie było wcześniejszego wpuszczania, to uderzyłem to zlokalizowanego tuż obok pubu Haggis. Tam pokrzepiając się wybornym Murhpy’s oczekiwałem na otwarcie bram. Wypiwszy nieco i zapaliwszy co, wbiłem do klubu. Tuż przy wejściu szybka obczajka na merch, gdzie głównie zwracały uwagę pyszniące się materiały BoP oraz, co nieco od Domu Złego. Wzbogaciwszy się o „Consciouss Darkness” zastałem jeszcze namaszczony wejściówką od Mintaja i można było się lokować w środku. Warto tu zauważyć, iż narodu zebrało się już na rozpoczęcie całkiem sporo, zaś później klub był solidnie nabity.

Rozruch fundował Dom Zły. Pamiętając, iż Oracle chwalił ich album zaciekawiony byłem, jak też sobie poradzą na żywo. I przyznaję wyszło to całkiem nieźle, choć nie do końca wiem jak określić to, co leciało ze sceny… post black metal jakoś by tu najbardziej pasował. Ale chuj z szufladkowaniem, liczy się przecież muza, czyż nie? A ta kopała całkiem solidnie. Bujało to to niezgorzej, aż nóżka sama tupała do rytmu, przy czym dziwiło tylko, że publika w większości stała jakieś dwa metry od sceny jakby się bali, że pasami biją pod barierkami. Ze szlagierów uważne me ucho wyłapało „Psy”, „Dom Zły”, „Bór” oraz wieńczące występ „W Noc”. Ma ta muza potencjał, szczególnie koncertowy. Warto mieć ich na uwadze i śledzić, co też się będzie wyrabiać w Domie Złym, bo we Wrocławiu pokazali, że umieją w metal.

Po poruszającym wstępie wypadało ukoić emocje płynami, po czym wracać biegiem pod scenę, bo In Twilight’s Embrace nie chciałem za nic przegapić. Wielkopolan dane mi już było widzieć kilka razy i nigdy nie odstawili jakieś chujni (raz chyba tylko średnio było). Chwila nerwowego wyczekiwania… i są! Bez zbędnych wstępów przyjebali już na wjazd pysznym „As Future Evaporates”, by płynnie przejść do „Gravitate Towards the Unknown” oraz kolejnego „Flesh Falls, No Ghost Lifts”. Dalej poleciały także „Futility”, „Trembling”, „The Hell of Mediocrity” oraz świetne „Fan The Flame”. Nie mogło się też obyć bez obowiązkowego coveru Armii, który wciąż kopie potężnie, zaś całość zamykało „The Great Leveller”. Wyborne było to granie, powiadam Wam. Po setliście widać, że skupiono się głównie na „Vanitas” ale to akurat poczytuję za plus, bo jest to naprawdę zacny album. Poznaniacy wiedzą jak nie tylko miażdżyć muzą ale i jak zrobić show. Kapitalną robotę robi też na wokalu Cyprian (choć ma wrażenie, że coraz bardziej upodabnia się do Hoesta z Taake). In Twilight’s Embrace po raz kolejny udowdniło, iż w pełni zasługują na wszelkie peany na ich cześć.

Po ITE nie ruszyłem się spod barierek czekając na gwiazdę wieczoru, Blaze of Perdition. Zabawnym nieco był fakt, iż przekonać się miałem do nich w tym w samym klubie, w którym kilka lat temu (bodajże w 2015 r.) dane mi ich było poznać po raz pierwszy. I zaczęło się! Tym razem na wokalu stanął odziany w gustowną maskę oraz obowiązkowy kaptur, Mścisław. Na początek poleciały dwa starsze kawałki, w tym chyba „Near Death Revelations” i cóż, nadal mi to nie podchodzi. Zawiera to w sobie jakiś nieokreślony element, który po prostu mnie mierzi, no trudno. Inaczej miała się za to sprawa z wałkami z najnowszej płyty wśród których wyłapałem „Ashes Remain” i „Glimpse of God”. No to już jest pierdolnięcie, co się zowie. Ta muza dosłownie pochłania i wciąga w siebie słuchacza miażdżąc, depcząc w najciemniejszej otchłani, co utwierdza mnie w przekonaniu, iż album „Consciouss Darkness” to mocarny płyt, godzien zaszczytów. Jeśli miałbym jednak się do czegoś przyczepić, to do wokalu. Mścisław radził sobie nieźle, ale jednak kawałki z ostatniego albumu pełnię swojego zniszczenia pokazują dopiero z Sonneillonem, jako gardłowym. Niezależnie jednak od tego, przyznać muszę, że z Blaze’ami muszę się przeprosić, bo zarówno „Consciouss Darkness”, jak i ten występ dobitnie pokazały klasę kapeli.

Koniec koncertu, podług rozpiski, wypadać miał na godzinę dwudziestą trzecią, jednak ku mojemu jednak zaskoczeniu całość zakończyła się dobre pół godziny przed czasem. Jednak, co Left Hand Sounds, to Left Hand Sounds, opóźnień i przedłużania nie ma. Pozostało tylko zajarać jeszcze jednego i udać się na spoczynek.

Autor

43 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *