Kilka gigów przeszło mi ostatnio koło nosa z przyczyn – jak to się mówi – ode mnie niezależnych. Szczęśliwie nie wszystkie i tak na przykład mogłem stawić się w sobotę 27 maja na całkiem uroczym show zorganizowanym przez lokalne Echo Experiment.

Na ten dzień zaplanowany był bowiem śląski desant w postaci połączonych sił Embrional i Planet Hell, wspomagani przez lokalne kapele – Halucynogen i Atropine. Ale po kolei. Z uwagi na to, iż w ten sam dzień w Warszawie grała po raz pierwszy w Polsce Manila Road obawiałem się jak będzie wyglądała frekwencja. W klubie zjawiłem się na styk, no jakoś po prostu stwierdziłem, że co będę siedział sam samotny jak biały żagiel. I gdy przyszedłem to i tak nie było jeszcze wiele osób, a stawiłem się już po dobranocce. Jakoś tam jednak zaczęli się schodzić znajomi więc czas do rozpoczęcia imprezy upływał przyjemnie.

Pierwszy na scenę wtargnął Atropine – rzeszowski death metalowy band, który na moje ucho dość dużo inspiracji czerpie z klasyków jak Morbid Angel (epoka „Domination”). Znam i osobiście lubię kilku kolesi ze składu, bo chłopaki do rany przyłóż, więc rzucałem okiem na ich gig w sumie z zainteresowaniem z wysokości wejścia do sali – tłoku nie było, dźwięk był tam dobry, więc uznałem to za dobre miejsce obserwacyjne, a że przy okazji prowadziłem jeszcze rozmowy towarzyskie… To już drugi koncert Atropine, który dane mi było oglądać o ile mnie pamięć nie myli i nadal uważam, że nie pasuje mi u nich wokal. Chłopak chce być strasznie brutalny i wydaje z siebie niemal guttural growls, co niespecjalnie współgra mi z muzyką i psuje odbiór. No i kurwa, o ile z początku było OK, to z czasem już trochę zaczęło mi się nudzić – chłopaki grali coś z czterdzieści minut, albo to mi się wydawało, że tyle to trwa. I co myślałem, że będą kończyć to zapowiadali kolejny utwór, heh… Ogólnie nie było źle, ale jak na otwieracz to ciut za długo.

Po Atropine scenę po kilkuletniej przerwie przejąć miał lokalny Halucynogen. Kapela złożona ze znanych tu u nas jak i poza miastem grajków, która w swojej twórczości miesza wpływy różnorakie. Jako, że znów było mi wygodnie tam gdzie stałem – nie ruszałem się ani na milimetr i tak sobie obserwowałem. Pa organizator Guma na wejściu rozdawał do biletów chirurgiczne maseczki i każdy mógł sobie ubrać na koncert Halucynogen, żeby dopasować się do kapeli – ubranej właśnie w takowe maseczki i białe kitle. Może nie każdy skorzystał, ale trochę osób jednak ubrało, co fajnie wyszło. Halucynogen natomiast bardzo dobrze sobie radził na scenie, Maniek to urodzony frontman więc aż się przyjemnie ich oglądało. Jako ciekawostkę można zaznaczyć, że był oto pierwszy koncert jednego z pozostałych muzyków zagrany całkowicie na trzeźwo! Można zaznaczyć w kalendarzykach. Kapela zagrała coś z półgodzinego seta i cóż powiem – mimo że nie do końca moja muzyka to czuć u nich po pierwsze przyjemność z grania, a – chwilami miało to naprawdę dobre pierdolnięcie. Liczę, że to nie będzie jednorazowe.

Trzeci zespół był – przyznam bez bicia – tym, na który czekałem najbardziej. Widziałem ich jak dotąd tylko raz we Wrocławiu, ale tamten występ i oczywiście świetny debiut utwierdził mnie w przekonaniu, iż obecnie to jeden z lepszych zespołów death metalowych na polskiej scenie. Planet Hell. Wiele osób w Rzeszowie jeszcze ich nie kojarzyło, co jest błędem i zaniechaniem. Ale, do rzeczy – na scenę weszli w mundurach, przypominających wdzianka pilotów myśliwców czy statków kosmicznych no bo jednak koncepcja albumu zobowiązuje i nawiązania do Lema są bezapelacyjnie wyczuwalne. Zaczęli grać, a mnie jakoś się lepiej na duszy zrobiło od razu. Muzyka Planet Hell to z jednej strony death metal, ale z drugiej przepełniona progresją, co razem daje naprawdę dobry efekt. Skojarzenia z Nocturnus wskazane, ale nie tylko. Astrogator, a po naszemu Przemysław to naprawdę dobry frontman, nawiązujący fajny kontakt z publiką, ale nie pierdolący bez sensu po kilka minut. Świetnie mi się ich oglądało, gdyby nie jeden przygłup, nakurwiony w cztery chuje, z połową dupy na wierzchu, strasznie chcący się bawić z kimś w młynie i – nie wiadomo dlaczego – miałem być to ja. A że nie miałem na to ochoty, stał się strasznie wkurwiający, nie pomogły nawet dwa odepchnięcia po których przeleciał jak szmata przez długość sali. Ostatecznie konieczna była pacyfikacja poza salą. I tak miał szczęście, że byłem w dobrym humorze. No ale przez niego umknęło mi z pięć minut sztuki Planet Hell. A co grali? Ano wszystko ze swojej płyty plus cover Rush, „Earthshine” i o ile jakoś za Rush nigdy nie przepadałem, to ten numer ma świetny riff i idealnie wpasował się w styl Planet Hell. Widać było, ze odgrywanie go sprawia Katowiczanom przyjemność. Po nim poleciał jeszcze jeden numer i chłopaki zeszły ze sceny. Pyszne granie.

Po Planet Hell nastąpiła dłuższa przerwa, zaopatrzyłem się więc w browarka, a do klubu wparował bdb kolega z bdb narzeczoną. Jako, że nie dotychczas nie było nawet z kim iść do palarni, a samemu, zwłaszcza niepalącem to tak głupio jakoś, przyszli z odsieczą, heh. I tak nam w tej palarni zeszło przyznam trzy czwarte koncertu Embrional. Lubię ich, a ostatni krążek naprawdę wybija się ponad pozostałe – ale ci z Was, którzy śledzą moje relacje wiedzą, że widziałem ich naprawdę wiele wiele razy, więc uprawnionym było obejrzenie wybiórcze. Ale to co widziałem było naprawdę w porządku, a kapela mimo przetasowań w składzie nadal jest pieprzoną maszyną do zabijania. I tak było w rzeczy samej – w zasadzie chyba wszyscy w klubie zgromadzili się w środku pod sceną, więc nabite było dość mocno, co kapela wydaje mi się, że doceniła. Zresztą, jakby im się nie podobało to by nie bisowali, hehe…

Po całym koncercie grzecznie zawinęliśmy się jeszcze na rozchodniaczka, a następnie na rzeszowski rynek, dywagując o wyższosci klipów z dupami sprzed kilkunastulat nad dzisiejszą kinematografią muzyczną. To było równie miłe zwieńczenie wieczoru. A reasumując – kolejny udany koncert będący dziełem Echo Experiment. Czekam na kolejne.