procession wawaDzień 16 kwietnia nie przywitał mnie ładną pogodą. Chmury, deszcz… W sam raz pod imprezę Doom – pomyślałem, gdy z rana pomaszerowałem na busa do Warszawy. Potem, co prawda pogoda zrobiła się mniej depresyjna, ale w nastrój zdążyłem się wprowadzić odpowiedni hehe. Podróż jak zwykle minęła szybko, bo jak tu się nudzić, gdy do odsłuchu tyle nowej muzyki.

W Warszawie już klimat inny więc przed koncertem postanowiłem się przespacerować i niestety niezbyt dokładnie wyliczyłem czas zwiedzania i o mało do knajpy się nie spóźniłem. Trafić do klubu „2 koła” nie było trudno, ale gdy moim oczom ukazała się ta knajpa jednocześnie pojawił się na mojej twarzy uśmiech i niepokój. Dlaczego? Już spieszę wyjaśniać. Otóż lokal ten zlokalizowany jest bardzo blisko dworca zachodniego w budynku należącym do infrastruktury kolejowej. Zajebisty barak, siermiężnie urządzony. Wyjebany klimat na taki koncert. Jednak lokal mikroskopijny wręcz, po środku scena w kształcie trójkąta (a to nowość hehe) zajmująca prawie pół lokalu po prawej bar po lewej sracz i w sumie tyle. Myślę sobie: „gdzie ci ludzie się pomieszczą”. Jednak frekwencja nie była powalająca (widać ilu mamy fanów Doom w Polsce) i każdy się zmieścił. Najbardziej jednak w lokalu rozjebała mnie stojąca przy lewej ścianie „koza” opalana zdaje się węglem, która grzała spragnione depresyjnej atmosfery dusze hehe. Zajebisty był też rozjebany motor na oknie. Knajpa z klimatem najwyższych lotów hehe. Ale na serio: dla mnie takie lokale właśnie maja dużą większą wartość niż jakieś odpicowane dziury dla hipsterów. W takim lokalu impreza do porzygu jest czystą przyjemnością. Ja jednak musiałem zachować względną trzeźwość, bo i na rano do roboty i powrót też nielekki. Merch też zajebisty wiec do domu wracałem obładowany jak juczny osioł z jedną myślą w głowie: „za co ja jutro kupie chleb” hehe.

isoleKoncert początkowo miał zacząć się o 19, potem godzinę rozpoczęcia przesunięto na 19.30 a ostatecznie Isole wyszło na scenę jakoś chwilę po 20. Trochę mnie to zaczęło martwić, ale o tym w dalszej części. Isole znałem bardzo słabo. Jakaś płyta mi się kiedyś obiła o uszy i pamiętałem, że to przyzwoite granie jest. Poza tym z panami z Isole niedawno spotkałem się we Wrocławiu, gdy znaczna ich cześć występowała z kapelą Ereb Altor przy okazji Niflheim Fest. W tej odsłonie jakoś mnie nie przekonali, za to Isole to już inna historia. Doom Metal serwowany przez tę czwórkę od razu mi się spodobał. Ruszyli ze swoimi wałkami a publika pochłonięta ich muzyką zaczęła delektować się tymi smolistymi dźwiękami. Jak dla mnie koncert bardzo udany. Numerów nie kojarzę najlepiej, bo jak już wspomniałem, nie za bardzo wnikałem w dyskografię tej kapeli jednak w busie przesłuchałem sobie bardzo dobrą płytę „Silent Ruins”, z której to na koniec poleciał numer „Nightfall”. Szwedzi zabawili na scenie około 45 minut i mnie osobiście kupili. Musze się bliżej przyjrzeć ich dyskografii, bo warto.

processionIsole zwinęli się ze sceny sprawnie, za to mniej sprawnie poszła instalacja tak wyczekiwanego przeze mnie Procession. To właśnie ta ekipa ściągnęła mnie w ten środowy wieczór do stolicy. Miałem wielkie oczekiwania, co do ich występu, bo obie ich płyty uważam za dzieła wybitne. Cała drogę zadawałem sobie pytania: „Co zagrają?”, „Większy nacisk będzie na debiut czy na drugi krążek?”, „Będzie coś z EPek?”. Po półgodzinnym rozkładaniu sprzętu miałem się przekonać. No i w końcu są! Zaczęli! Pierwsze dźwięki numeru otwierającego z drugiej płyty, czyli „Conjurer” i maszyna ruszyła. Rewelacyjny numer, na żywo wypadający jeszcze lepiej. Serce zaczyna bić szybciej. Po nim coś starszego: „Raven of Disease” ze znakomitego EP „The Cult of Disease”. Następny numer, tytułowy z ostatniej płyty: „Reap Heavens Apart” a po nim dwa kolejne z debiutu, czyli „Tomb of Doom” i „Chants of the Nameless”. Istnieje możliwość, że „Tomb of Doom” grali przed „Reap Heavens Apart” gdyby się ktoś miał czepiać. I co? I tyle????? To mi się nie spodobało… Jak dla mnie to jeszcze ze dwa numery być powinny a tu taki niedosyt. No szkoda, ale w końcu nie grają, jako „gwiazda wieczoru” i w sumie dobrze.

Procession zeszło ze sceny a ja spojrzałem na zegarek i trochę mi mowę odjęło, bo za 40 min muszę spierdalać z knajpy, żeby zdążyć na busa do Rzeszowa. Pomyślałem sobie: „kurwa mać!!”, ale może uda mi się zobaczyć, choć moment gigu Esoteric. Jak zobaczyłem ile gratów goście niosą ze sobą to jednak straciłem nadzieję… Nie było możliwości, żeby wszyscy się na tej mikroskopijnej scenie zmieścili wiec klawiszowiec znalazł się w strefie fanów hehe. Najgorsze jest to, że gdyby nie brak wokalu na odsłuchu i kolejne perturbacje, aby to naprawić to bym jeszcze chwilę koncertu zobaczył, zrobiłbym parę zdjęć a tu chuj. Musiałem iść i tylko z daleka dobiegły mnie pierwsze dźwięki koncertu Esoteric. Powiem szczerze: byłem wkurwiany, bo gdyby wszystko szło zgodnie z planem to pewnie 70 – 80% koncertu bym zobaczył a w sumie wyszła ponad godzinna obsuwa wiec stało się, jak się stało. Cóż zawsze się z tym można liczyć, choć już kilka razy tak jeździłem na koncerty do stolicy i jakoś umykało mi maksymalnie pół godziny ostatniego gigu…

Muszę jednak przyznać, że wypada zaliczam do bardzo udanych, bo zobaczyłem jedną z moich ulubionych kapel Doom metalowych. Esoteric jednak nie mogę zaliczyć do koncertów obejrzanych. Cóż następnym razem. Uznajmy w takim razie, że solidaryzuje się z tymi, co w Szczecinie ich nie zobaczyli.

A tutaj reszta zdjęć.