Entombed A.D., Grave, Implode; Kraków, Klub Fabryka; 17.10.2014

Entombed plakat KRKGłód koncertowy daje mi się we znaki coraz mocniej, ale szczęśliwie od pewnego czasu widzę poprawę. Iskierkę taką. Uzgodniliśmy więc z Pathologistem plan taki, że połączę sobie szkolenie w Krakowie z wypadem na podwójne uderzenie w postaci Grave i Entombed A.D. (za chuja nie mogę się przyzwyczaić do tej nazwy, no ale cóż…). I tak też zrobiliśmy. Ale po kolei.

Jako, że ekipa jechała osobno trochę wszystko trwało zanim zebraliśmy się do kupy. Ja byłem w Krakowie najpierwsiejszy, więc oczekiwałem na Pathologista i resztę kompaniji w barze koło dworca autobusowego. Kurwa, zazwyczaj omijałem to miejsce, bo zdawało mi się, że to taka speluna dla żuli, ale odszczekuję te słowa – jak ktoś chce łapnąć zajebiste czeskie piwo w Krakowie za piątaka, to spokojnie może się tam udać. Ale ale – ekipa dojechała prawie cała (oczwyście nie bez przygód, ale tak to jest jak się chleje wódkę pod kamerami w polskim busie – metalowe Janusze pełno gębo, hah!) i udaliśmy się pod Klub Fabryka. Jak tylko zaszliśmy, to jakichś tłumów nie zarejestrowaliśmy, może poza grupką, która miała pecha być spisywaną przez Straż Miejską. Stwierdziliśmy więc, że nasz prowiant walniemy w bardziej ustronnym miejscu, mianowicie przed samym wejściem do klubu. Szybko rozprawiliśmy się z dwiema flaszkami, ale na tyle osób to żaden wynik, hehe. W międzyczasie teren przed wejściem do Fabryki opustoszał, bo ze środka dobiegać zaczęły dźwięki supportu. Pokażcie mi jednak kurwa osobę, która w ten piątkowy wieczór jechała do Krakowa dla jakiegoś tam Implode. I ponoć miałem rację.Swoją drogą, kurwa, nie mogli wziąć kogoś bardziej znanego i przede wszystkim – pasującego stylistycznie… Już samo określenie muzyki jako melodic death metal/groove mnie odrzucało. Więc nie poszedłem na Implode. Spotkałem za to kilku dawno niewidzianych znajomych i po jakimś czasie podjęliśmy męską decyzję o wejściu do środka. Na bramce jeszcze tłumaczyłem ochroniarzowi, że po pierwsze jogurt który mam w plecaku nie jest napojem (wówczas pisało by jogurt pitny!) i że jak się skończy to niechybnie będę głodny. Ale uprze się taki i chuj. Odpuściłem więc, zresztą po koncercie się zgłosiłem na chama po swój dobytek, heh…

graveFabryka nie była jakoś wyjątkowo nabita tego wieczoru, ale też pustek nie było. Można powiedzieć, że było tak ludzi w sam raz. Oczywiście najśmieszniej wyglądały dzieci w nowiutkich koszulkach, dwa razy za dużych, nowiutkich pieszczochach, wypolerowanych jak członek proboszcza po zebraniu z ministrantami. Takich co to na death metalu mleczaki połamały. Widać moda na thrash przechodzi, a młodzież się nam brutalizuje, hehe… Rzuciliśmy okiem na merch – całkiem przyzwoity, pewnie bym ładnie w nim wyglądał, ale nie było mnie stać. Chwilkę poplątaliśmy się po klubie, ale nie długo – ot tyle, żeby zakupić browarka i podejść z powrotem pod scenę. A tam, po dwóch minutach pojawiło się Grave. Kurwa, chłopaki wyszły na totalnym luzie – ale przyjebali od razu konkretnie, bo było to bodajże „You’ll Never See”. Dopiłem piwo do końca i nie wytrzymałem, ruszyłem sobie w młyn. I powiem Wam, że to pierwszy i ostatni raz, gdy nie jestem w glanach na koncercie… Przejebane. Ale wracając do muzyki Grave trzymało fason cały czas, nie spuszczało z tonu ani na moment – „Christ(ns)anity”, „Deformed” , „In Love” czy zagrany na sam koniec „Into The Grave” podczas którego rozjeb pod sceną był chyba największych rozmiarów – to ze starszych, a z nowszych na pewno „Morbid Ascent” wyłapałem. No, przyznam że cały koncert byłem w młynie, więc to trochę absorbowało mi moją uwagę. Grave na scenie (widziałem ich pierwszy raz) wypada zajebiście, zastanawia mnie tylko czy judasowskie kręcenie łbami do rytmu to oni faktycznie ćwiczą na próbach czy ki chuj, hehe? Co by jednak nie robili – w ten piątkowy wieczór owinęli sobie publikę wokół chuja. Nie spotkałem się później z opinią, że koncert był do dupy, czy że miał słabe momenty. Ola jest zajebistym frontmanem. A Mika na żywo to jest olbrzymi skurwysyn – wyglądał jak wkurwiony buhaj. Nie chciałbym zaleźć mu za skórę, heheh… Jak na mój gust Grave mogłoby zagrać jeszcze z dwa – trzy kawałki, ale cóż – może innym razem. Z drugiej strony ten koncert był kurewsko skondensowany. Totalna miazga.

entombed adWszystko trwało dość krótko – może z piętnaście, dwadzieścia minut. Na scenie zainstalowało się Entombed A.D. Wszyscy się zastanawiali, czy to wciąż ten sam zespół, czy może już odcinają kupony. Kawałki z płyty wydanej pod szyldem Entombed A.D. są ok, niektóre nawet więcej niż OK. Ale koncert był kurwa Mega OK. W sumie to już od pierwszej minuty wszyscy przekonali się na własne uszy i oczy, że to ta sama zajebista kapela. LG wyglądał co prawda jak stary lump, ale z drugiej strony sprawiał wrażenie dość trzeźwego – nie puszczał też pawia, nie zjadał glutów… Zastanawiam się nawet, czy nie żądać zwrotu za niepełne show, hehe. Rozpoczęli numerem z najnowszej, których to po tytułach nie kojarzę, ale zaraz po nim padło już coś co znać wypada, czyli „I For an Eye”. Setlista była przeplatana numerami Entombed i Entombed A.D. jeśli już tak chcemy rozgraniczać, oczywiście stare kawałki zyskiwały z miejsca trochę większy aplauz. Nie mogę powiedzieć, też mnie bardziej cieszyły hehe. LG był dość gadatliwy, popijał browary z butelki i ogólnie widać było, że dobrze się bawi. Zasadniczo w moim przypadku sytuacja wyglądała tak jak i podczas Grave, czyli ponakurwiałem sobie trochę pod sceną – miłe uczucie raz na jakiś czas, haha! Entombed A.D. grało dłużej niż Grave, co zaś mogliśmy usłyszeć? Ano w sumie z dwóch pierwszych płyt to jeszcze „Stranege Aeons”, „Living Dead”, „Revel in Flesh”, „Supposed To Rot”, i tytułowy z debiutu. Jednak ja Wam powiem, że najbardziej rozjebał mnie potężnie brzmiący bis w postaci „Chief Rebel Angel” – moc przeokrutna. Entombed A.D. w pełnej krasie pokazał tu, że jednak muzycy tworzący ten band nie bez kozery są już w sumie takimi żywymi kurwa legendami. Niemniej jednak brakowało mi czegoś w ich występie, żeby zrobić na mnie aż takie wrażenie jak podczas gigu Grave – niewiele, ale jednak.

Po gigu czasu do autobusów nie było już bardzo dużo, zwłaszcza, że każdy miał o innej godzinie (bo jako że przyjechaliśmy osobno, tak i wracaliśmy osobno, hehe), ale udaliśmy się jeszcze na rekonesans Krakowa, w poszukiwaniu piciów i jedzeniów, a całkowicie przypadkiem spotkaliśmy jeszcze znajomków, haha – więc jedzenia i picia jedliśmy i pili w ich towarzystwie. Zresztą, być z Pathologistem na koncercie i nie objebać rytualnie kuraka z KFC to zaniechanie, hehe. Do autobusów zdążyliśmy na styk i nie wiem, jak reszta ekipy podróżowała, ale kurwa bus do Rzeszowa którym wracaliśmy z Patologiem to był kurwa skandal, jebane rozwrzeszczane wieśniaki darły ryja całą drogę („Paaaa, jak się świeci ten cepeen!!!” – krzyknęła Januszowa do Janusza, a on na to „Co się dziwisz, babo, w końcu miasto duże to se świecą”… Zwłaszcza, że przejeżdżaliśmy kurwa chyba przez Dębicę…). No ale chuj, przygoda to przygoda. Koncert wypadł w pytę dobrze, będę go bardzo miło wspominał.

Więcej zdjęciów tutaj.

Autor

10006 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *