W sumie to moja podróż do Lublina do ostatniego momentu stała pod dużym znakiem zapytania. A bardzo chciałem się zjawić na pierwszym koncercie Feed the Fire, Fan the Flame 2018. Muzyka, ludzie i sam Lublin były jednak na tyle mocnymi motywatorami, że spiąłem pośladki i jakoś się udało.

Wyjazd z Rzeszowa na Lublin przebiegał trochę naokoło, ale w dobrym towarzystwie to można i przez Szczecin jechać. Co prawda pogoda nas nie rozpieszczała, wiatr wiał w oczy, ale ostatecznie pod klubem zjawiliśmy się na styk. A tam same piękne ludzie już na nas czekali (to znaczy w sumie nie wiem, czy na nas, ale było nam miło, heh…). A że piździło, wejszliśmy szybciorem do Graffiti, w którym to cała impreza miała się odbyć.

I w sumie jak tylko wtarabaniłem się do klubu, zakupiłem sobie merchyk i piwko, wynająłem kilka centymetrów kwadratowych w torebce BDB koleżanki od serca i poczłapałem pod scenę to pojawili się na niej muzycy Domu Złego. Strasznie zrobiła mi ich EPka i byłem bardzo ciekaw, jak zespół wypadnie na scenie na żywo. Ich duszny post metal miał stanowić ciekawe urozmaicenie do dwóch, raczej stricte metalowych kapel. Ale hmm… no nie przekonali mnie do końca. Może to wina brzmienia (w sumie wszystko się zlewało i chwilami trudno było mi odróżnić poszczególne kawałki), z drugiej strony poza wokalistą i basistą to tak trochę bez życia było to odegrane. Ta muzyka ma potencjał i wierzę, że koncertowo może się obronić, niestety tym razem się nie udało. A szkoda, bo bardzo chciałem zobaczyć ich na żywo i dać się zniszczyć tak jak z EPki.

Nic to, poszedłem więc utopić smutek w alkoholu. No i w konwersacjach z ludźmi obecnymi, a że w Lublinie zawsze sporo znajomych mordeczek to lepiej nie widzę. Tu piweczko, tam piąteczka i jakoś tak zleciała przerwa do koncertu In Twilight’s Embrace. Ich akurat widziałem całkiem niedawno, ale jak to mówią w filmach porno – dobrego nigdy za wiele. I tutaj już się nie zawiodłem, gdyż nagle brzmienie było jakby lepsze, kapela żywsza. In Twilight’s Embrace w zasadzie skupili się na ostatnich materiałach, czyli krążku „Vanitas”. Oczywiście z EPki musiała polecieć „Opowieść Zimowa” a głowy nie dam czy nie poleciało coś z „The Grim Muse”. Kto czasem rzuca okiem na Chaos Vault, ten widział moje erekcjogenne zachwyty nad ich najnowszym albumem – na żywo wypadają tak samo dobrze. Strasznie dobry show, intensywny, a kapela potrafi wykreować na żywo feeling tak samo dobry jak na płytach. Nie pamiętam już, czy ten set różnił się wiele od mojego ostatniego razu z chłopakami z Poznania, który miał miejsce przed gigiem Immolation, ale wówczas było równie dobrze. A to cieszy, bo widać, że ich kondycja to nie kwestia przypadku a po prostu krew, pot i łzy przelane na próbach i koncertach.

Po In Twilight’s Embrace udałem się oczywiście do baru po kawę. Zaskoczeni, kurwa? Moja wątroba też, ha! Ale postanowiłem być odpowiedzialny, więc nie samym piwskiem człowiek żyje. I tak uzbrojony oczekiwałem na nadejście ostatniej kapeli tego wieczoru. Blaze of Perdition również widziałem całkiem niedawno i lekko obawiałem się jak będzie – występowi w Krakowie przed Ulcerate czegoś brakowało. Ale w międzyczasie kapela odświeżyła skład, no a w Lublinie za mikrofonem stanąć miał (choć to nie do końca trafione określenie, ale chuj…) Sonneillon. Dobrze go widzieć na scenie, szczególnie że ostatni raz miałem tę przyjemność… kurwa, no z pięć, sześć lat temu? Nieważne. Blaze of Perdition nagrało ten swój najlepszy materiał i w Krakowie nie obronił się tak do końca. Jednak na swoim boisku, przed „swoją” publicznością wypadli doskonale. Setlista w porównaniu do poprzedniego gigu była chyba taka sama (trzy z nowej, dwa z poprzedniej, „Ostatecznego Rozwiązania” nie stwierdzono, jeśli się zastanawiacie). Podobnie jak w przypadku poprzedniej kapeli, tak i u Lublinian (umówmy się) brzmienie naprawdę dawało radę. Wszystkie instrumenty były doskonale słyszalne, podobnie jak wokal. Paweł wciąż daje sobie świetnie radę. Nawet stojąc przy samym wejściu na salę wszystko było idealnie słychać. Miałem szczerze wiele przyjemności z tego koncertu, a i przysłuchując się innym osobom nie spotkałem się z narzekaniem na obecną formę Blaze of Perdition.

No a po Blaze of Perdition trzeba było wziąć dupę w troki i z bólem serca uderzyć z powrotem na Rzeszów. Wielka szkoda, bo strasznie nie chciało mi się wyjeżdżać i naprawdę cieszę się, że stawiłem się na tym gigu. No ale na następny dzień wzywały obowiązki, więc cóż zrobić. Wesoła gromada udała się w podróż zaśnieżoną trasą Lublin – Rzeszów. Po dobyciu do domu walnąłem się w wyrko, a po godzinie z hakiem wstałem i poszedłem na drugiego busa do Krakowa. Metal to wojna.