Czasem w momencie ogłoszenia koncertu wiesz, że zabawa będzie przednia. Upewniasz się dobitnie w tym przekonaniu, gdy z razem z biletem otrzymujesz pokaźnego baniaka samogonu, a bezlitosny wzrok polewającego mówi, że jak nie wypijesz, to możesz wypierdalać na dyskotekę w różowej koszuli, rurkach i lakierkach, bo klub Vinyl w ten piątkowy wieczór, to zdecydowanie nie miejsce dla ciebie.

Ja baniaka wypiłem, podziękowałem, odbiło mi się paliwem lotniczym i udałem się prosto do baru celem zakupienia czegoś delikatniej piszczącego kubki smakowe. Nie było to pierwsze piwo, bo w gronie redaktorskim zrobiliśmy siebie delikatną rozgrzewkę, skutkiem czego poważnie spóźniliśmy się na występ Atropine. Nie żałowałem specjalnie. Wdziałem ich już jakieś dwa razy i za każdym z tych „razów” nie wywołali u mnie żadnej reakcji. Tym razem postanowiłem ich występ przesiedzieć w palarni, popijając złocisty napój i gadając o pierdołach. W palarni zrobiło się gęsto od dymu i ludzi. Już było widać, że frekwencja będzie co najmniej zadowalająca. Ale wiadomo: piątkowy wieczór, dobre kapele i głód koncertowy zrobił swoje. Kolejne piwko, kolejne pogaduszki i nawet nie zauważyłem, jak Atropine skończyło.

Zarejestrowałem jednak fakt, że Misteria rozpoczyna. Zacznę od tego, że ten zespół jest dla mnie w jakiś sposób szczególny. Ich występ był jednym z pierwszych klubowych metalowych spędów, w jakim uczestniczyłem. O ile mnie pamięć nie myli, była to impreza pod hasłem „Epicentrum na żywo” organizowana cyklicznie w nieistniejącym już klubie Le Greko. Oczywiście byłem najebany na potęgę tanim winem i zupełnie inaczej niż teraz postrzegałem rzeczywistość, ale wspominam te czasy bardzo miło. I byłem bardzo ciekawy, jak po tylu latach chłopaki zaprezentują się na żywo. Goście wyszli na scenie i od razu rzuciła mi się na oczy delikatna rotacja składu. Kontuzjowany perkusista wystąpił w charakterze drugiego wokalisty. Co zrobisz, wypadki chodzą po ludziach. W każdym razie zaczęli. Rozpoznawałem te dźwięki, ale specjalnie sobie ich dyskografii nie odświeżałem przed występem. Debiut gdzieś spoczywa w jakimś zapomnianym pudle, natomiast „Universe Funeral” to płyta, która nigdy mi do końca nie podeszła i nawet w tych zamierzchłych czasach znałem ją bardzo słabo. Za to „Masquerade of Shadows” to płyta, która kiedyś wałkowałem codziennie do zajechania kasety. Uwielbiałem ją kiedyś, ale teraz z czystym sumieniem przyznaje, że z dobre 10 lat jej nie słuchałem. Gdy jednak ze sceny poleciały takie kawałki jak „Demon of Dream” czy tytułowy „Masquerade of Shadows” to do razu wspomnienia wróciły i ryj mi się cieszył od ucha do ucha. Ze sceny też bił fun z grania, luz totalny i to udzielało się publice. Występ bardzo krótki, ale treściwy. U mnie zadziałał tak, jak powinien, wywołał mnóstwo wspomnień. Nawet i łzę mogłem uronić. Szczególnie na wspomnienie smaku wina marki „Mazowieckie” hehe. Chóralne odśpiewanie „Masquerade of Shadows” na zakończenie gigu zapamiętam na długo. Szybko chłopaki ulotnili się ze sceny, a może to mi ten czas tak zapierdalał.

W każdym razie pobiegłem po piwko, aby ratować się od odwodnienia, a następnie znowu poszedłem na palarnie, tym razem komentować koncert i przywoływać kolejne historie z czasów, gdy lat się miało naście. Tak czas mi szybko zleciał, że nie zauważyłem, że solenizanci rozpoczęli swój występ. Fakt ten zarejestrowałem idąc do kibla, a wracając ustawiłem się w dogodnej pozycji do oglądania występu jubilatów z okazji srebrnych godów ze sceną metalową. Widziałem już ich tyle razy, ale tym razem występ wyjątkowy, więc postanowiłem chwilę poświecić na jego oglądanie. Upał jednak robił się na sali niemiłosierny, bo krew i pot przelewały się pod sceną i na scenie, więc postałem dosłownie kilak numerów i ulotniłem się zażyć „świeżego powietrza”. Występ w ich stylu. Krew flaki i trym podobne smakołyki. A byłbym zapomniał: fajnym gestem było zaproszenie na scenę Miśka w roli gościa specjalnego. Jest to zanana persona na rzeszowskiej scenie. Grał on kiedyś z chłopakami i był ważnym elementem kolejnej legendarnej kapeli grind z Rzeszowa, czyli Patologicum (kto nie brykał pod scena do kawałka „Pavulon Ambulance” ten przegrał życie). Chłopaki zeszli za sceny zadowoleni. I ja byłem zadowolony, tym bardziej że ilość promili w moim organizmie znacznie się zwiększyła. Znowu będzie gadane, że redakcja nachlana, nic nieogrania hehe. Ale tak już jest i wszelkiej maści krytykę przyjmujemy na klatę, wiele sobie z niej nie robiąc.

Wróćmy jednak do tego, co działo się w warstwie muzycznej. Po błyskawicznej instalacji na scenę wchodzi ostatnia kapela wieczoru, czyli Mord’A’Stigmata. Dawno ci panowie nie gościli na rzeszowskiej ziemi, więc publika przyjęła ich przysłowiowym chlebem i solą. W warstwie muzycznej nie mogło nic zaskoczyć, bo jak to mają w zwyczaju, zagrali cały ostatni materiał. A że tą płytą jest znakomite „Hope”, to ja nie mam żadnych „ale”. Występ świetny szkoda, że brzmienie trochę kulało. Ale atmosfera została zbudowana. Miał być nastrój, muzyka miała płynąć, porywać słuchacza i tak właśnie było. Moc i ciężar – to udało się odtworzyć znakomicie. Szczególne wybornie prezentuje się na żywo numer „In Less than No Time”, który osobiście uwielbiam i uważam za najlepszy na tej znakomitej płycie. I tak w zasadzie zakończył się ten wieczór.

Po występach jeszcze chwila nawodnienia i rozmowy o tym, co kto robił głupiego jak miał 16 lat… I do domu. Impreza niesamowicie udana pod każdym względem. Oby więcej takich.

I jeszcze raz: wasze zdrowie Epitome!