European Carnage Tour 2011: Slayer, Megadeth, Vader; Łódź, Atlas Arena, 11 kwietnia 2011

Czasem się mówi, że do jakiegoś koncertu odlicza się dni, godziny i minuty. Zazwyczaj jest to takie sformułowanie, żeby coś ładnie brzmiało i metalowcy – ród przecież wrażliwy – delektowali się wytrawnym stylem relacji.,Ale tym razem będzie to prawda. Dni, godziny i minuty odliczałem oczywiście do koncertu Slayer – pierwszego w moim życiu.

Po kolei. Wyjazd z Rzeszowa w samo południe. Szanowny pan kierowca nie oszczędzał swojego slejermobilu, więc w Łodzi byliśmy baaaardzo szybko. Atlas Arena – na kimś kto widział ją po raz pierwszy robi wrażenie ogromniastego molocha. Pod nią, napierdolone grupki metalowców, którzy nie bali się deszczu ni wiatru, którym powitała nas Łódź. Po około półtorej godziny bramy Areny się rozwarły i czarny lud wtoczył się do środka. Ochrona nie sprawiała nikomu jednak problemów – jakbym pewnie chciał to wniósłbym do środka siekierę albo granatnik, byle niewielki.

Zanim przejdę do konkretów kilka spostrzeżeń natury socjologicznej. Po pierwsze. Wydaje mi się, że około 70% osobników zgromadzonych jak najbliżej sceny, w tzw golden circle stanowiły dzieci, którym rodzice sypnęli pieniążka, by milusińcsy lepiej wszystko widzieli. A że przy tym młyn raczej sporadyczny w tamtym miejscu był to już inna bajka. Ja po raz pierwszy nie zdecydowałem się iść na płytę, bo po pierwsze, młynu nie było wiele, po drugie, po co, skoro z miejsca, w którym byłem wszystko było bardzo dobrze widać i co ważniejsze – słychać. Niestety, i tu spostrzeżenie numer dwa – atmosfera na koncercie Zabójcy chwilami była zbliżona do pikniku. Przyszły całe rodziny, ludzie którzy zdaje się z metalowymi koncertami mają styczność raczej sporadyczną. Skutkowało to rozlicznymi problemami, z jakimi nie było mi dane spotkać się wcześniej. Na przykład „Przepraszam, zajęli państwo moje miejsce” (kurrrwa, hala duża jak skurwysyn a Ci muszą siedzieć wedle oznaczenia na bilecie), „rozlał mi pan herbatę, jest mi pan dłużny 4 złote, jak tak można nie uważać?!” (kurrrwa!). Częstum widokiem byli też panowie w garniturach, panie w garsonkach, dzieci z balonami. Ja pierdolę, metal umiera. Dobra, do tematu.

Całość rozpoczął Vader. Cóż, Vader jak to Vader – zagrał dobry koncert i nic poza tym. Od kilku(nastu?) lat Vader nie zmiótł mnie żadną swoją płytą. Organizator przyznał im około dwudziestu pięciu minut, które Peter z komandem wykorzystał na zaprezentowanie nam głównie nowych, nieciekawych numerów. Jedynymi starociami było „Sothis” oraz „The Final Massacre”. Do tego nagłośnieniowiec zrobił im psikusa (taki dowcipniś) i przez połowę ich setu słychać było jedynie wokal oraz stopę. Na pewno nie pomogło to w odbiorze ich koncertu, zwłaszcza, jeśli ktoś był od razu nastawiony na „nie” względem tego zespołu. Cóż, mnie Vader ruszył jedynie przy wspomnianych starych numerach. Zespół jednak na scenie zachowywał się dość żwawo, najbardziej na scenie szalał Pająk, ale w zasadzie i Peter przebierał chwile nogami. Koncert Vader był również debiutem w ich barwach dla Hala, znanego z Abused Majesty. Cóż, zobaczymy ile ten kolega wytrzyma pod dowództwem Petera. Cóż, po koncercie Vader nie mam jakoś świetnych wspomnień i wolę, by ten czas spożytkował za nich Slayer, hehe.

Jako, że nie czułem potrzeby ruszania się z zajętego przeze mnie i kolegę Piotrka miejsca, w przerwie rozsiedliśmy się i poczęli komentować zachowanie innych uczestników koncertu, hehe.No ale w końcu światła zgasły i młodzieć truchcikiem podbiegła bliżej płyty. Jak już powiedziałem, nie wiem po co, bo panował tam raczej bezruch lub podskakiwanie w miejscu jak przy jakimś zajebanym Feel. Okej, Megadeth zaczęło. Nie pamiętam od czego, chyba to było „In My Darkest Hour”. Wiadomo, że Mustaine pojednał się z panem, w przerwach między numerami pewnie zmawiał koronki, ale trzeba mu przyznać, że nadal pamięta, jak trzyma się gitarę i przebiera palcami po gryfie. Ale jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdy widziałem ich na którejś tam Metalmanii wstecz, zrobili na mnie lepsze wrażenie. Nie poznałem wszystkich numerów, bo nowsze produkcje Megadeth jakoś mi nie leżą, no ale na pewno nie obyło się bez „Wake Up Dead” i „Peace Sells”, w czasie którego na scenę wszedł na moment Rattlehead i wskazywał palcem na ludzi zgromadzonych pod sceną. Niegłupi pomysł, szkoda, że kapela go nie rozwinęła, zawsze to ciekawsze niż starsi panowie w dziwnych (jak na koncert metalowy) fatałaszkach, hehe. Mustaine nawiązywał kontakt z publiką, która zazwyczaj odpowiadała mu złożonym „Yeeeeaaaah”. Nieźle wypadło „Hangar 18”, z masą solówek odegranych wręcz perfekcyjnie. Oczywiście z ich najpopularniejszej płyty poszło „Symphony Of Destruction” oraz świetnie odegrany (a w zasadzie wyrecytowany przez Dave’a) „Sweating Bullets”. Po około godzinie zespół zszedł ze sceny, no ale to oczywiście była typowa gwiazdroka. Pewnie Mustaine odmówił pięć zdrowasiek i wyszedł z powrotem na deski, mówiąc coś, jaka to szkoda, że ludzie na świecie się zabijają. Ot, złote myśli. No, ale po jego pogawędce poszło „Holy Wars”, bo tego również nie mogło zabraknąć w setliście. Megadeth skończyło grać. No okej, było nieźle, ale i tak byłem tam tylko dla jednej kapeli.

Podaruję sobie ckliwe wstępy, jak to ważnym zespołem jest dla mnie Slayer, bo nie czas i nie miejsce na takie truizmy. Po około dwudziestu minutach od tego jak Megadeth zeszło ze sceny, zgasły światła, halę wypełniła czerwona poświata, a na deskach pojawiły się cztery sylwetki. Niestety, nie było Hannemana, który miał jakieś problemy gastryczne i na polskim odcinku trasy zastąpić musiał go Pat O’Brian z Cannibal Corpse. Zaczęli od „World Painted Blood” i poczułem, że wreszcie spełniły się moje wieloletnie oczekiwania (a jednak bez truizmów się nie obejdzie, hehe). Kurwa, jak oni to robią – cztery dychy każdy ma na karku, a napierdalają thrash metal z młodzieńczą werwą. Po bokach sceny zawisły dwa logotypy Slayer z orłem – proste, ale wrażenie robiło jak cholera. Krótkie przywitanie i jadymy – „War Ensamble”. Kurwa, ludzie na płycie stali jak zaczarowani, ewentualnie w kilku miejscach próbowano rozkręcić niewielki młyn, a tak to spokój. Na takim koncercie!!! Kolejno Slayer odegrał dwa utwory z nowego albumu, by po chwili sięgnąć do starszych rzeczy – poleciało „Silent Scream”, „Dead Skin Mask”, a po chwili znów coś świeższego – kurewsko naładowany nienawiścią „Payback”. Najlepsze jest to, że wszystkie te agresywne wersy Araya wyśpiewuje uśmiechając się pod nosem – mimo to, wcale nie brakuje mu przez to autentyczności. Na pewno nie przedstawiam Wam tutaj setlisty w jej faktycznym porządku, bo po pewnym czasie i tak tego nie spamiętałem, niemniej jednak odtwarzam ją w miarę uczciwie, hehe – poza tym nie muszę pamiętać, czy „The Antichrist” poleciał przed „South Of Heaven” czy może przed „Postmortem”, skoro w tamtym momencie miałem erekcję duszy! Miałem nadzieję, że poleci coś z jedynki i nie zawiedli mnie, a ponadto jeszcze poczęstowali „Black Magic”! Albumy które natomiast pominięto to o ile pamiętam „Hell Awaits” i mój ulubiony „Divine Intervention” nad czym kurewsko ubolewam! Ale prawda jest taka, że dla mnie Slayer mógłby odegrać set zaczynając od „Evil Has No Boundaries” a kończąc na „Not Of This God” – wówczas każdy byłby usatysfakcjonowany, jeśli wiecie o co mi chodzi, hehe. Araya był raczej oszczędny w słowach, całą energię i nienawiść skupiał na wykrzykiwaniu kolejnych wersów. King przechadzał się po scenie, czasem rzucając groźne spojrzenie na publikę, wyglądał trochę jakby szukał kogoś, komu mógłby wpierdolić. Ale nie wpierdolili nikomu, za to dopierdolili (tak, moje słownictwo jest nad wyraz wyszukane) „Seasons In The Abyss” i „Raining Blood” – aaaargh!!! do tego wyśmienite brzmienie – a przynajmniej tam gdzie ja siedziałem było słyachać wszystko idealnie. Na chwilę zwolnili, kiedy Tom zobaczył, że grupa maniaków macha chilijską flagą i coś tam zagadał do nich, ale jedynie na krótko – przedstawienie musi trwać. I trwało, nie okazywali litości przez circa siedemdziesiąt minut. Na koniec poszło „Angel Of Death” – zespół pożegnał się, rzucił kostkami, pałeczkami i zniknął za kulisami. Próżno było czekać na bisy.

Takie koncerty pamięta się do końca życia. Cieszę się, że byłem trzeźwy i wsio zapamiętałem (swoją drogą – nie rozumiem jak można wydać na taki koncert kilka stów i nie pamiętać niczego, ale byli zapewne i tacy). Ja mam nadzieję, że dane mi jeszcze będzie zobaczyć wielkiego Zabójcę w przyszłości.

Autor

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

4 komentarze

  • Po kolejnym „hehehe” przestałem czytać, więc być może nie powinienem się wypowiadać… Ale też byłem wtedy w Łodzi, chuj mnie obchodziło, w czym kto przyszedł na ten gig i czy Rudy pojednał się z Panem, czy z panem Oraclem, który wyjątkowo się nie najebał (ze swoim kolegą Piotrkiem, co niezwykle ważne dla fanów Vadera, Megadeth i Slayera;). Nie mam ochoty na polemikę, ale muszę zaapelować do ewentualnych pechowców, którzy też tutaj trafili i po przeczytaniu tego co ja, utwierdzili się w przekonaniu, że metale to debile – „Nie dziwmy się, że metal umiera”.

  • Bardzo nam przykro, że język nasz nie tak giętki, wartki niczym w Mysticu, lub innym MH. Postaramy się rzecz jasna poprawić i włączymy: anakoluty, epifory, asyndetony, a nawet – o zgrozo – polisyndetony.

  • Kolego szanowny redaktorze, już spieszę wytłumaczyć uniżenie szanownemu czytelnikowi w czym rzecz. Taki ze mnie huncwot, iż dla mnie koncert to nie to, w jaki sposób muzyk w danym czasie ułoży palce na gryfie, a – holistycznie rzecz ujmując – całość zdarzeń zaistniałych w danym miejscy w określonym czasie. Tak więc zarówno muzycy jak i muzyka, ale również podróż na koncert i z koncertu (dla mnie KAŻDY koncert to rodzaj celebracji tej muzyki), a także ludzie, którzy ze mną uczestniczą w tym wydarzeniu. Nie ukrywam, iż preferuję bardziej kameralne koncerty, jednakże wiem, iż Slayer takowych już raczej nie gra. Co zaś do spożycia przeze mnie alkoholu – owszem lubię i praktykuję, ale nie pamiętam ja ani moi znajomi przypadku, bym się najebał. Cytat „Cieszę się, że byłem trzeźwy i wsio zapamiętałem” odnosi się do osób, które były wnoszone niemalże do wnętrza Atlas Areny przez współtowarzyszy. Mam nadzieję, że otrząsnąłeś się już z traumy obcowania z takim plugastwem, jakim jest Chaos Vault Webzine i rozgorączkowany, z jeszcze trzęsącymi się dłońmi, wpisałeś w wyszukiwarkę nazwę portalu, w którym o muzyce metalowej pisze się wyłącznie w ciekawy, fachowy, a nade wszystko kulturalny sposób. A osoby, które będą dopiero miały tego pecha – przepraszam zawczasu.

  • Hehe, ja pamiętam żebyś się najebał. Ale to był gówniany koncert. Trza było i już hehe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *